Moja rodzina powiedziała, że ​​poniosłem porażkę — wtedy narzeczona mojego brata spojrzała na mnie i powiedziała: „Ty jesteś założycielem?” W tej mocy – Page 3 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Moja rodzina powiedziała, że ​​poniosłem porażkę — wtedy narzeczona mojego brata spojrzała na mnie i powiedziała: „Ty jesteś założycielem?” W tej mocy

„Czasami” – przyznałam. „To by mi ułatwiło sprawę, ale też mogłoby mnie zmiękczyć”.

Skinęła głową, nie do końca pewna, co mam na myśli. Dodałem więc: „Siła tkwi w budowaniu w pojedynkę. Zmusza cię, żebyś uwierzyła w siebie, zanim zrobi to ktokolwiek inny. A kiedy już to zrobisz, nikt ci tego nie odbierze”.

Wciąż często o tym myślę, bo to prawda, o której nie wiedziałem, że gonię za nią przez cały czas. Uznanie jest słodkie, ale blednie. Przekonanie – ono pozostaje.

Tej nocy, stojąc przy oknie mojego biura, obserwując tętniące życiem miasto w dole, uśmiechnąłem się. Nie dlatego, że w końcu mnie dostrzegli, ale dlatego, że nigdy ich nie potrzebowałem. Nie do końca. Bo prawdziwy sukces to nie udowadnianie innym, że się mylą. To udowadnianie sobie racji i życie zgodnie z własnymi przekonaniami.

Dokończyłem zdanie w myślach, gdy światła rzeki rzucały stłuczone srebro na okna mojego biura: …i żyj tak, jakbyś w to wierzył.

Jak się okazało, wiara była kwestią logistyki.

O ósmej rano następnego dnia rozmawiałem przez telefon z naszym kierownikiem ds. reagowania na incydenty w sprawie uporczywego błędu synchronizacji między dwoma systemami partnerskimi w Minnesocie. O dziewiątej spotkałem się z działem prawnym w sprawie umowy pilotażowej w Nevadzie, która wymagała, aby nasze gwarancje dostępności były spisane krwią. O dziesiątej siedziałem z Harperem w szklanej sali konferencyjnej, która sprawiała, że ​​miasto wyglądało jak płytka drukowana – ale nie rozmawialiśmy o szkle i liczbach. O granicach.

„Dwa kapelusze” – powiedziała, kreśląc kreskę w notesie. „Przyszła szwagierka”. Kolejna kreska. „Kontrahent”. Podniosła wzrok. „Jeśli kiedykolwiek poczujesz się niezręcznie, powiedz mi. Wycofam się. Praca jest ważniejsza niż umowa”.

„Doceniam to” – powiedziałem. „A praca wygrywa”.

Skinęła głową, z czymś w rodzaju ulgi w geście. „Dobrze. W takim razie oto umowa, o którą będę walczyć: autonomia dla twojego zespołu przez osiemnaście miesięcy po zamknięciu, ochrona budżetu dla pracowników o kluczowym znaczeniu i brak przymusowej re-platformizacji, dopóki twój własny plan działania nie będzie bezpieczny”.

„Dodajmy sobie swobodę zachowania naszej nazwy” – powiedziałem. „Metava to coś więcej niż logo. To sygnał, któremu ufają nasi klienci”.

Harper się uśmiechnął. „Zostaw nazwę mnie”.

Dla świata zewnętrznego zamknięcie transakcji zostało ogłoszone w akapicie na stronie internetowej poświęconej rynkowi: Horizon Health Tech zgodził się przejąć Metava, wiodącą platformę do koordynacji bezpiecznej opieki zdrowotnej, w ramach transakcji gotówkowo-akcyjnej. Bez fajerwerków. Bez konfetti. Po prostu zdanie, które chciałem zapisać: Zachowamy nasz zespół i obrany kierunek.

W środku było bardziej chaotycznie i realistycznie. To Tyler bazgrał plan migracji na tablicy niczym nuty dyrygenta. To Jules przerabiał nasze ścieżki kandydatów, bo w końcu mogliśmy płacić tyle, ile potrzebowaliśmy, żeby opłacić talenty. To Maya – już nie współzałożycielka w garażu, teraz Global Strategy – rezerwowała loty do Singapuru i Madrytu, bo krzywa naszego świata się poszerzyła.

To także była podatność.

Dwa tygodnie po zamknięciu, konkurent, którego wyprzedziliśmy w trzech głównych systemach szpitalnych, złożył pozew patentowy, z rodzaju tych, które opierają się mniej na prawdzie niż na presji. Synexis HealthTech przeciwko Metava Inc. i innym. Zarzucano naruszenie „metody multimodalnego powiadamiania lekarzy”. Ich pozew zawierał dużo przymiotników, a mało elementów technicznych.

Dział prawny zadzwonił o 6:12. „Zajmiemy się pierwszą odpowiedzią” – powiedział nasz prawnik, spokojny, jak na swój budżet. „Ale będziemy potrzebować twojej dokumentacji źródłowej. Logów Gita, notatek dotyczących architektury, e-maili, wcześniejszego stanu techniki – wszystkiego. A jeśli będzie jakaś prezentacja, demonstracja na hackathonie… znaczniki czasu to twoi najlepsi przyjaciele”.

