Spotkanie wszystkich pracowników.
16:30
Obecność obowiązkowa.
Kiedy się pojawili, nie traciłem czasu.
„Wszystko, co zbudowałem, jest chronione prawem” – powiedziałem. „Apollo nie może działać bez infrastruktury na tych serwerach. Dlatego jasno pokażemy, jak bardzo system zależy od naszego zespołu i patentów związanych z tą technologią”.
Podzieliłem je na jednostki: architektura podstawowa, wdrożenie, infrastruktura, diagnostyka, reakcja behawioralna, integracja front-end.
Zmapowaliśmy każdy komponent, który miał wpływ na moją własność intelektualną, oznaczyliśmy każdą zależność, udokumentowaliśmy to w trzech egzemplarzach.
Trzy godziny później mieliśmy już tak zabezpieczony plik, że można go było przedstawić jako dowód w sądzie federalnym.
Jedną kopię wysłałem Diane. Druga trafiła na bezpieczny serwer zewnętrzny, o którego istnieniu Marcus nawet nie wiedział.
Następnie udałem się na parking.
Byłem w połowie drogi do samochodu, gdy usłyszałem za sobą kroki.
Nie musiałam się odwracać.
„Wyraziłeś swój pogląd” – rzekł Marcus ostrym i urywanym głosem.
Zatrzymałem się i powoli się odwróciłem.
„Zrobiłem to cztery dni temu.”
Podszedł bliżej.
„Naprawdę myślisz, że to się skończy twoją wygraną? Bawisz się dynamiką władzy, która znacznie przekracza twoje możliwości.”
Uśmiechnąłem się.
„Zabawne. Myślałem, że facet, który nie potrafi napisać ani jednej linijki kodu, nie ma prawa prawić mi wykładów o władzy”.
Jego twarz się skrzywiła.
„Myślisz, że tej firmie na tobie zależy? Jak tylko będzie im wygodnie, wyrzucą cię”.
„Wtedy stracą jedyną osobę, która chroni ich flagowy produkt przed upadkiem” – powiedziałem. „Czy możesz powiedzieć to samo?”
Spojrzał na mnie z mieszaniną wściekłości i niedowierzania.
„Kontrola nie polega na groźbach, Marcusie” – powiedziałem. „Chodzi o przewagę. A teraz jej nie masz”.
„Mam kod. Mam zespół. Mam patenty i wszystkie dokumenty prawne dowodzące, że to nie ja gram nieczysto”.
Otworzył usta, a potem je zamknął.
„Nie boję się ciebie” – dodałem. „I nie potrzebuję tej firmy, żeby przetrwać. A ty?”
Nie odpowiedział.
Otworzyłem samochód, wsiadłem i zamknąłem drzwi.
Zobaczyłem go w lusterku wstecznym, gdy odjeżdżałem, stojącego sparaliżowanego, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że stracił kontrolę nad czymś, czego tak naprawdę nigdy nie miał.
To było nas dwoje.
Ale ja nie byłem zdezorientowany.
Byłem gotowy.
Następnego ranka przybyłem przed wszystkimi.
Trzy tygodnie do startu programu Apollo.
Wszystko, co miało znaczenie, zaczęło się odliczać.
Zacząłem od głównych kluczy szyfrujących, z których każdy był powiązany z kluczowymi podsystemami: adaptacyjnym uczeniem się, modelowaniem predykcyjnym i reagowaniem na zagrożenia w czasie rzeczywistym.
Przepisałem szyfrowanie od podstaw, zabezpieczyłem je protokołami o ograniczonym czasie dostępu i zsynchronizowałem klucze z moim osobistym bezpiecznym serwerem.
Gdyby ktoś próbował ominąć liczniki czasu lub sfałszować punkt wejścia, cały system zostałby trwale wyłączony.
Nie chodziło już o bezpieczeństwo.
To była wojna.
W połowie tygodnia zacząłem zauważać nieznajome twarze. Kontrahenci w strojach business casual przechadzający się z tabletami, udający członków zespołu ds. infrastruktury.
Rozpoznałem dwa z nich, pochodzące z upadłego start-upu zajmującego się cyberbezpieczeństwem, który ojciec Marcusa próbował przejąć w zeszłym roku.
Jeden z nich wsiadł ze mną do windy i próbował z nami pogawędzić o optymalizacji uczenia maszynowego.
Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem: „Marnujesz czas”.
Próbowali odbudować to, co stworzyłem.
Powodzenia.
Resztę dnia spędziłem na monitorowaniu logów serwera, zewnętrznych adresów IP, pingowaniu modułów, których nie rozumieli, i poszukiwaniu ścieżek logicznych, które już nie istniały.
Wszystko, co stworzyłem, było już pogrzebane pod warstwami abstrakcji i dezinformacji.
Bez mojej współpracy Apollo był tylko ładnym interfejsem bez niczego pod spodem.
Tego wieczoru nalałem sobie kieliszek wina, usiadłem przy kuchennym blacie i otworzyłem e-mail od Catalyst Ventures.
Nie byli subtelni.
„Rozumiemy, że posiadasz zastrzeżone frameworki powiązane z platformą Apollo. Jeśli sytuacja wewnętrzna w Vanguard nie będzie już zgodna z Twoimi interesami zawodowymi, chcielibyśmy omówić możliwość przejęcia”.
