Wiedziałam, że mój związek jest skazany na zagładę, gdy tylko stanęłam nad wygasłym grillem, trzymając w dłoniach talerz zwęglonych hot dogów niczym ofiarę.
Był koniec sierpnia, lepka, pochmurna sobota na przedmieściach tuż za Chicago, dzień, w którym powietrze było jak ciepła zupa, a komary uważały filtr SPF 50 za dodatek. Mój kumpel Tom zaprosił wszystkich na grilla w ogrodzie, żeby „wycisnąć resztki lata” – to jego słowa, nie moje. Od ganku do wielkiego klonu zygzakiem wisiały lampki choinkowe, chłodziarki wypełnione piwem i napojami gazowanymi, składane krzesła rozrzucone na małych wysepkach na trawie i głośnik Bluetooth, który przerywał za każdym razem, gdy ktoś przechodził między nim a domem.
Byłem odpowiedzialny za grilla, bo najwyraźniej posiadanie dokładnie jednej żeliwnej patelni i nieprzypalenie kurczaka podczas ostatniego męskiego wieczoru czyniło mnie mistrzem grilla. Tom wcisnął mi w ręce szpatułkę i szczypce, gdy tylko przekroczyłem drzwi przesuwne i powiedział: „Dasz radę, stary”, po czym zniknął, żeby zająć się lodem, serwetkami albo czymś równie ważnym.
No więc siedziałem, pot szczypał mnie pod koszulką, dym szczypał w oczy, dłubiąc w kolejce hot dogów, które jakimś cudem w niecałe pięć minut zmieniły się z surowych w skremowane. Mój umysł jednak nie był skupiony na jedzeniu. W połowie myślałem o Jennie, w połowie o Danielu.
Jenna była moją dziewczyną od prawie dwóch lat. Poznałyśmy się na wieczorze quizowym u wspólnych znajomych w jakimś barze, gdzie stołki się chwiały, a barman znał zamówienie każdego, zanim jeszcze usiadł. Miała na sobie tę za dużą dżinsową kurtkę i czarną sukienkę, która wyglądała prosto, dopóki się nie poruszyła i nie zorientowałeś się, że ma rozcięcie, które powinno być nielegalne. Przewróciła oczami na jedną z moich głupich odpowiedzi o filmach z lat 80., a potem uśmiechnęła się, gdy odpowiedziałam poprawnie na kolejną, i to był koniec. Była pełna śmiechu, gestykulacji, nieuporządkowanego kucyka i jaskrawoczerwonej szminki.
Szybko się zakochałam. Zażenowująco szybko. Zaczęliśmy spędzać razem weekendy, potem dni powszednie, a potem „nie ma sensu, żebym dalej płaciła za swoje mieszkanie, skoro i tak ciągle tu jestem”. Po roku podpisaliśmy umowę najmu dwupokojowego mieszkania w mieście, dzieląc się po połowie: ja płaciłam czynsz i rachunki, ona zajmowała się zakupami spożywczymi i okazjonalnymi randkami. Teoretycznie.
Następnie, mniej więcej po czternastu miesiącach, do czatu dołączył Daniel.
On i Jenna znali się podobno od czasów studiów. Dowiedziałam się o tym dopiero, gdy jego imię zaczęło pojawiać się w opowiadaniach coraz częściej. Na początku było to niezobowiązujące. „Daniel wysłał mi tego mema”. „Daniel przeżywa trudne rozstanie”. „Daniel myśli o powrocie do miasta”. W myślach zaliczyłam go do kategorii starych znajomych, neutralnych.
Spotkałam go po raz pierwszy na wieczorze quizowym w tym samym barze, w którym poznałyśmy się z Jenną, jak w jakimś pokręconym, pełnym kręgu dowcipie. Był wysoki, lekko nieogolony w starannie leniwy sposób, z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, jakby przed chwilą przeczesał je dłońmi i zostawił tam. Miał na sobie koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającą przedramiona, które wyraźnie chciał, żeby ludzie zauważyli, i emanował tym głośnym, swobodnym urokiem faceta, któremu nigdy nie powiedziano „nie” w sposób, który by się zakorzenił.
„Stary, jesteś Ethan, prawda?” powiedział, przyciągając mnie do kumpelskiego uścisku, na który się nie zgodziłem. „Mnóstwo o tobie słyszałem, stary. Jenna ma obsesję. W dobrym tego słowa znaczeniu”.
Zaśmiałam się i wzruszyłam ramionami, ale nawet wtedy poczułam w żołądku ten maleńki błysk, który zignorowałam. Coś w tym, jak o sekundę za długo trzymał kontakt wzrokowy z Jenną, kiedy wypowiedział jej imię, jak uderzyła go w ramię i kazała mu się zamknąć, jakby grali główne role w jakimś sitcomie.
