Znałam Daniela. Widziałam, jak jego wzrok zatrzymywał się na niej, gdy myślał, że nie patrzę, jak podchodził odrobinę za blisko, gdy się obejmowali. Nie był jej przyjacielem. Był zbieraczem śmieci, czekającym na odpowiedni moment, krążącym wokół związku, który w skrytości miał nadzieję, że umrze, by móc wkroczyć i pozbierać kawałki, które mu się podobały.
Jenna chłonęła całą uwagę. Za każdym razem, gdy pisał, za każdym razem, gdy pojawiał się z jakimś przypadkowym prezentem, promieniała. Ale podobała jej się też ta siatka bezpieczeństwa, jaką dawał mi mój niezawodny facet, który płacił połowę czynszu i nigdy nie robił wokół siebie szumu. Chciała dreszczyku emocji bez konsekwencji.
Moja strategia była prosta: usunąć siatkę bezpieczeństwa i dać sępowi szansę, o której się modlił, i to przed jak największą publicznością.
Nasze grono znajomych organizuje coroczną wielką imprezę halloweenową. Zaczęło się od małej rzeczy kilka lat temu – Tom i Sarah zaprosili dziesięć osób na drinki – a z czasem przerodziło się w pełnoprawne wydarzenie. Kostiumy, DJ, tematyczne koktajle, cała halloweenowa fantazja dla dorosłych. Ludzie planowali stroje z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Był nawet konkurs na „najlepszy kostium dla pary”, o którym Jenna mówiła jak o Oscarach.
Idealny etap.
Około miesiąc po grillu wszystko zaczęło się rozwijać dokładnie tak, jak się spodziewałem. A nawet lepiej.
Moja nowa osobowość „fajnego chłopaka” działała jak urok. To było jak wręczenie narkomanowi otwartej apteki. Jenna całkowicie opuściła gardę.
Daniel przeszedł drogę od okazjonalnych wpadów do praktycznie stałego zamieszkania u nas. Wracałam z pracy i zastawałam go rozciągniętego na mojej kanapie, z butami zrzuconymi z nóg, z pilotem w ręku, zajadającego resztki chińskiego jedzenia.
„Hej, stary” – wołał, ledwo odrywając wzrok od telewizora. „Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza, Jenna powiedziała, że mogę się zaczekać, aż się ubierze”.
Gdy podnosiłem brwi, Jenna zawsze miała gotową wymówkę.
„Daniel miał zły dzień” – mawiała, głaszcząc go po ramieniu, jakby był uratowanym szczeniakiem. „Kazałam mu przyjść”.
Albo: „Był w pobliżu i przyniósł tę kawę, którą lubimy”. Zauważ, że zawsze było „my”.
A jednak jakoś nigdy nie zapytał, jak mi minął dzień.
Więc grałam w tę grę. Przywitałam się z nim, zadałam grzeczne, płytkie pytania o pracę albo o jakiś serial, który oglądał, po czym zniknęłam w domowym biurze pod pretekstem dokończenia jakiegoś projektu.
Stamtąd mogłem słyszeć wszystko.
Ich prywatne żarty. Jej figlarne klepnięcia w ramię. Sposób, w jaki zniżała głos, gdy myślała, że wyjdę. Szelest ich przesuwających się bliżej na kanapie, gdy film cichł.
Dałem im tylko miejsce, żeby mogli poćwiczyć swój mały występ.
Na froncie finansowym nierównowaga stała się absurdalna.
Moje konto bankowe było przeznaczone na wszystkie dorosłe sprawy: czynsz, media, internet, ubezpieczenie, tę małą sumkę, którą odkładałam co miesiąc na wakacje, na które, jak się zdawało, nigdy nie pojechaliśmy. Wpłaty Jenny były… nieregularne. W niektórych miesiącach pokrywała koszty zakupów. W niektórych miesiącach zapominała. Czasami przesyłała mi przez Venmo połowę rachunku za prąd z notatką „dzięki” i emotikonką serduszka, jakbyśmy były współlokatorkami bawiącymi się w dom.
