Maya przyjęła koszyk, w którym znajdowały się jeszcze ciepłe muffinki, termos z kawą i butelka soku pomarańczowego. „Dziękuję. Nazywam się Maya Coleman, a to mój syn Ethan. My, eee… właśnie kupiliśmy to miejsce”.
Iris uniosła brwi. „Naprawdę? Cóż, jesteś pierwszą osobą, która odważyła się tam wejść od czasu zniknięcia Josephine Mercer”.
„Zniknął?” powtórzyła Maya.
Iris skinęła głową. „W 89 roku Josephine po prostu zniknęła pewnego dnia. Niektórzy mówią, że po prostu odeszła. Ale nie była taka. Zostawiła wszystko. Ubrania, samochód, rzeczy osobiste. Policja prowadziła śledztwo, ale nigdy nie znalazła śladu”. Zniżyła głos. „Dlatego ludzie w okolicy mówią, że to miejsce jest przeklęte. Od tamtej pory stoi puste”.
Ethan, który stanął teraz obok Mai, zapytał: „Myślisz, że to miejsce naprawdę jest przeklęte?”
Iris uśmiechnęła się do niego. „Nie wierzę w klątwy, młodzieńcze. Ale wierzę, że niektóre domy pielęgnują wspomnienia. Josephine była dobrą kobietą. Pomogła wielu ludziom w okolicy swoimi lekarstwami, kiedy nie było ich stać na lekarzy”.
„Środki zaradcze?” zapytała Maya.
„Była zielarką. Uprawiała na tej posesji wszelkiego rodzaju rośliny lecznicze. Ludzie przyjeżdżali z daleka, kiedy potrzebowali uzdrowienia”. Iris zamyślona spojrzała na zarośnięty ogród. „Gdzieś pod tą dziką roślinnością jej ogrody pewnie wciąż tam są”.
Gdy rozmawiali, nadjechał kolejny pojazd – inny pickup, tym razem nowszy. Wysiadł z niego mężczyzna w średnim wieku z siwiejącymi włosami i nastolatka, która wyglądała na mniej więcej w wieku Ethana.
„Dzień dobry, Iris” – zawołał mężczyzna. „Myślałem, że możesz tu być”. Zwrócił się do Mai. „Sam Reynolds. To moja córka, Lily”.
Maya rozpoznała to nazwisko. „Reynolds – byłeś wczoraj na aukcji?”
Sam skinął głową. „To ja. Czasami obracam domami, ale kiedy zobaczyłem, że tak bardzo zależy ci na tym…”, wzruszył ramionami. „Wydawało się, że potrzebowałeś go bardziej niż ja”.
Maya poczuła przypływ wdzięczności. „Dziękuję. Nie wiem, co powiedzieć”.
„Jeszcze mi nie dziękuj” – odpowiedział Sam z ironicznym uśmiechem. „To miejsce to potwór. Przyniosłem narzędzia, które pomogą ci ocenić, z czym masz do czynienia”.
Maya zawahała się. „Nie mogę nikomu zapłacić za pomoc. Wydałam każdy grosz na kupno domu”.
„Czy prosiłem o zapłatę?” – zapytał szorstko Sam. „To po prostu sąsiedzkie zachowanie. Poza tym nikt nie powinien sam zajmować się domem Mercerów”.
Po raz pierwszy od aukcji Maya poczuła promyk nadziei. Może jednak nie byli w tym zupełnie sami.
W ciągu następnych kilku dni Maya przekonała się, jak ogromne będzie zadanie dostosowania domu do życia. Sam, z zawodu wykonawca budowlany, wyjawił jej prawdę po obejrzeniu nieruchomości.
„Dobrą wiadomością jest to, że fundamenty są solidne. Oryginalny kamień z XIX wieku, zbudowany na lata. Złą wiadomością jest to, że praktycznie wszystko inne jest w porządku” – wyjaśnił, stojąc w miejscu, które ostatecznie stało się kuchnią. „Dach wymaga całkowitej wymiany. Instalacja elektryczna jest stara i niebezpieczna. Hydraulika jest uszkodzona, a pleśni jest tu tyle, że każdy mógłby się zarazić, a co dopiero dziecko z astmą”.