Z biegiem miesięcy migotanie narastało. Grupowe spotkania, gdzie zamykali się w swojej bańce, rozmawiając o starych profesorach i studenckich żartach, w których nigdy nie brałem udziału. SMS-y od „Danny’ego 🐺” o każdej porze rozświetlające jej telefon jakimś wewnętrznym żartem, którego nie rozumiałem. To, że zawsze wydawała się odrobinę jaśniejsza, gdy wchodził do pokoju, jakby ktoś podkręcił ściemniacz.
Za każdym razem, gdy poruszałem ten temat, zachowywałem się „dziwnie”.
„Ethan, przestań” – mówiła z irytacją i rozbawieniem. „To mój najlepszy przyjaciel. Zawsze był moim najlepszym przyjacielem. Wiedziałeś o tym”.
„Nie wiedziałam, że częściej piszesz do swojej najlepszej przyjaciółki niż do chłopaka” – mruknęłam.
Przewracała oczami. „Widzisz mnie codziennie. Mieszkasz ze mną. Daniel i ja po prostu rozmawiamy. Naprawdę będziesz tym facetem? Zazdrosnym chłopakiem, który nie może znieść, że jego dziewczyna ma kolegów?”
I oto była zapadnia. Nikt nie chce być Tym Facetem. Więc to przełknąłem. Wmówiłem sobie, że ten węzeł w żołądku to niepewność. Przypomniałem sobie każdy artykuł, jaki kiedykolwiek widziałem w internecie o toksycznej zazdrości i kontrolujących partnerach, i powiedziałem sobie, że nie chcę być jednym z nich.
Co sprowadza nas z powrotem do tamtego podwórka, do zwęglonych hot dogów i śmiechu Jenny dochodzącego od stołu piknikowego.
Wciąż dłubałem w grillu, próbując znaleźć hot doga, który nie był całkiem zepsuty, kiedy to usłyszałem. Nie jej zwykły śmiech, ten, który wydobywał się z niej, gdy oglądaliśmy głupie filmiki w łóżku albo gdy źle naśladowałem jej szefa. To był ten drugi. Przesadny, szukający blasku chichot, który wydobywała, gdy chciała, żeby wszyscy na nią patrzyli.
„Były tam wszystkie jej przyjaciółki” – pomyślałam sobie. Żona Toma, Sarah, która zawsze zachowywała się, jakby wszystkie dramaty innych były dla niej spektaklem, za który zapłaciła. Megan, samozwańcza ekspertka od związków z drinkiem w ręku. I kilka innych, których imion nigdy nie zapamiętałam, bo za każdym razem, gdy byliśmy w ich pobliżu, znikałam w tle.
Traktowali mnie jak darmowy mebel wliczony w cenę mieszkania. Stolik kawowy, na którym stawiasz drinka bez patrzenia. Kanapa, na której kładziesz się, nie pytając, czy ktoś tam siedzi.
Kiedy usłyszałem swoje imię, przestałem skrobać kraty i zacząłem nasłuchiwać.
„Serio, Daniel przynosi mi kwiaty ot tak” – przechwalała się Jenna, a jej głos niósł się ponad głuchym dudnieniem muzyki i brzękiem lodu w plastikowych kubkach. „Przyszedł nawet z zupą, kiedy byłam chora w zeszłym tygodniu. Mój najlepszy przyjaciel traktuje mnie lepiej niż mój prawdziwy chłopak kiedykolwiek”.
Mówiła o mnie.
Pierwszym odruchem było pomyśleć, że źle usłyszałem. Może powiedziała coś innego. Może kogoś cytowała. Może…
Potem rozległ się głośny, okrutny śmiech przy stole, jakby wszyscy od miesięcy wiedzieli, o co chodzi, a ja byłem ostatnią osobą, która załapała żart.
Jedna z dziewczyn — zdaje się, że Megan — powiedziała: „Cóż, może spotykasz się z niewłaściwą osobą”, a chichoty nasiliły się, jakby trafiła w sedno.
Nie odwróciłam się. Nie trzasnęłam szczypcami, nie krzyknęłam ani nie podbiegłam. Po prostu wpatrywałam się w te żałosne, poczerniałe kiełbaski i poczułam, jak ogarnia mnie dziwny, lodowaty spokój. Moje serce zwolniło. Hałas imprezy przycichł, jakby ktoś zamknął drzwi. Nawet uśmiechnęłam się lekko, co z perspektywy czasu było prawdopodobnie tym momentem, w którym coś we mnie pękło.
Przez miesiące byłam postrzegana jako niepewna siebie, kontrolująca dupa, bo nie czułam się komfortowo z Danielem. Za każdym razem, gdy wspominałam o ich bliskości, to ja byłam problemem. To ja musiałam „popracować nad swoim zaufaniem”.
Usłyszeć, jak mówi to na głos, usłyszeć ich śmiech, było jak w końcu dostać wyniki badań laboratoryjnych po długich mdłościach. Test wyszedł pozytywnie, i to nie z powodu niepewności.
