Część pierwsza – Puste krzesło
Siedział tam w swoim garniturze za trzy tysiące dolarów, śmiał się ze swoim drogim prawnikiem i wskazywał palcem na puste krzesło obok swojej żony.
Keith Simmons myślał, że rozwód już się zakończył.
Myślał, że pozbawienie Grace kont bankowych oznacza, że się załamie. Myślał, że anulowanie jej kart tego ranka oznacza, że nigdy nie będzie w stanie zatrudnić nikogo porządnego, o ile w ogóle uda jej się zatrudnić prawnika. Powiedział nawet sędziemu, pół żartem, pół serio, że jest zbyt niekompetentna, by zapewnić sobie adwokata.
Ale Keith zapomniał o jednym istotnym szczególe z przeszłości Grace, a konkretnie o tym, kto ją urodził.
Kiedy drzwi sali sądowej w końcu się otworzyły i weszła , uśmieszek nie zniknął z twarzy Keitha. Zupełnie jakby cała jego egzystencja zbladła.
Za chwilę będziesz świadkiem jednej z najsurowszych rozpraw sądowych w historii Sądu Cywilnego na Manhattanie w Nowym Jorku w Stanach Zjednoczonych.
Powietrze w sali sądowej 304 było stęchłe, przesiąknięte delikatnym zapachem wosku do podłóg i starego papieru. To był zapach rozstań, zapach małżeństw rozpuszczających się w świetle jarzeniówek.
Jednak dla Keitha atmosfera pachniała zwycięstwem.
Poprawił mankiety szytego na miarę włoskiego garnituru i odchylił się w skórzanym fotelu przy stole powoda. Spojrzał na zegarek – zabytkowy Patek Philippe, który kosztował więcej niż przeciętny samochód Amerykanina – i wypuścił ostry, drwiący wydech.
„Spóźnia się” – szepnął Keith do mężczyzny obok. „A może w końcu zrozumiała, że taniej jest po prostu się poddać”.
Obok niego siedział Garrison Ford.
Garrison nie był tylko prawnikiem. Był bronią. Starszy wspólnik w Ford, Miller & O’Connell, znany był w nowojorskich kręgach prawniczych jako Rzeźnik Broadwayu . Nie tylko wygrywał sprawy rozwodowe; rozpalał opozycję, aż pozostał tylko popiół i bardzo korzystna ugoda.
Garrison wygładził srebrny krawat, a jego oczy skanowały walizkę z drapieżną nudą.
„Nieważne, czy się pojawi, Keith” – mruknął Garrison, a jego głos brzmiał jak żwir trący o szkło. „W poniedziałek złożyliśmy wniosek o zamrożenie wspólnych aktywów w trybie pilnym. Nie ma dostępu do płynności finansowej. Brak zaliczki oznacza brak reprezentacji. Brak reprezentacji przeciwko mnie oznacza, że odejdzie z tym, co postanowimy jej wyrzucić”.
Keith uśmiechnął się i spojrzał na drugą stronę przejścia.
Siedziała tam sama Grace.
Wyglądała na mniejszą, niż Keith pamiętał. Miała na sobie prostą, grafitową sukienkę, którą nosiła od lat. Jej dłonie były starannie złożone na porysowanym dębowym stole, palce splecione tak ciasno, że kostki jej palców zbielały.
Nie było przed nią stosów akt, asystentów prawnych szepczących jej o strategii, dzbanka z lodowatą wodą. Tylko Grace, wpatrująca się prosto w pusty ławę sędziowską.
„Spójrz na nią” – zachichotał Keith, wystarczająco głośno, by nieliczni widzowie z tyłu mogli go usłyszeć. „To aż smutne. Jak obserwowanie jelenia czekającego na ciężarówkę z naczepą”.
„Skup się” – ostrzegł Garrison, choć na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. „Sędzia Henderson jest pedantem w kwestii przyzwoitości. Załatwmy to szybko. Mam rezerwację na lunch w Le Bernardin o pierwszej”.
„Nie martw się, Garrison. Za rok będę wolny, a ona będzie szukać kawalerki w Queens”.
Komornik, krępy mężczyzna o nazwisku oficer Kowalski, który widział już tyle rozwodów, że dwukrotnie stracił wiarę w ludzkość, wrzasnął:
„Wszyscy wstać! Przewodniczy Sędzia Lawrence P. Henderson.”
Wszyscy w sali podnieśli się na nogi.
Sędzia Henderson wszedł do sali, jego czarne togi powiewały. Był człowiekiem o ostrych kątach i krótkiej cierpliwości, znanym z bezwzględnej skuteczności w załatwianiu spraw. Usiadł, poprawił okulary i spojrzał na strony.
„Usiądź” – rozkazał Henderson.