Daniel zaczął się pojawiać z „przemyślanymi” drobnymi prezentami. Nowością jej ulubionej autorki. Jakąś wymyślną herbatą ziołową, o której kiedyś wspominała. Świecą pachnącą deszczem, cokolwiek to znaczyło.
„Czyż on nie jest najsłodszy?” – zachwycała się, unosząc książkę, żebym mogła zobaczyć okładkę. „Pamiętał, że powiedziałam, że chcę to przeczytać”.
„Niesamowite” – powiedziałem, kiwając głową. „Bardzo przemyślane”.
Najwyraźniej książka w miękkiej oprawie za 10 dolarów była warta 700 dolarów, które co miesiąc przeznaczałam na czynsz. W jej głowie książka znaczyła więcej, bo była romantyczna. Była starannie dobrana. Zawierała historię, którą mogła opowiedzieć znajomym o tym, jak „jej najlepsza przyjaciółka ją po prostu zdobywa”.
Zatem zacząłem prowadzić zapiski.
Pewnego spokojnego wtorkowego wieczoru, gdy ona i Daniel byli na jakimś quizie beze mnie – „powiedziałem, że nie ma problemu”, gdy zapytała, czy mi to przeszkadza – otworzyłem arkusz kalkulacyjny na moim laptopie.
W jednej kolumnie wymieniłem wszystkie rachunki, które zapłaciłem w danym miesiącu. Czynsz. Prąd. Internet. Gaz. Artykuły spożywcze, które kupiłem w dni, kiedy „zapomniała karty”. Uber, którego zamówiłem dla niej, kiedy utknęła po drinkach. Uber, którego zamówiłem dla Daniela, kiedy „nie mógł wrócić do domu”. Serwisy streamingowe, z których korzystaliśmy głównie do oglądania jej programów.
W następnej kolumnie wymieniłem wkład Daniela, tak jak go znałem. Jedna książka w miękkiej oprawie. Jedna paczka kawy rzemieślniczej. Puszka zupy, którą przyniósł, kiedy się przeziębiła.
Kontrast był zabawny w ponury, kosmiczny sposób. Gdyby to był mem, z jednej strony byłby to strzelisty wieżowiec, a z drugiej klocek Lego.
Nie pokazałem jej tego. Nie chodziło o to, żeby złapać ją w jakimś chwiejnym momencie. Chodziło o mnie. Żebym sobie przypomniał, że nie zwariowałem. Że historia, którą sprzedawała – że Daniel „traktował ją lepiej” – była prawdziwa tylko wtedy, gdy zignorujemy wszystko, co sprawiało, że nasze życie w ogóle funkcjonowało.
Zbliżał się Halloween, więc zabrałem się za układanie ostatnich elementów.
Wiedziałam, że Jenna jeszcze nie zdecydowała się na kostium. Od tygodni wahała się między pomysłami. Wiedźma. Gwiazdka z lat 20.? Jakaś postać z serialu, którego nie oglądałam.
Pewnej nocy, gdy przeglądała telefon, powiedziałem od niechcenia: „Mogłybyśmy zrobić coś we dwoje. Ty i ja. Bonnie i Clyde, czy coś”.
Zawahała się, zatrzymując kciuk w połowie przewijania.
„Właściwie…” powiedziała powoli, „Daniel i ja śmialiśmy się z tego, że przebierzemy się za anioła i diabła. To po prostu głupie.”
Powiedziała to tak, jakby nic się nie stało, jakby nie chciała powiedzieć swojemu chłopakowi, że wolałaby dopasować kostiumy do innego mężczyzny.
Zamiast zareagować, roześmiałem się.
„Genialne” – powiedziałem. „Dwaj dalibyście radę. Ja tylko dorzucę kły wampira. Nic wielkiego”.
Ulga zalała jej twarz tak szybko, że aż ją to obraziło. Uśmiechnęła się, pochyliła, żeby pocałować mnie w policzek i wróciła do telefonu, już pogrążona w rozmowie, którą z nim prowadziła.