Serce Mai zamarło. „Ile by kosztowała naprawa tego wszystkiego?”
Sam zawahał się. „Minimum 30 000. I to przy założeniu, że wykonam pracę po kosztach, a ty mi pomożesz”.
Ta kwota uderzyła Maję jak cios. 30 000 dolarów równie dobrze mogłoby być 30 milionami. Z jej historią kredytową żaden bank nie udzieliłby jej pożyczki.
„Nie mam takich pieniędzy” – przyznała. „Nie mam nawet na hotel na dziś wieczór”.
Sam zamyślony podrapał się po brodzie. „Mam przyczepę kempingową, z której możesz teraz skorzystać. Nie jest luksusowa, ale jest czysta i ma sprawną instalację wodno-kanalizacyjną. Możemy ją zaparkować na posesji”.
Maya przełknęła dumę. „Jakoś ci się odpłacimy”.
„Damy sobie radę” – to było wszystko, co powiedział Sam.
Tymczasem Ethan i Lily eksplorowali zarośniętą posesję, trzymając się w bezpiecznej odległości od samego domu. Odkryli pozostałości po dużym ogrodzie, który prawdopodobnie był teraz dziki i zarośnięty, oraz starą studnię otoczoną kamieniem.
„Mamo” – zawołał podekscytowany Ethan, biegnąc z powrotem do domu. „Tam rosną jabłonie – całe mnóstwo”. A Lily mówi: „Niektóre rośliny rosnące wszędzie to zioła, nie tylko chwasty”.
Lily, która podążała za nim spokojniejszym krokiem, skinęła głową. „Babcia nauczyła mnie o ziołach. Rosną tam lawenda, tymianek, mięta i kilka innych, których nie rozpoznaję. Zdziczały, ale na pewno są posadzone, a nie przypadkowo”.
Maya przypomniała sobie, co Iris powiedziała o Josephine Mercer jako zielarce. W jakiś sposób świadomość, że poprzednia właścicielka była uzdrowicielką, tak jak ona – pielęgniarką – stworzyła dziwną więź na przestrzeni czasu.
Tego wieczoru, kiedy Maya i Ethan rozsiadali się w pożyczonej przyczepie, Maya starała się zachować pozytywne nastawienie dla dobra syna. „To jak kemping, prawda? Przygoda”.
Ethan milczał przez chwilę, a potem zapytał: „Dlaczego kupiłaś to miejsce, mamo? Naprawdę?”
Maya zastanawiała się, jak odpowiedzieć. „Bo byłam zdesperowana” – przyznała w końcu. „Bo byłam bliska utraty wszystkiego, a czasami, gdy jest się na samym dnie, trzeba podjąć szalone ryzyko”. Spojrzała na niego poważnie. „Przepraszam, jeśli podjęłam złą decyzję”.
„Nie zrobiłeś tego” – powiedział Ethan z zaskakującym przekonaniem. „To miejsce wydaje się… nie wiem… ważne, jakbyśmy mieli tu być”.
Tej nocy, gdy Ethan zasnął, Maya siedziała przed przyczepą na składanym krześle, wpatrując się w ciemną sylwetkę domu. Księżyc, bliski pełni, rzucał wystarczająco dużo światła, by dostrzec zarys budynku na tle nocnego nieba. Patrząc, mogłaby przysiąc, że zobaczyła słabe światło przesuwające się za jednym z okien na piętrze, jakby przeszedł tamtędy ktoś ze świecą, ale to było niemożliwe. Nie było prądu i nikogo tam nie było. Maya przetarła oczy. Była wyczerpana, a jej umysł płatał jej figle. Mimo to, patrząc w okno, nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś na nią patrzy.