Otworzył leżący przed nim plik.
„Sprawa numer 24-NIV-0091, Simmons przeciwko Simmons. Jesteśmy tu na rozprawie wstępnej dotyczącej podziału majątku i wniosku o alimenty dla małżonka”.
Spojrzał na stół powoda.
„Panie Ford. Miło pana znowu widzieć.”
„A wy, Wasza Wysokość” – powiedział Garrison, wstając płynnie. „Jesteśmy gotowi do działania”.
Sędzia skierował wzrok na stół obrony. Zmarszczył brwi.
Grace powoli wstała.
„Pani Simmons” – powiedział sędzia Henderson, a jego głos lekko odbił się echem w wysokim pokoju. „Widzę, że jest pani sama. Czy spodziewa się pani adwokata?”
Grace odchrząknęła. Jej głos był cichy, lekko drżący.
– Ja… ja, Wasza Wysokość. Powinna tu być lada chwila.
Keith wydał z siebie głośny, teatralny chichot. Zakrył usta dłonią, ale dźwięk był nie do pomylenia.
Spojrzenie sędziego Hendersona powędrowało w stronę Keitha.
„Czy jest coś zabawnego, panie Simmons?”
Garrison natychmiast zerwał się na równe nogi i położył dłoń na ramieniu Keitha.
„Przepraszam, Wysoki Sądzie. Mój klient jest po prostu sfrustrowany. Ten proces się przeciągnął, a obciążenie jest znaczne”.
„Panie Ford, niech pan zachowa frustrację swojego klienta w tajemnicy” – ostrzegł sędzia.
Odwrócił się do Grace.
„Pani Simmons, rozprawa rozpoczęła się pięć minut temu. Zna pani zasady. Jeśli pani adwokat nie będzie obecny…”
„Już jedzie” – upierała się Grace, a jej głos nabierał nieco siły. „Był korek”.
„Korek?” – mruknął Keith, pochylając się do przodu, żeby jego głos niósł się po drugiej stronie przejścia. „A może twój czek był bez pokrycia, Grace. Och, czekaj. Nie możesz wypisać czeku. Anulowałem karty dziś rano”.
„Panie Simmons” – warknął sędzia, uderzając młotkiem. „Jeszcze jeden wybuch i potraktuję pana jak obrazę sądu”.
„Przepraszam, Wysoki Sądzie” – powiedział Keith, wstając i zapinając marynarkę, udając pokorę. „Po prostu… chcę być sprawiedliwy. Moja żona jest ewidentnie przytłoczona. Nie rozumie zawiłości prawa. Nie ma dochodów ani środków. Zaproponowałem jej hojną ugodę w zeszłym tygodniu – pięćdziesiąt tysięcy dolarów i Lexusa z 2018 roku. Odmówiła”.
Keith odwrócił się, by spojrzeć na Grace. Jego oczy były zimne.
„Próbowałem ci pomóc, Grace. Ale upierałaś się przy swoich gierkach. A teraz spójrz na siebie. Siedzisz tam bez niczego. Nie masz prawnika, bo nikt nie chce sprawy charytatywnej”.
„Panie Ford. Panuj nad swoim klientem” – warknął sędzia Henderson.
„Wysoki Sądzie” – wtrącił płynnie Garrison – „choć zapał mojego klienta jest godny ubolewania, jego argument jest proceduralnie uzasadniony. Marnujemy czas sądu. Pani Simmons ewidentnie nie zapewniła sobie reprezentacji. W oparciu o precedens Vargas przeciwko Stanowi , wnosimy o natychmiastowe wydanie wyroku zaocznego w sprawie podziału majątku. Miała miesiące na przygotowanie się”.
Sędzia Henderson spojrzał na Grace. Wyglądała na zmęczoną.
„Pani Simmons, pan Ford ma formalnie rację. Czas sądu jest cenny. Jeśli nie może pani teraz wyznaczyć adwokata, muszę założyć, że reprezentuje pani sama siebie , a biorąc pod uwagę złożoność księgowości sądowej dotyczącej spadku po pani mężu, byłoby to nierozsądne”.
„Nie reprezentuję samej siebie” – powiedziała Grace, wpatrując się w podwójne mahoniowe drzwi z tyłu sali. „Proszę. Jeszcze tylko dwie minuty”.
„Ona zwleka” – syknął Keith. „Nie ma nikogo. Jej ojciec był mechanikiem, a wszystkie jej przyjaciółki to podmiejskie gospodynie domowe. Do kogo zadzwoni? Do pogromców duchów?”
Keith znów się roześmiał, ostrym, szczekliwym dźwiękiem. Czuł się niezwyciężony. Spojrzał na Grace – kobietę, którą kiedyś ślubował kochać i pielęgnować – i zobaczył tylko przeszkodę, którą miał zamiar zmiażdżyć. Chciał ją upokorzyć. Chciał, żeby wiedziała, że odejście od niego było największym błędem w jej życiu.
