Podniosłam wzrok znad kawy i zobaczyłam Arthura stojącego w drzwiach kuchni, już ubranego w wyprasowane spodnie i kardigan, mimo wczesnej pory. Miał starannie uczesane włosy i widać było, że ogolił się z wielką starannością.
Mimo ograniczeń fizycznych, było oczywiste, że przestrzegał rygorystycznych standardów dotyczących wyglądu.
„Słucham?” zapytałem, wciąż otumaniony nocą pełną niezwykle wyrazistych snów.
„Następna wiadomość” – wyjaśnił, ostrożnie podchodząc do ekspresu do kawy. „Myślałem, że możemy dojść do wniosku, że doszło do uszkodzenia mienia. Komentarz straży pożarnej powinien ich wpędzić w prawdziwą panikę”.
Sprawdziłem zegar. 7:15 rano.
„Widzę, że od świtu planujesz wojnę psychologiczną.”
„Bezsenność ma swoje zastosowanie.”
Pewną ręką nalał mi kawy, po czym usiadł ze mną przy kuchennym stole.
„Pozwoliłem sobie również wyciszyć twój telefon. Trzy nieodebrane połączenia i siedem SMS-ów od 6:00 rano. Twój syn jest bardzo wytrwały”.
„Robert zawsze był typem zamartwiającym się” – przyznałem, czując kolejny przypływ poczucia winy. „Już jako dziecko potrzebował nieustannego wsparcia”.
„I sądzę, że robiłeś to wiernie.”
W tonie Arthura nie było osądu, jedynie obserwacja – tworząc schemat, który przetrwał aż do dorosłości, kiedy Robert oczekiwał, że będę łagodzić jego niepokój, podczas gdy sam będzie czuł się całkowicie komfortowo, wywołując u mnie niepokój.
Ocena okazała się niepokojąco trafna.
Ile razy zmieniałam swój harmonogram, żeby dostosować się do obaw Roberta? Ile razy stawiałam jego wygodę ponad własną?
„Są na statku wycieczkowym” – przypomniałem nam obojgu. „Jak wielkie szkody mogą wyrządzić nasze wiadomości? Przecież powinni się dobrze bawić”.
„Właśnie o to chodzi” – odparł Arthur, popijając kawę z wyraźnym uznaniem. „Doskonały napar, nawiasem mówiąc. Ich przyjemność odbywa się kosztem naszej autonomii. Odrobina zamieszania wydaje się uczciwą wymianą”.
Miał rację.
Sięgnąłem po telefon i przejrzałem narastające dowody niepokoju Roberta.
Mamo, co się dzieje? Co masz na myśli, mówiąc, że doświadczenie Arthura w teatrze było pomocne? Czy odbierasz te wiadomości? Zadzwoń, kiedy będziesz mogła.
Mamo, naprawdę się martwimy. Co się stało, co trzeba było opanować?
Bethany uważa, że mogło dojść do włamania. Czy tak się stało?
Próbujemy nawiązać połączenie z telefonem satelitarnym statku. Zadzwonimy, jak tylko będziemy mogli.
„Całkiem ładnie się kręcą” – zauważył Arthur, czytając mi przez ramię. „Teoria o włamaniu jest szczególnie pomysłowa. Nigdy bym na to nie wpadł”.
„Zachowujemy się okropnie” – powiedziałem, choć bez większego przekonania.
„Pouczamy” – poprawił. „A teraz o tym komunikacie straży pożarnej”.
Zawahałem się, ale napisałem.
Dzień dobry z pięknego dnia w Vermont. Nie ma potrzeby połączeń satelitarnych. Wszystko jest już w porządku. Straż pożarna była bardzo wyrozumiała, a szybkie myślenie Arthura zapobiegło poważnym szkodom. Podczas ostatniej wizyty poruszyłeś bardzo ważne kwestie dotyczące moich zasłon, a teraz dostaniesz te nowe, o które prosiłeś. Miłego rejsu.