Problemem nie była moja zazdrość. Problemem było to, że wzięłam udział w konkursie, na który nigdy się nie zgodziłam. A drugim uczestnikiem był facet, z którym pisała bez przerwy.
Wziąłem głęboki oddech, nałożyłem na talerz resztę jedzenia, które jeszcze nadawało się do jedzenia, wytarłem ręce w ściereczkę kuchenną i odwróciłem się z całkowicie neutralnym wyrazem twarzy.
Podszedłem do stołu piknikowego, postawiłem tacę tuż przed Jenną i spojrzałem jej prosto w oczy.
„Daniel brzmi jak porządny gość” – powiedziałem zupełnie spokojnym głosem.
Śmiech ulotnił się, jakby ktoś go uciszył. Jej przyjaciółki wymieniły niezręczne spojrzenia, nagle bardzo zainteresowane swoimi drinkami. Policzki Jenny poczerwieniały, ale szybko się otrząsnęła.
„On jest” – odparła nieco zbyt ostro. „To wspaniały przyjaciel”.
„Widzę” – powiedziałem, chwytając butelkę wody z chłodziarki. „Chyba byłem zbyt paranoiczny. Wy dwoje ewidentnie macie coś wyjątkowego. Nie powinienem wam przeszkadzać”.
Wyraz jej twarzy był bezcenny. Trochę szoku, trochę czegoś, co niepokojąco przypominało zwycięstwo. Myślała, że w końcu się poddałam. Myślała, że w końcu przekonała mnie, że zwariowałam, a ona jest po prostu dziewczyną z bliskim przyjacielem.
Nie miała pojęcia, że się nie poddaję. Przyjmowałem wypowiedzenie wojny, które właśnie publicznie złożyła. I nie miałem zamiaru przegrać.
Tego wieczoru, jadąc do domu, nuciła sobie coś do radia, skrzyżowawszy nogi na siedzeniu pasażera i przeglądając telefon. Czułam, że przeżywa na nowo swoje żarty, swój mały występ przy stole, a może nawet pisze do Daniela o tym, jak głupio się zachowywałam i że w końcu „się uspokoiłam”.
Nie zauważyła, jak cicho jestem. A jeśli zauważyła, to założyła, że się wycofałem.
„Więc teraz wszystko w porządku?” zapytała w pewnym momencie, wciąż nie odrywając wzroku od ekranu.
„Dobrze z czym?”
„Daniel”. Powiedziała jego imię tak swobodnie, jakby nie mówiła o facecie, którego właśnie publicznie postawiła wyżej ode mnie. „Nie będziesz już taki dziwny?”
Nie spuszczałem wzroku z drogi. „Nie będę się wygłupiał” – powiedziałem. „Ty i Daniel ewidentnie macie coś wyjątkowego. Teraz to rozumiem”.
Wypuściła powietrze z tą pełną irytacji ulgą, jakby czekała, aż dogonię wątek jej życia. „Dziękuję” – powiedziała. „Wiedziałam, że się przekonasz”.
Lekko skinąłem głową, głównie po to, żeby zobaczyła to kątem oka i poczuła się uspokojona. W mojej głowie zaczęły się kręcić trybiki.
Przez następne kilka tygodni stałem się najbardziej wyluzowanym i wspierającym chłopakiem na świecie.
Mówiłem jej, żeby się dobrze bawiła, kiedykolwiek wspominała o planach z Danielem.
„Danny i ja może pójdziemy na kolację po pracy” – mawiała, stojąc w drzwiach naszej sypialni, mając już na sobie sukienkę, której nigdy wcześniej nie widziałam, żeby miała na sobie.
„Doskonale” – odpowiadałam, nie odrywając wzroku od laptopa. „Bawcie się dobrze. Powiedz mu, że pytałam: »Co słychać«”.
Gdyby jego wiadomość pojawiła się podczas naszego wieczoru filmowego, wcisnąłbym pauzę i podałbym jej telefon. „Odbierz” – powiedziałbym. „Może to być ważne”.
To było jak obserwowanie kogoś biorącego przynętę na haczyk, który ty położyłeś na widoku.


Yo Make również polubił
Nieoczekiwany wynik podczas nakładania pasty do zębów na nóż
Wyładowując swoją furię poprzez wycofanie porad w dążeniu do sprawiedliwości
Moi rodzice dzwonili w sprawie pożyczki mojego brata na 590 000 dolarów – nigdy nie pożyczałem. Powiedzieli: „Twoim obowiązkiem jest mu ją oddać”. Uśmiechnąłem się… Skonfrontowałem się z nimi przy kolacji… I to, co powiedzieli, mnie zszokowało. PRAWDA BYŁA BOLESNA.
W dniu ślubu mojej córki podsłuchałam, jak jej narzeczony mówił swoim przyjaciołom, że żeni się z nią tylko po to, żeby ukraść naszą piekarnię. W ciągu kilku godzin „odwołałam ślub”, „odcięłam go od naszego majątku” i zmusiłam go do zmierzenia się z prawdą, której się nie spodziewał.