„Wysoki Sądzie” – naciskał Garrison, wyczuwając śmierć – „wnoszę o wycofanie jej prośby o odroczenie. Zakończmy tę farsę”.
Sędzia Henderson westchnął. Podniósł młotek.
„Pani Simmons, przepraszam. Nie możemy dłużej czekać. Przystąpimy do…”
BUM.
Podwójne drzwi z tyłu sali sądowej nie otworzyły się ot tak; otworzyły się na oścież z siłą, która zatrzęsła framugą. Dźwięk rozbrzmiał jak wystrzał z pistoletu.
Wszyscy się odwrócili.
Keith obrócił się na krześle, zirytowany przerwą. Garrison zmarszczył brwi, a jego długopis zawisł nad notesem. Sala sądowa zapadła w oszołomioną ciszę.
W drzwiach nie stał zdenerwowany obrońca z urzędu. Nie był to adwokat z tańszego centrum handlowego.
Stała tam kobieta, która wyglądała na podeszłą sześćdziesiątkę, choć jej postawa była sztywna jak stalowa belka. Miała na sobie szyty na miarę biały garnitur, który prawdopodobnie kosztował więcej niż cała garderoba Keitha. Jej srebrne włosy były przycięte w ostry, przerażająco precyzyjny bob. Nosiła ciemne okulary przeciwsłoneczne, które powoli zdjęła, odsłaniając przenikliwe, lodowato niebieskie oczy – oczy, które wpatrywały się w senatorów, prezesów i sędziów federalnych w Waszyngtonie.
Za nią kroczyło trzech młodszych współpracowników, wszyscy nieśli grube skórzane teczki i poruszali się w formacji V, niczym myśliwce eskortujące bombowiec.
Kobieta się nie spieszyła. Szła środkowym przejściem, a stukot jej obcasów brzmiał jak metronom odliczający ostatnie sekundy spokojnego życia Keitha.
Garrison Ford, Rzeźnik Broadwayu, upuścił pióro. Jego usta lekko się otworzyły. Jego twarz – zazwyczaj maskująca arogancję – zbladła.
„Nie” – wyszeptał Garrison, a w jego głosie słychać było autentyczne drżenie. „To niemożliwe”.
„Kto to jest?” – zapytał Keith, zdezorientowany reakcją prawnika. „Czy to jej mama? Mama Grace nie żyje. Powiedziała mi, że była praktycznie sierotą”.
Kobieta dotarła do stołu obrony. Nie spojrzała na Grace. Nie spojrzała na sędziego. Odwróciła się powoli i spojrzała prosto na Keitha Simmonsa.
Uśmiechnęła się – ale nie był to miły uśmiech. To był uśmiech, jaki mógłby dać rekin, zanim zaciągnie fokę w głębiny.
„Przepraszam za spóźnienie” – powiedziała, jej głos był gładki, kulturalny i słyszalny w każdym zakątku sali, mimo że nie było mikrofonu. „Musiałam złożyć kilka wniosków do Sądu Najwyższego w sprawie pańskich finansów, panie Simmons. Sporządzenie listy wszystkich pańskich zagranicznych kont zajęło więcej czasu niż się spodziewałam”.
Keith zamarł.
Sędzia Henderson pochylił się do przodu, a jego oczy nagle szeroko się otworzyły.
„Panie doradco, proszę podać swoje nazwisko do protokołu.”
Kobieta położyła na biurku stenografa złotą wizytówkę i zwróciła się do sędziego.
„Katherine Bennett” – powiedziała. „Starsza partnerka zarządzająca w Bennett, Crown & Sterling w Waszyngtonie, staję przed sądem w charakterze obrońcy oskarżonego”.
Zatrzymała się, po czym znów spojrzała na Keitha.
„Jestem także jej matką.”
Po przemówieniu Katherine Bennett zapadła absolutna cisza.
To była cisza, jaka zwykle zapada po wybuchu bomby.
Keith mrugnął, jego mózg próbował przetworzyć informację.
„Matko?” wyjąkał, patrząc z imponującej kobiety w bieli na drżącą żonę. „Grace, mówiłaś, że twoja matka… Mówiłaś, że odeszła”.
Grace w końcu podniosła wzrok, jej oczy były wilgotne, a broda uniesiona.
„Powiedziałem, że odeszła z mojego życia, Keith. Nie powiedziałem, że nie żyje. Byliśmy skłóceni aż do wczoraj”.
„Wyobcowana” – powtórzyła Katherine, a słowo to spłynęło z jej ust niczym werdykt.