Kolejne dni ułożyły się w rutynę. Maya pracowała na porannej zmianie w kawiarni, a po południu starała się posprzątać dom na tyle, by nadawał się do zamieszkania. Ethan chodził do szkoły, a potem dołączał do niej, nosząc maskę przeciwpyłową, by chronić płuca. Sam wpadał prawie każdego dnia po skończonej pracy, zajmując się najniebezpieczniejszymi problemami konstrukcyjnymi. Odmawiał przyjęcia zapłaty, mówiąc jedynie: „Możesz mi oddać, jak będziesz już na nogach”. Iris przynosiła jedzenie i opowieści o Josephine Mercer, malując obraz błyskotliwej, niezależnej kobiety, która przeprowadziła się na wieś na początku lat 80.
Według Iris, Josephine miała nieco ponad 30 lat, kiedy kupiła farmę — była już doświadczoną zielarką z formalnym wykształceniem w dziedzinie botaniki.
„Pierwotnie była dziewczyną z miasta” – wyjaśniła Iris pewnego wieczoru, gdy siedziały przed przyczepą. „Miała niezłe wykształcenie, choć nigdy nie opowiadała wiele o swojej przeszłości. Mówiła, że przyjechała tu w poszukiwaniu spokoju i przestrzeni do uprawy ogrodu”.
„Jak ona wyglądała?” zapytała Maya, próbując wyobrazić sobie kobietę, która mieszkała w ich domu.
„Piękna kobieta, wysoka, z najbardziej rzucającymi się w oczy oczami – jednym niebieskim, drugim brązowym. Jej matka pochodziła z Jamajki, ojciec był biały. Miała ten cudowny śmiech, który sprawiał, że chciało się śmiać, nawet jeśli nie wiedziało się, co jest śmieszne”.
„I ona po prostu zniknęła?”
Twarz Iris spoważniała. „Żadnego. Chociaż, patrząc wstecz, wydawała się niespokojna przez ostatnie kilka tygodni. Mniej otwarta, ciągle zerkała przez ramię. Zapytałam, czy coś się stało, ale ona tylko powiedziała, że pracuje nad ważnym projektem i musi się skupić”.
„Czy policja miała jakieś teorie?”
„Nie starali się zbytnio, moim zdaniem. Młoda kobieta mieszkająca samotnie na wsi. Założyli, że po prostu wyjechała, mimo że cały jej dobytek wciąż tu był”.
Mijały dni, a Maya nie mogła przestać myśleć o Josephine. Kim ona była? Co się z nią stało? I dlaczego Maya czuła tak silną więź z kobietą, której nigdy nie spotkała?
Pewnego wieczoru, sprzątając miejsce, które miało stać się sypialnią Ethana, Maya zauważyła, że jedna z desek podłogowych lekko się poruszyła, gdy na nią stanęła. Zaciekawiona, uklękła, żeby ją zbadać. Deska była luźna, a kiedy podważyła ją śrubokrętem, znalazła pod spodem małą szczelinę. Z bijącym sercem poświeciła latarką w szczelinę. Coś tam było – metalowe pudełko wielkości grubej książki w twardej oprawie. Ostrożnie je wyjęła.
Blaszane pudełko było stare, jego powierzchnia zmatowiała, ale wciąż solidne. Nie było zamka, tylko zwykła zasuwka. Maya zawahała się, czując się, jakby naruszała czyjąś prywatność. Ale to był teraz jej dom i wszelkie skrywane w nim sekrety również należały do niej. Otworzyła pudełko.
W środku, chronione przed żywiołami, które tak bardzo zniszczyły dom, znajdowały się trzy przedmioty: oprawiony w skórę dziennik, niewielki plik zdjęć i ozdobny mosiężny klucz. Maya najpierw wyjęła dziennik. Okładka była miękka od starości i zużycia, a strony lekko pożółkłe na brzegach. Otworzyła go na pierwszej stronie i przeczytała: „Własność Josephine Elellanor Mercer, 1982”. To był osobisty dziennik Josephine.
Dłonie Mai lekko drżały, gdy ostrożnie przewracała strony. Pismo było staranne i precyzyjne, szczegółowo opisując myśli i doświadczenia Josephine, która budowała swoje nowe życie na farmie. Wczesne wpisy były pełne nadziei i planów – szkice planów ogrodów, listy roślin leczniczych, notatki na temat lokalnego ekosystemu. Josephine pisała o remoncie domu, zaprzyjaźnieniu się z sąsiadami (w tym ze znacznie młodszą Iris) i radości z posiadania przestrzeni do uprawy uzdrawiającego ogrodu.