„Ten fragment kurtyny jest inspirujący” – powiedział Arthur z aprobatą, gdy pokazałem mu wiadomość. „Wystarczająco konkretny, by był wiarygodny, a jednocześnie zupełnie banalny w porównaniu ze strażą pożarną. Ten emocjonalny wstrząs jest znakomity”.
„Odkrywam w sobie mściwą naturę, o której istnieniu nie wiedziałam” – przyznałam i nacisnęłam „Wyślij”, zanim zdążyłam to przemyśleć.
„Nie mściwy” – poprawił go Arthur. „Absolutnie samozwańczy. To różnica”.
Rozejrzał się po mojej kuchni, w której panował porządek, a szafki były uporządkowane, a blaty lśniące.
„Teraz myślę, że śniadanie jest w porządku. Masz jajka? Robię doskonały omlet.”
„Gotujesz?” Nie mogłam ukryć zaskoczenia w głosie.
„Mieszkam sam od dwudziestu lat, Margaret. Wbrew powszechnemu przekonaniu, starsi mężczyźni nie tracą od razu wszystkich podstawowych umiejętności życiowych po śmierci żony”.
Zaczął otwierać szafki z pewnością siebie człowieka, który czuje się jak w każdej kuchni.
„Klara – moja żona – była świetną kucharką, ale nalegała, żebym nauczył się podstaw. „Sztuka”, mawiała, „jeśli potrafisz wyreżyserować Króla Leara, to potrafisz zrobić porządny beszamel”.
Wizja tego formalnego, nieco onieśmielającego mężczyzny, łagodnie strofowanego przez żonę, wywołała uśmiech na mojej twarzy.
„Jajka są na drzwiach lodówki” – powiedziałem. „Ser w szufladzie pod warzywami”.
Gdy Arthur przygotowywał śniadanie z zaskakującą zręcznością, zastanawiałam się, co jeszcze źle o nim oceniłam. Ile z mojej początkowej urazy wynikało z autentycznego żalu, a ile z tych samych założeń związanych z wiekiem, których nie znosiłam w mojej własnej rodzinie.
„Znowu to robisz” – zauważył Artur, nie odwracając się od pieca. „Za głośno się gapisz i myślisz”.
„Nie wiem, co masz na myśli” – zaprotestowałem.
„Masz bardzo wyraziste brwi, Margaret. Niemal sygnalizują twoje myśli na drugim końcu pokoju”.
Zręcznie złożył omlet ruchem nadgarstka.
„W tej chwili mówią: «Źle oceniliśmy tego dziwnego starca i musimy ponownie rozważyć swoje założenia».”
Zaśmiałem się wbrew sobie.
„Czy zawsze jesteś tak spostrzegawczy, czy ja jestem szczególnie transparentny?”
„Podejrzewam, że jedno i drugie.”
Wsunął perfekcyjnie przygotowany omlet na talerz i podał go z nutą fantazji.
„Śniadanie podane.”
Omlet rzeczywiście był wyśmienity — lekki, aromatyczny, z ziołami, których nie pamiętałam, żebym kupowała.
Podczas posiłku przyłapałem się na tym, że opowiadałem sobie historie z minionych Świąt Dziękczynienia. O tym, jak Robert próbował usmażyć indyka w głębokim tłuszczu w garażu. O tym, jak pierwsza próba Bethy upieczenia ciasta dyniowego zakończyła się spontanicznymi ćwiczeniami przeciwpożarowymi.
„Nie zawsze tak było” – tłumaczyłem, choć Arthur nie prosił o żadne uzasadnienie. „Takie zarządzanie. Robert dzwonił tylko po to, żeby pogadać, a nie po to, żeby sprawdzić, czy nie zapomniałem wymienić filtra w piecu albo umówić się na wizytę u lekarza”.
„Zmiana zazwyczaj następuje stopniowo” – zauważył Arthur. „Tutaj pytanie pełne troski, tam niepotrzebne przypomnienie. Zanim rozpoznasz schemat, dynamika relacji rodzic-dziecko ulega odwróceniu”.