Myślała, że uniknęła dramatu. W rzeczywistości właśnie wręczyłem jej idealny rekwizyt. Anioł i Diabeł, dosłownie sparowani przez całą noc.
W dniu imprezy wykonałem mały, ale kluczowy ruch.
Tom i Sarah, gospodarze imprezy halloweenowej, są moimi dobrymi przyjaciółmi. Znam Toma od pierwszego roku studiów, kiedy jego pomysł na szaloną noc to dwa skrzydełka w cenie jednego i drugi dzbanek taniego piwa. To on mnie poręczył, kiedy aplikowałem na obecną pracę. Przeszliśmy już tyle, że powierzyłem mu historię, nawet jeśli musiałem ją trochę przeredagować.
Napisałem do niego SMS-a, gdy byłem na przerwie obiadowej w pracy.
Hej, stary, napisałem. Zwykłe pytanie. Myślę o oświadczynach Jennie na twojej imprezie. Mam wrażenie, że byłoby fajnie, gdyby wszyscy byli. Czy jest szansa, żeby twój kumpel fotograf został później z nami i uwiecznił ten moment? Chcesz ją zaskoczyć?
Chmury z miejscami do pisania pojawiły się niemal natychmiast.
KOLESIU, Tom odpisał. CO? To niesamowite. Tak, sto razy tak. Powiem Markowi, żeby trzymał się blisko was za jakieś dziesięć. To będzie epickie.
Dzięki, odpowiedziałem. Trzymaj to w tajemnicy, dobrze? Nie chcę, żeby cokolwiek podejrzewała.
Zgadza się. Moje usta są zapieczętowane.
Oczywiście, nie było pierścionka ani oświadczyn. Ale profesjonalny fotograf miał być uzbrojony i cały wieczór wpatrywać się w nasz mały trójkąt.
Kiedy wróciłam do domu, mieszkanie wyglądało jak po wybuchu sklepu z kostiumami. Na blacie w łazience stały otwarte palety do makijażu, na umywalce leżał brokat, na oparciu krzesła wisiała biała sukienka, a na stoliku kawowym obok plastikowych widł leżała para czerwonych rogów.
Jenna wypłynęła z sypialni w białej sukience, która opinała ją na wszystkie możliwe sposoby, którymi lubiła się chwalić przed przyjaciółkami, z tanią aureolą we włosach i policzkami już zarumienionymi z podniecenia — a może wina, które sączyła, szykując się do wyjścia.
„Pomóż mi z tym” – powiedziała, odwracając się do mnie plecami, żebym mógł zapiąć jej zamek.
Tak. Moje ręce były pewne. Nie myślałam o ostatnim razie, kiedy zapięłam tę sukienkę na randkę, kiedy myślałam, że jestem sama na jej scenie.
„Wyglądasz niesamowicie” – powiedziałem i mówiłem poważnie. Jej uroda nie była problemem.
Daniel pojawił się dziesięć minut później, jak na zawołanie, w czerwonej koszuli, która leżała na nim za dobrze, czarnych dżinsach, plastikowych rogach i z widłami w dłoni, niczym pokusa rodem z imprezy studenckiej. Wszedł, jakby był tu u siebie, jakby od tygodni nie jadł mojego jedzenia i nie siedział na mojej kanapie.
„Anioł i Diabeł, meldujemy się do służby” – powiedział, poruszając brwiami.
Jenna zaśmiała się tym swoim śmiechem reflektora i obróciła się. Narzuciłam wampirzą pelerynę na ramiona, poprawiłam sztuczną krew w kąciku ust i chwyciłam kluczyki.
„Chodźmy” – powiedziałem. „Nie chcemy się spóźnić”.
Impreza była już w pełnym rozkwicie, kiedy dotarliśmy. Dom Toma i Sarah był rozświetlony jak hollywoodzki plan zdjęciowy. Na ganku stała wytwornica mgły. Pomarańczowe i fioletowe światła rzucały dziwne cienie na podwórko. Ludzie w kostiumach tłoczyli się na trawniku, trzymając w dłoniach czerwone kubki, a ich głosy rozchodziły się w chłodnym, październikowym powietrzu.