Czytając dalej, Maya odkryła, że Josephine nie była zwykłą zielarką. Uzyskała doktorat z biochemii botanicznej na Uniwersytecie Cornella i pracowała w badaniach farmaceutycznych, zanim odeszła, by kontynuować własne studia.
„Badania korporacyjne są zbyt ograniczone motywacją zysku” – napisała Josephine. „Natura dostarczyła lekarstw na tak wiele dolegliwości, jeśli tylko podejdziemy do niej z szacunkiem, a nie z wyzyskiem. Tutaj mogę połączyć tradycyjną wiedzę z nowoczesną nauką, wolną od akcjonariuszy i patentów”.
Następnie Maya przejrzała zdjęcia. Przedstawiały one uderzającą kobietę o mieszanych rysach twarzy, dokładnie taką, jaką opisała ją Iris – wysoką i elegancką, z charakterystycznymi heterochromatycznymi oczami. Wiele zdjęć przedstawiało Josephine w jej ogrodach, otoczoną roślinami w różnych fazach wzrostu. Inne pokazywały dom w zadbanym stanie, z kwitnącymi pnączami porastającymi werandę i schludnymi ścieżkami prowadzącymi do różnych części ogrodu. Mosiężny klucz był ciężki w dłoni Mayi, ozdobny i staromodny. Nie miała pojęcia, co może otworzyć, ale ostrożnie schowała go do kieszeni.
W miarę jak Maya czytała dziennik, wpisy stawały się coraz bardziej techniczne, opisując związki chemiczne i struktury molekularne, których Maya, pomimo wykształcenia pielęgniarskiego, nie była w stanie w pełni zrozumieć. Josephine pisała o pewnym związku roślinnym, który izolowała i który wykazywał niezwykłą skuteczność w leczeniu zespołu Carthura. Maya rozpoznała tę nazwę. Zespół Carthura był rzadką chorobą autoimmunologiczną, która powodowała postępującą niewydolność narządów. Nazwa pochodzi od nazwiska lekarza, który po raz pierwszy zidentyfikował ją w latach 70. XX wieku. Jako pielęgniarka wiedziała, że to w zasadzie wyrok śmierci. Drogie metody leczenia mogły spowolnić jej postęp, ale nie zatrzymać go.
Ostatnie wpisy w dzienniku przybrały mroczniejszy obrót. Josephine napisała o kimś, kogo nazywała jedynie RP, a kto wykazywał niezwykłe zainteresowanie jej badaniami.
„RP odwiedził mnie ponownie dzisiaj” – brzmiał wpis z kwietnia 1989 roku. „Jego oferta wzrosła do siedmiu cyfr, ale pieniądze nie są problemem. Nie ufam temu, co jego firma zrobi z tymi badaniami. Związek powinien być dostępny dla każdego, kto go potrzebuje, a nie owinięty patentami i cenami”. Kontynuowała: „Nie przyjął dobrze odmowy. Powiedział, że powinnam się jeszcze raz zastanowić, że sytuacja może się pogorszyć, jeśli będę nadal odmawiać”.
Ostatni wpis, datowany na 15 maja 1989 roku, był krótki i mrożący krew w żyłach: „Ktoś był w laboratorium zeszłej nocy, kiedy spałem. Nic nie zginęło, ale papiery zostały przeniesione. Dziś wieczorem przenoszę wszystkie ważne rzeczy do drugiej lokalizacji. Jeśli coś mi się stanie, prawda będzie ukryta tam, gdzie znajdzie ją tylko właściwa osoba. RP nigdy nie będzie miało dostępu do mojej pracy”.
Potem już nic. Pozostałe strony były puste.