„Kiedy to się u ciebie wydarzyło?” – zapytałem.
Cień przemknął przez jego pełną wyrazu twarz.
„Z chorobą Klary. Rak trzustki. Sześć miesięcy od diagnozy do…”
Odchrząknął.
„Bethany przyleciała dokładnie dwa razy. Raz, kiedy jej matka usłyszała diagnozę. Raz na pogrzeb. W międzyczasie załatwiała wszystko telefonicznie – łącznie z moim przejściem pod „odpowiednią opiekę”.
W jego głosie było słychać cudzysłowy.
„Przepraszam” – powiedziałem, mając na myśli odpowiedź Clary i Bethy.
Zbył współczucie gestem, który nie do końca maskował jego siłę oddziaływania.
„Stara historia. Trzy lata temu. Choć najwyraźniej wystarczająco długo, by Bethany uznała, że potrzebuję odpowiedniego nadzoru, mimo że całkiem dobrze radzę sobie z samodzielnym życiem”.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mój telefon zasygnalizował sygnałem przychodzącego połączenia wideo.
Robert — korzystając z Wi-Fi lub systemu satelitarnego statku.
Pokazałem Arthurowi ekran.
„Czy powinniśmy odpowiedzieć i zakończyć ich cierpienie?”
„Jeszcze nie” – zdecydował po chwili namysłu. „Odmów z wiadomością, że właśnie pomagasz rzeczoznawcy ubezpieczeniowemu i zadzwonisz później”.
Zrobiłem, jak mi kazano, i odłożyłem telefon.
„Oni już teraz są wściekli”.
„Dobrze” – powiedział stanowczo Artur. „Niech doświadczą choćby ułamka bezradności, którą nam narzucili”.
Odchylił się do tyłu.
„No i co teraz zrobimy z tym dniem? Zakładam, że miałeś plany wykraczające poza psychiczne cierpienie”.
Pytanie mnie zaskoczyło.
Co normalnie robiłbym w dzień po Święcie Dziękczynienia? Ćwiczyłbym grę na pianinie, na pewno. Może bym poczytał. Zadzwoniłbym do kilku znajomych, żeby wymienić się świątecznymi opowieściami.
Nic z tego nie wydawało się szczególnie przekonujące w obliczu naszego obecnego spisku.
„Właściwie” – powiedziałam, podejmując spontaniczną decyzję – „myślę, że powinniśmy zmienić wystrój”.
Krzaczaste brwi Artura uniosły się.
„Skoro twierdzimy, że pożar wymagał nowych zasłon, powinniśmy to zrobić” – wyjaśniłam, ciesząc się z tego pomysłu. „Od lat nie podobały mi się te zasłony w salonie. Zbyt formalne. Zbyt ciężkie. A skoro już o tym mowa, może warto by też przemyśleć układ mebli”.
„Teatralna prawdopodobieństwo” – Arthur skinął głową z aprobatą. „Podoba mi się twoje zaangażowanie w rolę, Margaret”.
„Nie tylko to” – przyznałem. „Od jakiegoś czasu rozważałem zmiany, ale bezwładność to potężna siła. To wydaje się idealną okazją”.
„Remont domu z niechętnym seniorem, którego znasz od niecałych dwudziestu czterech godzin” – zamyślił się Arthur. „Nie widzę żadnych wad tego planu”.
Pomimo suchego tonu, wyczułem w jego głosie raczej szczere rozbawienie niż urazę.
„Jeśli mamy ich przekonać, że zżyliśmy się ze sobą podczas ich nieobecności, powinniśmy mieć czym się pochwalić” – zauważyłem. „Masz doświadczenie teatralne. Na pewno zaprojektowałeś w swoim życiu jedną czy dwie scenografie”.