W środku muzyka była głośna, salon pusty do tańca, kuchnia przepełniona ludźmi krążącymi przy drinkach. Sztuczne pajęczyny ciągnęły się po suficie, a ktoś przesadził z plastikowymi pająkami.
Przez pierwszą godzinę byłem idealnym chłopakiem, który nie wtrąca się do niczego.
Kupiłem Jennie drinka, powiedziałem jej, że wygląda niesamowicie i puściłem ją wolno.
Natychmiast przykleiła się do Daniela, obejmując go ramieniem i zaczynając wspólnie krążyć po pokoju. Anioł i Diabeł, uśmiechając się do każdego zdjęcia, tuląc się do siebie, gdy ludzie żartowali, jak „pasujące” są ich kostiumy.
Moim jedynym zadaniem było dbanie o to, aby kubek Daniela był pełny.
Za każdym razem, gdy jego drink się kończył, w jego dłoni magicznie pojawiało się kolejne piwo lub kieliszek. Zadbałem o to.
„Stary, trzymaj się”, śmiałem się, klepiąc go po ramieniu. „Jest Halloween”.
On to połknął, myśląc, że nagle zostaliśmy najlepszymi kumplami, skoro już się „wyluzowałem”. Ciągle przekrzykiwał muzykę i powtarzał, jaki jestem „cool”, bo nie jestem jednym z tych „dziwnych zazdrosnych facetów”.
Około jedenastej alkohol dał o sobie znać. Jego słowa były niewyraźne. Był głośny, zarozumiały i zataczał się na tyle, że widać było, że przekroczył granicę między byciem pijanym a byciem głupim. Jenna chichotała z każdego słowa, które wydobywało się z jego ust, zupełnie nieświadoma granicy, którą za chwilę przekroczy.
Po drugiej stronie sali dostrzegłem subtelne skinienie Toma. Szybki ruch brody w stronę faceta z aparatem na szyi, unoszącego się na krawędzi parkietu.
Fotograf w pozycji, wtapiający się w tłum.
Czas na pokaz.
Ustawiłam się w grupie wspólnych znajomych – tych samych, którzy śmiali się z grilla. Odwróciłam się od Jenny i Daniela, ale trzymałam ich w kąciku oka, pozwalając, by moja mowa ciała dawała głośny i wyraźny sygnał: Nie patrzę. Wybrzeże jest czyste. Róbcie, co chcecie.
Zobaczyłem, jak Daniel się pochyla, jego dłoń przesuwa się na jej plecy, palce rozstawiając w sposób, do którego żadna „platoniczna najlepsza przyjaciółka” nie powinna się czuć uprawniona. Jenna wciąż się uśmiechała, wciąż odgrywała rolę, którą sama sobie wykreowała, myśląc, że to tylko ich zwykła zalotna pogawędka.
Powiedział jej coś do ucha. Nie słyszałem słów przez muzykę, ale widziałem, jak jej uśmiech błysnął, a na czole na pół sekundy pojawiła się zmarszczka zmieszania, jakby posunął się o włos za daleko.
Potem rzucił się do przodu.
To nie był subtelny ruch, który nie zinterpretował sytuacji. To była pełna, nieudolna, pijacka próba pocałunku na środku salonu, pod lampkami choinkowymi, w obecności co najmniej dwudziestu osób.
Jenna szarpnęła się do tyłu tak gwałtownie, że jej aureola zsunęła się na bok. Daniel, nie panując nad pędem, omal nie upadł do przodu, chwytając się jej ramion.
Raz lampa błyskowa aparatu.
Dwa razy.
W chwili, gdy jego usta zbliżyły się do jej ust, atmosfera w pomieszczeniu zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Rozmowy ucichły w pół zdania. Muzyka nagle wydała się zbyt głośna, jakby nie pasowała już do chwili. Ludzie się odwrócili. Oczy szeroko się rozwarły. Ci sami przyjaciele, którzy śmiali się ze mnie tygodnie temu, teraz stali jak sparaliżowani z otwartymi ustami.