Maya siedziała na zakurzonej podłodze, trzymając dziennik, a dreszcz przebiegł jej po plecach pomimo ciepłego wieczoru. Josephine obawiała się o swoje bezpieczeństwo, ukryła swoje badania, a potem zniknęła. To nie był po prostu opuszczony dom, który Maya kupiła. To było miejsce zbrodni. A gdzieś na terenie posesji Josephine Mercer ukryła przełom w medycynie, za który warto było zabić.
Tej nocy Maya nie mogła spać. Dziennik, zdjęcia, a zwłaszcza ostatni, złowieszczy wpis Josephine wciąż odtwarzały się w jej głowie. Miała mnóstwo pytań. Kim był RP? Co właściwie odkryła Josephine? I co najważniejsze, co się z nią stało?
Rano, zamiast iść do pracy, Maya zadzwoniła, że jest chora i pojechała do lokalnej biblioteki. W starszym budynku znajdowało się małe archiwum lokalnych gazet na mikrofiszach oraz dział poświęcony lokalnej historii. Bibliotekarka, kobieta po sześćdziesiątce, uniosła brwi, gdy Maya zapytała o Josephine Mercer.
„Prowadzisz badania nad sprawą Mercera” – zapytała – „czy po prostu kupiłeś ten stary dom przy Mill Road?” Wiadomo było, że wieści szybko się rozchodzą w małych miasteczkach.
„Właściwie jedno i drugie” – przyznała Maya. „Próbuję zrozumieć, co się z nią stało”.
Bibliotekarka zaprowadziła Mayę do szafki z archiwami gazet. „Są posortowane według daty. Josephine Mercer zaginęła w maju 1989 roku. Najgłośniejsze historie pojawiły się w tygodniach tuż po. Potem pojawiły się kolejne, gdy sprawa utknęła w martwym punkcie”. Zrobiła pauzę. „Znałam ją, wiesz. Odwiedzałam ją czasami, gdy dawałam się we znaki artretyzmowi. Zrobiła maść, która działała lepiej niż cokolwiek, czego próbowałam później”.
Mikrofisza ujawniła dokładnie to, co sugerowała Iris: pobieżne śledztwo przy minimalnym wysiłku. Nagłówek z 27 maja 1989 roku brzmiał: „Zaginięcie lokalnej zielarki – przestępstwo czy celowe zaginięcie?”. Artykuł szczegółowo opisywał, jak sąsiadka (Iris, uświadomiła sobie Maya) zgłosiła zaginięcie Josephine po kilku dniach nieobecności. Policja nie znalazła w domu śladów walki, choć samochód Josephine nadal stał w garażu, a wszystkie jej rzeczy osobiste pozostały. Przeważająca teoria zdawała się sugerować, że prawdopodobnie odeszła z własnej woli z powodów osobistych. W kolejnym artykule, opublikowanym dwa tygodnie później, wspomniano, że policja wyczerpała wszystkie tropy i ogranicza śledztwo. Zacytowano wówczas słowa szeryfa: „Niektórzy ludzie po prostu chcą zniknąć i zacząć od nowa. Bez dowodów przestępstwa niewiele możemy zrobić”.
Maya nie mogła uwierzyć, jak szybko sprawa została umorzona. Genialna naukowiec zniknęła bez śladu, zostawiając wszystko, co posiadała, a władze praktycznie zignorowały sprawę.
W dziale poświęconym lokalnej historii znalazła małą książeczkę o wybitnych mieszkańcach hrabstwa. Josephine zamieściła krótką wzmiankę: „Josephine Mercer, urodzona w 1956 roku, przybyła do naszej społeczności w 1982 roku, stając się utalentowaną zielarką i badaczką botaniki. Po ukończeniu Uniwersytetu Cornell, pani Mercer wybrała nasze wiejskie hrabstwo ze względu na jego bioróżnorodność i niezagospodarowane tereny. Jej zaginięcie w 1989 roku pozostaje niewyjaśnione”.
Maya zrobiła zdjęcia wszystkiego, co znalazła, a następnie zapytała bibliotekarkę: „Czy wiesz, czy ktoś o nazwisku RP miał coś wspólnego z Josephine?”