Podali konkretną kwotę, a potem zasugerowali udziały. Wyraźnie dali do zrozumienia, że już kontaktowali się z Diane.
Nie powiedziałem „tak” — jeszcze nie — ale odpowiedziałem wystarczająco szybko, aby upewnić się, że dowiedzą się o tym odpowiednie osoby.
Dwa dni później Harrison pojawił się na moim piętrze.
Brak asystenta.
Bez ostrzeżenia.
Tylko on — szary garnitur, ściągnięty wyraz twarzy.
„Spokój” – powiedział, starając się brzmieć rozsądnie. „Porozmawiajmy”.
Nie wstałem.
“Jasne.”
Siedział naprzeciwko mnie, próbując sobie przypomnieć, jak być dyplomatą.
„Dochodzą nas słuchy” – powiedział. „Zainteresowanie zewnętrzne. Konkurencja składa oferty. Mam nadzieję, że to nieprawda”.
„Och, to trafne stwierdzenie” – powiedziałem. „To także dźwignia”.
Jego szczęka się napięła.
„Rozumiesz, jak ważny jest Apollo dla tej firmy. Zarząd się temu przygląda. Inwestorzy się temu przyglądają”.
„W takim razie powinni znać prawdę” – powiedziałem. „Twoja platforma działa na mojej infrastrukturze. Jeśli odejdę, twój system się zawiesi w ciągu dwunastu godzin. Gwarantuję”.
Na sekundę jego maska opadła.
„Możemy znaleźć sposób na współpracę”.
„Dałem ci już dwie opcje” – powiedziałem. „Udziel uczciwej licencji na moją technologię albo całkowicie stracisz do niej dostęp”.
„To okno się zamyka”.
Następnego ranka przeprowadziłem demonstrację na żywo dla audytorów wewnętrznych zarządu. Uproszczona wersja Apollo działała płynnie na serwerze testowym.
Następnie, w trakcie wersji demonstracyjnej, wycofałem swoje uwierzytelnienie.
Cały system się zawiesił.
Sześć sekund.
Żadnego odzyskiwania. Tylko martwa przestrzeń.
Audytorzy nie odezwali się ani słowem. Zrobili notatki i wyszli z sali, jakby dokładnie wiedzieli, co będą raportować.
Tej nocy zostawiłem drzwi biura otwarte, światła zapalone, a na ekranie wyświetlał się bezbłędnie komunikat diagnostyczny.
Marcus przeszedł obok dwa razy i nie powiedział ani słowa.
On wiedział.
I chciałam, żeby tak zrobił.
Nie czekałem na kolejną zasadzkę.
Następnego ranka sam zaplanowałem spotkanie.
Temat: Przegląd zależności struktury Apollo.
Czas: Czwartek, 9:00 rano
Uczestnicy: Zarząd oraz wybrani inwestorzy, praca zdalna.
Prowadząca: Serenity Miles.
Nie pytałem o pozwolenie.
Wysłałem zaproszenie z konta starszego administratora systemów z pełnym dostępem i skontaktowałem się ze wszystkimi, którzy się liczyli — łącznie z dwoma inwestorami z Doliny Krzemowej, którzy dysponowali największymi środkami.
Chciałem świadków.
I upewniłem się, że zwracają na mnie uwagę.
Dokładnie o 8:59 podłączyłem laptopa i uruchomiłem środowisko testowe.
„To” – powiedziałem, gdy system się ładował – „to Apollo działający w czasie rzeczywistym. Każdy jego kluczowy komponent – predykcja behawioralna, adaptacyjne reagowanie na zagrożenia, protokoły uczenia się w czasie rzeczywistym – wszystko zbudowane w oparciu o frameworki zarejestrowane na podstawie moich patentów”.
Kliknąłem jedno polecenie, wyłączyłem jedną zależność.
Na ekranie wystąpił błąd, a następnie ekran się zawiesił.
Każdy element wizualny się zatrzymał.
Monitor procesów zaplecza przestał działać.
Błąd systemu.
Sześć sekund.
„Cała ta platforma” – powiedziałem – „nie jest w stanie funkcjonować bez tych komponentów. Ani prawnie, ani technicznie, ani operacyjnie”.
Na ekranie wyświetlił mi się arkusz kalkulacyjny.
Trzy zakładki – zależności, identyfikatory patentów, oś czasu licencjonowania. Każdy element powiązany z sygnaturami czasowymi, dokumentami rejestracyjnymi, moimi prywatnymi dziennikami rozwoju i potwierdzeniami w federalnym rejestrze własności intelektualnej.
Głos Harrisona przeciął ciszę.
„Spokojnie, nie ma potrzeby dramatyzowania.”


Yo Make również polubił
Początki terapii bańkami
Łatwy deser truskawkowy, który można przygotować w 2 minuty
W jakim wieku zaczyna się zapach starości? Przyczyny i jak się go pozbyć.
Moi rodzice wykorzystali pożyczkę na moje nazwisko, żeby kupić mojemu bratu nowy samochód. Kiedy bank do mnie oddzwonił… myśleli, że będę milczał, ale tym razem to oni dali mi „κn:ife”.