Jenna odepchnęła go z siebie tak mocno, że się zatoczył, a jego twarz wykrzywiła się od pijackiej pewności siebie po oszołomienie i wstyd. Jej anielski makijaż nie był w stanie ukryć czystego upokorzenia wykrzywiającego jej rysy.
Daniel mrugnął, zdezorientowany i chwiejący się jak dziecko, które właśnie dostało pierwszą reprymendę i nie potrafi zrozumieć dlaczego.
Fotograf, wciąż myśląc, że dokumentuje dramat przed oświadczynami, nie przestawał pstrykać. Jego aparat pstryknął, uwieczniając całą sekwencję: Daniela pochylającego się, Jennę cofającą się, moment, w którym ich dynamika stała się wyraźna dla wszystkich obserwujących.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Wtedy oczy Jenny, dzikie i pełne paniki, omiotły pokój, przyglądając się twarzom, aż w końcu zatrzymały się na mnie.
Nadal stałam odwrócona plecami do ściany, śmiejąc się z czegoś, co powiedział Mike, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy.
Jej wyraz twarzy zmienił się z przerażenia na coś obrzydliwszego – furię, zdradę. Nie na Daniela. Na mnie.
Wbiegła przez pokój, wbijając obcasy w drewniane podłogi, chwyciła mnie za ramię tak mocno, że zostawiła odciski palców, i szarpnęła mną.
„Widziałeś to?” syknęła, jej oczy błyszczały, a oddech był szybki.
Zamrugałem, patrząc na nią, ale moja twarz celowo przybrała obojętny wyraz.
„Co widzisz?” – zapytałem. „Spotkałem się z Mikiem”.
„Daniel właśnie próbował mnie pocałować na oczach wszystkich” – warknęła wysokim, cienkim głosem.
Zerknąłem na Daniela, którego inny facet niezręcznie prowadził w stronę kuchni, z krzywymi diabelskimi rogami. Potem spojrzałem z powrotem na nią.
„Wow” – powiedziałem. „On się upił czy co?”
„Oczywiście, że jest pijany” – warknęła. „Miałeś zostać blisko mnie. Gdzie byłeś?”
I oto nadszedł. Moment, na który czekałem miesiącami.
Mówiłem cicho, ale wystarczająco głośno, by słyszeć to z bliska. Czułem, jak krąg uwagi zacieśnia się wokół nas, a ludzie udają, że nie słuchają.
„Dawałam ci przestrzeń” – powiedziałam. „Całą noc byłaś do niego przywiązana. Nie chciałam udawać zazdrosnego chłopaka”.
Jej twarz się zapadła.
Wyjątkowo logika, którą użyła przeciwko mnie – przestań być zazdrosny, przestań nade mną krążyć, przestań mnie kontrolować – obróciła się przeciwko niej i nie mogła się przed nią uchylić.
Otworzyła usta, zamknęła je, otworzyła ponownie. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
„Chodźmy już” – powiedziała w końcu, wbijając palce w moje ramię. „Wychodzimy”.


Yo Make również polubił
Popękane pięty – pozbądź się ich w 1 dzień dzięki sztuczce ze świecą
Tata zadzwonił do mnie o północy, a jego głos drżał: „Nie idź do domu. Zostań tam, gdzie jesteś”. Zapytałem dlaczego. Powiedział tylko: „Proszę, zaufaj mi”. Dziesięć minut później radiowozy otoczyły moją ulicę…
Tytuł: 8 niezwykłych korzyści z cytryny i imbiru – naturalny sposób na usuwanie narośli skórnych
Cała moja rodzina „całkowicie zapomniała” o najważniejszym dniu mojego życia, ani jednego telefonu, ani jednej wiadomości tekstowej – aż do momentu, gdy FORBES ujawnił kwotę 92 milionów dolarów, a mój tata nagle wysłał SMS-a: „godzina 19:00, obiad rodzinny, WAŻNA sprawa”. Pojechałem swoim starym samochodem do klubu wiejskiego i wszedłem do pokoju… wszyscy przy stole zamilkli, gdy zobaczyli, co przyniosłem.