Bibliotekarz zastanowił się przez chwilę. „Nie przypominam sobie, ale odwiedził ją kilka razy elegancki mężczyzna z firmy farmaceutycznej. Pamiętam, bo wyglądał tak nie na miejscu. Drogi garnitur, luksusowy samochód – ludzie zwracali na niego uwagę”.
„Czy pamiętasz, o jaką firmę farmaceutyczną chodzi?”
„Coś na literę R, chyba. Radcliffe. Tak, Radcliffe Pharmaceuticals. Byli wtedy wielcy i są do dziś.”
Tętno Mai przyspieszyło. RP mogła być samą firmą lub kimś tam pracującym. Podziękowała bibliotekarce i udała się do kawiarni z dostępem do internetu, aby kontynuować badania.
Radcliffe Pharmaceuticals rzeczywiście nadal była znaczącym graczem w branży, z globalnym zasięgiem i miliardami rocznych przychodów. Na stronie z historią firmy podano, że w latach 1975–2005 firmą kierował dyrektor generalny i prezes zarządu Richard Patton. Richard Patton—RP.
Maya znalazła stare zdjęcie Pattona w magazynie biznesowym z 1990 roku. Miał wtedy ponad 50 lat, stalowoszare włosy i zimne oczy, odbierał nagrodę za innowację farmaceutyczną. Zaczęła drążyć temat, szukając jakiegokolwiek związku między Radcliffe Pharmaceuticals a zespołem Carthura, chorobą, którą badała Josephine. Po prawie godzinie znalazła coś: krótki artykuł z 1988 roku, w którym wspomniano, że Radcliffe opracowywał leczenie zespołu Carthura, ale porzucił badania po nieudanych badaniach klinicznych. Chronologia idealnie pasowała. Radcliffe nie zdołał opracować leku. Josephine, pracując niezależnie, odniosła sukces. Richard Patton próbował kupić jej badania. Odmówiła i wkrótce potem zniknęła.
Kiedy Maya wróciła po południu na posesję, zastała Sama pracującego na dachu. Zastanawiała się, czy podzielić się z nim tym, co odkryła. Ledwo go znała, ale coś jej mówiło, że może mu zaufać – i potrzebowała sojuszników. Gdy Sam schodził z drabiny, Maya podeszła do niego.
„Czy mogę z tobą porozmawiać o czymś dziwnym?”
Sam wytarł ręce szmatką. „Dziwne to moja specjalność. Co się dzieje?”
Maya pokazała mu dziennik i opowiedziała, czego dowiedziała się o Josephine i jej badaniach. Sam słuchał, nie przerywając, a jego wyraz twarzy stawał się coraz poważniejszy.
„Znałem Josephine” – powiedział w końcu, kiedy Maya skończyła. „Niezbyt dobrze, ale pracowałem dla niej w tym domu około roku przed jej zniknięciem. Była dobrą osobą. Pomagała mojej żonie, kiedy chorowała”.
„Twoja żona?” Maya nigdy wcześniej nie słyszała, żeby wspominał o żonie.
„Umarła. Rak. Leki Josephine jej nie wyleczyły, ale pomogły ukoić ból, gdy nic innego nie pomagało”. Sam spojrzał w stronę zarośniętych ogrodów. „Zawsze wydawało mi się coś podejrzanego w zniknięciu Josephine. Za bardzo kochała to miejsce, żeby po prostu odejść”.
„Myślę, że Richard Patton z Radcliffe Pharmaceuticals miał z tym coś wspólnego” – powiedziała Maya. „Ale nie mogę niczego udowodnić i nie mam pojęcia, co się z nią stało”.
Sam się nad tym zastanowił. „A co z tym kluczem, który znalazłeś? Masz pojęcie, co on otwiera?”
Maya wyciągnęła mosiężny klucz z kieszeni. „Nic w domu nie znalazłam do tej pory”.
„Może nie dotyczyć samego domu. Josephine miała na posesji kilka budynków gospodarczych – szklarnię, szopę – i kazałem jej zbudować małe laboratorium za domem. Większość z nich zawaliła się przez lata, ale może coś z nich zostało”.