„Zaprojektowane, wyreżyserowane, czasami rozmontowane w napadach artystycznego temperamentu” – potwierdził z lekkim uśmiechem. „Dobrze, Margaret. Zróbmy remont. Chociaż powinienem cię ostrzec – mam zdecydowane zdanie na temat wzorów tekstyliów”.
„Niczego innego bym się nie spodziewał” – odpowiedziałem, zaskoczony własnym entuzjazmem dla projektu.
Kiedy ostatni raz podjąłem spontaniczną decyzję o zmianie czegokolwiek w moim starannie utrzymywanym domu?
„Będziemy musieli pójść na zakupy” – powiedziałem. „W mieście jest sklep z tkaninami, w którym powinny być odpowiednie opcje”.
Wyraz twarzy Artura stał się niepewny.
„Zakupy mogą być wyzwaniem. Moja mobilność nie jest już taka jak kiedyś”.
Stuknął laską w geście samokrytyki.
„Szczególnie uciążliwe są schody i dłuższe chodzenie.”
Było to jego pierwsze przyznanie się do ograniczeń fizycznych i doceniłam zarówno jego szczerość, jak i widoczny dyskomfort, jaki odczuwał, przyznając się do swojej wrażliwości.
„Pojedziemy moim samochodem” – powiedziałem rzeczowo. „Sklep z tkaninami ma rampę i szerokie przejścia, a lunch możemy zjeść w Gibson’s. Mają doskonałą zupę i stolik przy oknie, do którego łatwo się dostać”.
Ulga w jego oczach szybko została przyćmiona przez jego zwykły, suchy humor.
„Już planujesz moje potrzeby geriatryczne? Rozminąłeś się z powołaniem pielęgniarki?”
„Wcale nie” – odpowiedziałem spokojnie. „Po prostu jestem praktyczny… i samolubny. Tak się składa, że mam ochotę na zupę w Gibsonie, a twoje towarzystwo uatrakcyjniłoby wyprawę”.
Przyglądał mi się przez chwilę, po czym skinął głową z zaskakującą formalnością.
„W takim razie, Margaret, przyjmuję twoje zaproszenie. Choć nalegam na postawienie obiadu, biorąc pod uwagę twoją uprzejmą gościnność.”
„Zgadzam się” – powiedziałem, wyciągając rękę, jakbym przypieczętowywał umowę. „Chociaż powinienem cię ostrzec, mam zdecydowane poglądy na temat osłon okiennych”.
„Niczego innego bym się nie spodziewał” – powtórzył, ściskając dłoń mocno, mimo że miał powykręcane palce.
Kiedy razem zmywaliśmy naczynia po śniadaniu — on zmywał, ja wycierałam — w rytmie, który wydawał się zaskakująco naturalny, mój telefon znów zawibrował, sygnalizując kolejną gorączkową wiadomość od Roberta.
Mamo, rzeczoznawco ubezpieczeniowy, co się stało? Próbujemy wysiąść w następnym porcie, jeśli coś jest naprawdę nie tak.
Artur spojrzał na wiadomość i uśmiechnął się. Ten figlarny uśmiech zmienił jego naukowy wygląd w coś niemal psotnego.
„Doskonale” – oznajmił. „Kolejny etap naszego planu przebiega dokładnie zgodnie z harmonogramem”.
Sklep z tkaninami wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem — prawdziwa enoga wśród faktur i wzorów, wciśnięta między sklep z narzędziami a piekarnię na Main Street.
Nie spodziewałam się, że doświadczenie, jakie przeżyję, mając Arthura u boku, będzie tak odmienne.
Jego obserwacje były przenikliwe, a opinie szczere, lecz zaskakująco wnikliwe.
„Ten odcień burgunda ma w sobie całą subtelność Lady Makbet z teatru społecznościowego” – oznajmił, gdy uniosłem ciężki damaszek. „Atrakcyjny w teorii, przytłaczający w praktyce”.
„A co pan sugeruje, profesorze Caldwell?” – zapytałem, raczej rozbawiony niż obrażony jego szczerością.