Obeszła stół obrony i zajęła krzesło obok Grace. Nie przytuliła córki – jeszcze nie. To była sprawa biznesowa.
Położyła ciężką teczkę na stole i otworzyła ją za pomocą zamków.
„Grace opuściła dom dwadzieścia lat temu, żeby uciec od presji mojego świata” – powiedziała rzeczowo Katherine. „Chciała prostego życia. Chciała być kochana za to, kim była, a nie za nazwisko Bennett”.
Katherine zwróciła wzrok na Garrisona Forda. Prawnik strony przeciwnej starał się teraz wyglądać na mniejszego na swoim krześle.
„Cześć, Garrison” – powiedziała Katherine uprzejmie. „Nie widziałam cię od czasu procesu o fuzję z OracleTech w 2015 roku. Byłeś wtedy ledwie wspólnikiem, prawda? Przynosiłem kawę zespołowi procesowemu”.
Garrison odchrząknął, a jego twarz pokryła się głębokim rumieńcem.
„Pani Bennett, to dla mnie zaszczyt. Nie wiedziałem, że ma pani prawo wykonywania zawodu adwokata w Nowym Jorku”.
„Mam uprawnienia do wykonywania zawodu adwokata w Nowym Jorku, Kalifornii, Waszyngtonie i przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze” – odpowiedziała, nie odrywając wzroku. „Zajmuję się zazwyczaj prawem konstytucyjnym i wielomiliardowymi fuzjami korporacyjnymi. Ale kiedy moja córka zadzwoniła do mnie wczoraj, szlochając, i powiedziała, że dyrektor ds. marketingu średniego szczebla z przerośniętym ego próbuje ją zastraszyć…”
Katherine zatrzymała się, pozwalając opisowi dosłyszeć się.
„Postanowiłem zrobić wyjątek”.
„Sprzeciw!” krzyknął Keith, wstając. W jego głosie zaczęła się pojawiać panika. „Atak personalny! Za kogo ona się uważa?”
„Proszę usiąść, panie Simmons” – warknął sędzia Henderson.
Sędzia spojrzał na Katherine z mieszaniną szacunku i ostrożności. Wszyscy w wyższych sferach amerykańskiego świata prawniczego znali nazwisko Katherine Bennett. Znano ją jako Żelazny Młotek . Reprezentowała Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych w czternastu sprawach i wygrała dwanaście. Dla wielu młodszych prawników była niemal mitem.
„Pani Bennett” – powiedział sędzia Henderson tonem pełnym szacunku, ale stanowczym – „chociaż pani reputacja panią wyprzedza, jesteśmy w trakcie rozprawy dotyczącej podziału majątku. Pan Ford złożył wniosek o wydanie wyroku zaocznego”.
„Tak, widziałam ten ruch” – powiedziała Katherine, wyciągając teczkę z teczki. „Był… uroczy. Niedbały, ale uroczy”.
Wstała i podeszła do ławy, podając komornikowi gruby plik dokumentów, aby przekazał je sędziemu. Z ciężkim hukiem upuściła duplikat pliku na biurko Garrisona Forda.
„Pan Ford twierdzi, że mój klient nie posiada majątku ani reprezentacji. To jest teraz bezprzedmiotowe. Co więcej, pan Simmons twierdzi, że aktywa, o których mowa – penthouse przy Piątej Alei, dom w Hamptons i portfel w Goldman Sachs – stanowią jego wyłączną własność, chronioną umową przedmałżeńską podpisaną siedem lat temu”.
„Ta intercyza jest niepodważalna!” – krzyknął Keith. „Ona nic nie dostanie. Sama ją podpisała”.
Katherine zwróciła się do Keitha i ponownie zdjęła okulary.
„Panie Simmons, czy wie pan, kto opracował standardowy wzór klauzuli przymusu małżeńskiego stosowanej w stanie Nowy Jork?” – zapytała cicho.
Keith mrugnął.
“Co?”


Yo Make również polubił
Lekarze ujawnili grupę krwi o najniższym ryzyku zachorowania na raka
REKLAMA Test: Znajdź najmłodszą kobietę, tylko 10% ludzi zgaduje…
Ciasto puszysta chmurka
Mój mąż powiedział, że wybiera się na ryby na weekend – aż poczułam dziwny zapach perfum. Otworzyłam jego torbę podróżną, żeby sprawdzić, i zamarłam, gdy znalazłam miękki, różowy kawałek koronki złożony starannie między dwiema jego koszulami, starannie jak na tacy. Nie powiedziałam ani słowa. Po prostu po cichu zamieniłam jego codzienne tabletki na mocną dawkę środków przeczyszczających – wystarczająco, żeby zawrócił, zanim zdążył „zarzucić wędkę”. A to był dopiero początek…