Tego wieczoru, gdy Ethan zasnął, Maya i Sam zwiedzali posesję z latarkami. Ze szklarni został już tylko fundament, a wokół walało się potłuczone szkło. Szopa częściowo się zawaliła, a jej zawartość dawno temu została zniszczona przez pogodę i zwierzęta.
„Laboratorium powinno być w tym miejscu” – powiedział Sam, prowadząc ją przez zarośniętą trawę. „To była solidna konstrukcja – betonowy fundament z odpowiednią izolacją”.
Przedzierając się przez gąszcz jeżyn, stanęli przed czymś, co wyglądało na mały bunkier, częściowo zarośnięty winoroślą i mchem. Drzwi były metalowe, zardzewiałe, ale nienaruszone, ze staromodnym zamkiem na klucz. Ręka Mai lekko drżała, gdy wsuwała mosiężny klucz. Obrócił się z zaskakującą łatwością, jakby zamek był niedawno konserwowany. Drzwi skrzypnęły, ukazując mały pokój, może o powierzchni 3,6 metra kwadratowego, w zadziwiająco dobrym stanie.
„Ktoś się tym miejscem zajął” – mruknął Sam, oświetlając wnętrze latarką.
W przeciwieństwie do domu, laboratorium nie nosiło śladów wtargnięcia zwierząt ani uszkodzeń spowodowanych przez silne warunki atmosferyczne. Było zakurzone, ale nienaruszone, z półkami pełnymi sprzętu, słoikami z suszonym materiałem roślinnym i centralnym stołem roboczym. Jedna ze ścian była pokryta diagramami i notatkami, zabezpieczonymi szklanymi ramami.
„Spójrz na to” – powiedziała Maya, strzepując kurz z wyglądającego na nowoczesny mikroskop – o wiele bardziej zaawansowanego, niż można by się spodziewać po laboratorium wiejskiego zielarza z lat 80.
Pod stołem warsztatowym znaleźli mały sejf, również z zamkiem pasującym do ich mosiężnego klucza. Wewnątrz znajdował się stos notatników wypełnionych szczegółowymi formułami, diagramami molekularnymi i wynikami eksperymentów, wszystko zapisane precyzyjnym pismem Josephine. Ostatni notatnik zawierał coś, co wydawało się przełomem – kompletną formułę związku pochodzącego z konkretnej hybrydy roślinnej opracowanej przez Josephine, z udokumentowanymi wynikami wskazującymi na 94% skuteczność w leczeniu zespołu Carthura.
„Nie rozumiem tego wszystkiego” – przyznała Maya. „Ale z tego, co widzę, stworzyła coś rewolucyjnego”.
„Coś, co mogłoby uratować tysiące istnień” – dodał ponuro Sam.
Na dnie sejfu znaleźli zapieczętowaną kopertę zaadresowaną po prostu: „Dla tego, kto to znajdzie”. Drżącymi palcami Maya otworzyła ją. Wewnątrz znajdował się list napisany tym samym charakterem pisma, co dziennik:
„Jeśli to czytasz, prawdopodobnie mnie już nie ma. Nazywam się Josephine Mercer i boję się o swoje życie. Richard Patton z Radcliffe Pharmaceuticals wielokrotnie mi groził z powodu mojej odmowy sprzedaży moich badań. Nie może zaakceptować, że opracowałem to, czego jego firma nie stworzyła. Formuła zawarta w tych notatnikach może uratować niezliczone życia. Należy do ludzkości, a nie do zysków korporacji. Ukryłem kopie moich badań w wielu miejscach, a także dowody na groźby Pattona. Jeśli coś mi się stanie, prawda musi wyjść na jaw. Zaufaj swojej intuicji co do tego, kto może ci pomóc. Dom mądrze wybiera swoich opiekunów. Josephine Mercer, 16 maja 1989 roku.”
Maya i Sam spojrzeli na siebie, a ciężar odkrycia opadł między nich.