Przeszedł wzdłuż przejścia, zamyślony stukając laską o podłogę, po czym zatrzymał się przy wystawie jaśniejszych tkanin.
„To” – powiedział, wskazując na stalowoniebieski len o subtelnej jodełkowej fakturze. „Ma charakter, ale nie dominuje w pomieszczeniu, i będzie pasować do dywanu Aubusson w twoim salonie, zamiast z nim konkurować”.
Przyjrzałem się jego wyborowi i byłem zaskoczony zarówno jego pamięcią szczegółów, jak i zmysłem estetycznym.
Zauważył mój dywan.
Niebieski był rzeczywiście idealny – wyrafinowany, ale nie przytłaczający, treściwy, ale nie ciężki. Zupełnie nie taki, jaki bym sobie wybrał, a jednak idealnie pasował do tej przestrzeni.
„Masz dobre oko” – doceniłem, dodając materiał do naszego stale powiększającego się wyboru.
„Projektowałem scenografię przez cztery dekady” – przypomniał mi. „Materiał może zadecydować o sukcesie lub porażce całej estetyki spektaklu”.
Kiedy skończyliśmy wybierać, mieliśmy już materiały nie tylko na zasłony do salonu, ale także na nowe poduszki i dywanik do przedpokoju.
Łączna kwota była wyższa, niż planowałem wydać, ale perspektywa odświeżenia pokojów, w których nie zmieniałem wystroju przez prawie dekadę, była niespodziewanie ekscytująca.
„Lunch?” – zasugerowałem, pakując zakupy do mojego samochodu. „Gibson’s jest tuż za rogiem”.
Artur skinął głową, choć zauważyłem, że mocniej niż wcześniej opierał się na lasce.
Nasza wyprawa na zakupy wyraźnie wystawiła go na próbę, choć nie narzekał.
Zakwestionowano także inne założenie: zamiast stanowić dla siebie ciężar, wydawał się zdeterminowany, by zminimalizować swoje ograniczenia – być może do granic możliwości.
W sklepie Gibson’s panował spory ruch, zwłaszcza po Święcie Dziękczynienia, ale Morin, właściciel, natychmiast nas zauważył.
„Margaret” – zawołała, przeciskając się między stolikami, żeby nas powitać. „Tęskniliśmy za tobą wczoraj. Rekolekcje się udały?”
„Bardzo uspokajające” – odpowiedziałem, przyjmując jej szybki uścisk.
„Morin, to jest Arthur Caldwell, przyjaciel rodziny, który przyjechał na długi weekend.”
Artur wyciągnął rękę ze staroświecką kurtuazją.
„Z przyjemnością, Morin. Margaret zapewnia, że twoja zupa nie ma sobie równych w trzech hrabstwach”.
„Czarciuchu” – zaśmiał się Morin, wyraźnie zachwycony. „Za to oddam ci stolik przy oknie i dorzucę deser. Chodź za mną.”
Gdy prowadziła nas do nasłonecznionego stolika z widokiem na rynek, dostrzegłem dyskretne mrugnięcie Arthura.
Wykorzystał strategicznie swoją ogromną charyzmę — zapewniając nam najlepsze miejsca bez względu na swoje potrzeby związane z mobilnością.
„Przyjaciel rodziny” – zapytał, gdy Morin wyszedł z naszymi zamówieniami. „Ciekawy wybór określenia dla twojego niechętnego gościa”.
„Czy wolałbyś „obcego, którego moje dzieci zostawiły ze mną na Święto Dziękczynienia”?” – odparłem.
„Dokładne, choć nieporęczne w przypadku potocznych przedstawień.”
W jego oczach pojawiło się rozbawienie.
„Chociaż myślę, że na tym etapie wyszliśmy już poza ramy bycia obcymi. Przynajmniej niechętnymi współspiskowcami”.
„Nieprawdopodobni sojusznicy” – stwierdziłem.
„Mogę zaakceptować to określenie”.
Spojrzał przez okno na rynek miejski z altaną i starymi dębami.
„Urocze miasteczko. Mieszkasz tu długo? Czterdzieści trzy lata w tym samym domu?”
„Potwierdziłam. Robert miał pięć lat, kiedy przeprowadziliśmy się z Bostonu. Mój mąż James przyjął posadę na uczelni.”
„Wydział muzyczny” – zgadł Artur.
„Chemia. Właściwie to ja byłem muzykiem w rodzinie”.
Wspomnieniu Jamesa towarzyszył znajomy ból. Nie ostry żal wczesnego wdowieństwa, lecz łagodniejszy ból długiej, pustej przestrzeni.
„Zmarł dwanaście lat temu. Zawał serca podczas odśnieżania.”
Artur skinął głową, nie oczekując żadnych ogólników na temat lepszych miejsc czy gojących się ran z upływem czasu.
„Klara była piętnaście lat temu” – powiedział zamiast tego. „Wydaje się, że to było wczoraj, a może kilka żyć temu, w zależności od dnia”.
„Dokładnie tak” – zgodziłam się, wdzięczna za jego zrozumienie.
Zupę podano nam z dyni piżmowej z jabłkiem i szałwią, a do niej chrupiący chleb, jeszcze ciepły, prosto z pieca.
Przez kilka minut jedliśmy w przyjacielskiej ciszy, a prosta przyjemność dobrego jedzenia sama w sobie stanowiła część naszej komunii.
„Twój syn” – powiedział w końcu Artur – „czy on wie, jak bardzo jesteś zdolna? Utalentowana muzyczka. Kobieta, która potrafi zorganizować skomplikowany świąteczny posiłek, a jednocześnie uczyć gry na pianinie i zajmować się domem”.
Pytanie mnie zaskoczyło.
„Oczywiście, że tak. Dorastał ze mną.”
„Dzieci często postrzegają swoich rodziców przez bardzo wąskie soczewki” – zauważył Arthur – „skupione wyłącznie na ich roli matki lub ojca, pomijając pełniejsze człowieczeństwo kryjące się za tymi tytułami”.
Rozważałem to, odłamując kolejny kawałek chleba.
„Może masz rację. Robert był młody, kiedy James zmarł – właśnie kończył studia. Niemal natychmiast przyjął rolę opiekuńczą i nigdy z niej nie zrezygnował”.
Artur skinął głową.
„Chociaż rok po roku pokazywałeś, że potrafisz sobie doskonale poradzić.”
„To wypływa z miłości” – powiedziałam, czując potrzebę obrony syna, mimo że sytuacja wyglądała tak, a nie inaczej.
„Największa kontrola ma miejsce w rodzinach” – odpowiedział Arthur. „Wmawiamy sobie, że chronimy siebie nawzajem, podczas gdy tak naprawdę chronimy siebie – przed strachem przed stratą, zmianą, konfrontacją ze śmiercią”.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mój telefon zaczął natarczywie wibrować.
Kolejna wiadomość od Roberta.
Mamo, jutro wysiadamy w porcie i lecimy do domu. Najwyraźniej stało się coś poważnego. Proszę, powiedz nam, czy jesteś bezpieczna.
Pokazałem Arthurowi wiadomość, czując ukłucie prawdziwego poczucia winy.
„Być może zaszliśmy już wystarczająco daleko”.
Zamyślony przestudiował tekst.
„Następnym portem będzie prawdopodobnie Nassau. Jeśli to standardowa trasa po Karaibach, oznacza to, że musieliby poświęcić co najmniej dwa dni rejsu i zapłacić wygórowane ceny biletów lotniczych na ostatnią chwilę”.
„Właśnie dlatego powinniśmy przestać” – upierałem się. „To miała być mała lekcja, a nie zrujnowane wakacje”.
Wyraz twarzy Artura złagodniał.
„Masz rację. Oczywiście, eskalacja ma swoje granice.”
Zastanowił się przez chwilę.
„A co, jeśli zmienimy kierunek? Nie zakończymy gry całkowicie, ale zmienimy jej kierunek”.