„Musimy być ostrożni” – powiedział w końcu Sam. „Jeśli to, co napisała Josephine, jest prawdą, mamy do czynienia z wpływowymi ludźmi, którzy już raz uniknęli kary”.
„Ale minęło już ponad 30 lat” – zauważyła Maya. „Richard Patton musi być już w podeszłym wieku, o ile w ogóle jeszcze żyje”.
„Tacy ludzie chronią siebie i swoje dziedzictwo. A Radcliffe to wciąż duża korporacja, w której stawką są miliardy”.
Kiedy starannie zbierali zeszyty, żeby zanieść je z powrotem do przyczepy, Maya poczuła dziwne uczucie, jakby ktoś ich obserwował. Odwróciła się szybko, oświetlając laboratorium latarką, ale nic nie zobaczyła. Jednak to uczucie nie znikało, gdy wracali przez zarośniętą posesję. Nie było to groźne, ale czujne – niemal opiekuńcze.
Tej nocy Maya przyśniła się kobiecie o nieparzystych oczach, stojącej w bujnym ogrodzie, uśmiechającej się i przywołującej ją gestem. Kiedy się obudziła, w powietrzu przyczepy unosił się zapach lawendy, choć tak naprawdę jej tam nie było.
Następnego ranka Maya zadzwoniła do jedynej osoby, która jej zdaniem mogła zrozumieć naukowe znaczenie ich odkrycia: dr Eli Chen, swojej byłej przełożonej w szpitalu i szanowanej badaczki medycznej.
„Maya, miło cię słyszeć” – powiedział dr Chen, gdy odebrała. „Jak się masz?”
„Ja… to skomplikowane. Potrzebuję twojej rady w pewnej sprawie, ale musi to pozostać poufne. Czy możemy się spotkać?”
Umówili się na spotkanie w kawiarni w sąsiednim mieście, gdzie Maya nie została rozpoznana. Maya przyniosła kopie najważniejszych stron z badań Josephine, starannie zamykając oryginały w sejfie w ciężarówce Sama. Dr Chen słuchał opowieści Mai z rosnącym zdumieniem, badając strony z wynikami badań okiem eksperta.
„To niezwykłe” – powiedziała w końcu. „Jeśli te wyniki są dokładne, ta kobieta opracowała kompletny protokół terapeutyczny na zespół Carthura, wyprzedzający obecne badania o dekady – i wykorzystujący naturalne związki o minimalnych skutkach ubocznych”. Spojrzała na Mayę. „Rozumiesz, co odkryłaś?”
„Myślę, że tak” – powiedziała Maya. „Ale muszę to usłyszeć od ciebie”.
„Dokonałeś przełomu medycznego wartego miliardy dolarów. Zespół Carthura dotyka zaledwie około 50 000 osób na całym świecie, ale obecnie nie ma na niego skutecznego leczenia. Pacjenci zazwyczaj przeżywają zaledwie 3 do 5 lat od diagnozy. Wyleczenie byłoby przełomem”.
„Ale to nie moje” – zauważyła Maya. „To robota Josephine”.
„Skomplikowane prawnie, skoro zaginęła od dziesięcioleci i prawdopodobnie nie żyje. Ale etycznie masz rację”. Dr Chen zamyślił się i przyjrzał Mayi. „Co zamierzasz zrobić z tym odkryciem?”
„Jeszcze nie wiem, ale wiem, że chcę uszanować wolę Josephine – chcę, żeby to przynosiło korzyści ludziom, a nie tylko zyski”.
Dr Chen skinął głową. „Mam kontakty w dziedzinie etyki badań medycznych i prawa patentowego. Pozwól mi wykonać kilka telefonów. W międzyczasie proszę zachować szczególną ostrożność. Jeśli pańska teoria na temat Richarda Pattona jest słuszna, ta informacja jest niebezpieczna”.


Yo Make również polubił
Suszone pomidory w oleju: przepis z poradami i wskazówkami, jak przygotować je w domu
Schneeschlaufen: Jak szybko przygotować ten przysmak?
Letnia Harmonia Smaków: Biała Sangria z Owocami Sezonu
Przepis na idealną lemoniadę bez cukru