„Co sugerujesz?”
„Wiadomość, która łagodzi ich natychmiastową panikę, ale podtrzymuje naszą narrację o nieoczekiwanych wydarzeniach”.
Zastanowił się i podyktował.
„Wszystko jest absolutnie w porządku. Nie ma potrzeby zmiany planów podróży. „Pożar” był tylko drobnym incydentem w kuchni, całkowicie pod kontrolą. Arthur i ja świetnie się bawiliśmy, remontując i poznając się. To było takie nieoczekiwane połączenie. Ciesz się resztą rejsu bez zmartwień.”
Wpisywałem tekst, gdy mówił, a potem pokazałem mu wynik.
„Cudzysłów przy ogniu to miły akcent” – zauważyłem. „Sugeruje, że używamy go jako eufemizmu dla czegoś zupełnie innego”.
„A »nieoczekiwane połączenie« niesie ze sobą wystarczająco dużo niejednoznaczności, by utrzymać ich zainteresowanie bez paniki” – zgodził się. „Przenosi ich niepokój z troski o bezpieczeństwo na ciekawość naszej rozwijającej się relacji. Dokładnie tego oczekiwali – choć nie w sposób, w jaki zamierzali”.
Nacisnąłem „Wyślij” i odłożyłem telefon.
„Jesteś bardzo strategiczny, Arthurze Caldwell.”
„Cztery dekady polityki akademickiej uczą planowania kilku ruchów naprzód” – odpowiedział z lekkim uśmiechem. „Chociaż przyznaję, że ta konkretna gra jest przyjemniejsza niż wykładowe spotkania budżetowe”.
Po skończeniu zupy i obiecanym deserze – crème brûlée z syropem klonowym, który Arthur uznał za niedościgniony – wróciliśmy do mojego samochodu.
Zauważyłem, że teraz poruszał się wolniej. Poranne zajęcia wyraźnie odbiły się na jego wytrzymałości.
„Może powinniśmy odłożyć remont na jutro” – zasugerowałam w drodze do domu, starając się przedstawić to jako preferencję co do harmonogramu, a nie jako dostosowanie się do jego zmęczenia.
„Prawdopodobnie rozsądnie” – zgodził się, przejrzawszy pozory, ale przyjmując je z wdzięcznością. „Dzisiaj rekonesans, jutro akcja. Dobry teatr wymaga odpowiedniego tempa”.
Po powrocie do domu nalegałam, aby Arthur odpoczął, a ja przygotowałam lekką kolację.
Ku mojemu zdziwieniu, nie protestował, tylko usiadł w salonie z jedną ze starych antologii poezji Jamesa.
Kiedy skończyłam przyrządzać prosty posiłek składający się z zupy podgrzanej przed wyjazdem i świeżego chleba od Gibsona, on zasnął w fotelu z otwartą książką na kolanach.
Przyglądałem mu się przez chwilę — temu dumnemu, upartemu mężczyźnie, który wkroczył w moje życie jako natrętny gość, a teraz szybko stawał się kimś bliższym przyjacielowi.
We śnie ostre rysy jego osobowości słabły, odsłaniając słabość, którą tak bardzo starał się ukryć na jawie.
Pozwoliłem mu odpocząć, a sam podszedłem do pianina i zacząłem grać cicho.
Clair de Lune Debussy’ego – łagodny impresjonizm wypełniający dom spokojną melancholią.
Jutro czekało mnie więcej intryg, więcej remontów, więcej nieoczekiwanych sojuszy z tym niezwykłym mężczyzną.


Yo Make również polubił
Puszyste naleśniki waniliowe: łatwy przepis od podstaw
Ciasto francuskie z jabłkami i kremem mascarpone
Fizjoterapeuta pokazał 7 prostych ćwiczeń, które powinna wykonywać każda kobieta po 40.
Świetny trik na czyszczenie płytek łazienkowych z osadu mydła i plam wodnych