Wysłałem pierwszą transzę przed dziewiątą. Do południa Maya odkopała zdjęcie z serwetki z baru na drugim roku, na którym po raz pierwszy szkicowaliśmy architekturę: hub-and-spoke, uprawnienia do odczytu/zapisu, tożsamość na krawędziach, a nie w środku. O drugiej Tyler znalazł stary commit w Gicie z wulgaryzmem w wiadomości i datą, która wskazywała, że ​​nasza logika powiadomień była osiemnaście miesięcy przed ich najwcześniejszym odniesieniem do patentu. „Usuniemy przekleństwa” – powiedział sucho dział prawny. „Ale data jest piękna”.

Wszystko miało być dobrze. Wiedziałam. Mimo to, tej nocy leżałam bezsennie, wpatrując się w nikłą poświatę czujnika dymu i myśląc o dziewczynie, która wsunęła wydruk kodu pod gazetę ojca i w zamian otrzymała ciszę. Pokusa, żeby do niego zadzwonić, poprosić o pocieszenie, jakie dawał pensjonariuszom po brutalnych zmianach, ścisnęła mnie w piersi. Nie zadzwoniłam. Zamiast tego napisałam notatkę do mojego zespołu: Mówimy prawdę z rozwagą. I nie pozwalamy nikomu zmieniać naszego pochodzenia.

Camden zaprosił mnie na obchody.

„To sesja interdyscyplinarna” – powiedział. „Błędy w komunikacji w opiece złożonej. Chciałbym, żebyś pokazał, co zbudowałeś.

„To nie jest boisko?” – zażartowałem.

„To prośba o mniejszą liczbę pogrzebów” – powiedział, a ta część mnie, która wciąż oceniała swoje życie pod kątem jego aprobaty, ucichła.

Audytorium Cambridge General rozbrzmiewało nieprzerwanym szumem jarzeniówek, a dekady doświadczenia w fotelach zasiadały na krzesłach. Przez trzydzieści minut mówiłem o przekazywaniu zadań, o obciążeniu poznawczym, jakie można odciążyć pielęgniarkę, dostarczając odpowiednie dane właściwemu człowiekowi we właściwym czasie, o tym, jak wstyd niszczy raportowanie, a technologia może ten wstyd albo wzmocnić, albo rozproszyć. Prezentacja była krótka. Utrzymywałem tempo. Mówiłem odważnie, nawet gdy srebrnowłosy chirurg w pierwszym rzędzie podniósł rękę i powiedział: „Pani Langford, czy to wszystko nie jest po prostu aplikacją?”.

Spojrzałem mu w oczy. „Panie, z całym szacunkiem: skalpel to też „tylko” kawałek metalu. To konstrukcja i dyscyplina ratują życie”.

Gdzieś z prawej strony usłyszałem cichy, nieomylny śmiech mojego ojca.

Potem stanął w przejściu, gdy ludzie wychodzili, i spojrzał na mnie, jakby na nowo skalibrował zestaw instrumentów, o których nie wiedział, że są wyłączone.

„Mam sprawę we wtorek” – powiedział cicho. „Naprawa aorty. Wielozespołowa. Chciałbym przeprowadzić koordynację przez wasz system, jeśli spełnia on standardy IT”.

„TO postawi mur” – powiedziałem.

„Opuszczą go, jeśli stanę na boku i będę pchał” – odpowiedział. „Czy mógłbyś… pomóc mi go zaprezentować?”

Prosił mnie o pomoc w szpitalu. Poczułem ból i ulgę w tym samym momencie. „Tak” – powiedziałem. „Pomogę”.

Pilot został uruchomiony. Były drobne problemy, bo nic, co żyje, nie jest idealne. Ale kiedy laboratorium pooperacyjne zasygnalizowało niski poziom hemoglobiny, a stażysta z nocnego zespołu wykonał jeden ruch, zlecenie transfuzji zostało przekierowane do właściwego lekarza dyżurnego bez sterty telefonów i wiadomości, a pielęgniarka nie musiała bawić się w kontrolę ruchu lotniczego o 3 nad ranem, dostałem od ojca SMS-a, który składał się z jednego zdania: To nie jest „aplikacja”.

Dwa miesiące później stanęliśmy w obliczu czegoś większego niż pozew sądowy i jaśniejszego niż pilot: próby włamania.

Przyszło jak zwykle: zwyczajnie. E-mail od sprzedawcy, który wyglądał jak ulał dla zmęczonego menedżera. Link, w którym brakowało jednej litery. Wprowadzono dane uwierzytelniające. Drzwi się otworzyły.

Zobaczyliśmy to w ciągu kilku minut, bo paranoja wrosła nam w kości. Na desce rozdzielczej Tylera pojawił się skok tam, gdzie powinien być poziom. Nie zadzwonił do mnie. Nacisnął przycisk, który zamienił nas w naszą własną czerwoną drużynę.

Jechałem taksówką między lotniskiem O’Hare a spotkaniem w Loop, gdy na moim telefonie pojawił się wewnętrzny kod do SHIELD. Przekierowałem do biura. Zanim wyszedłem z windy, nasza sala operacyjna była aktywna: wyświetlacze na ścianach, ciąg pakietów, cichy skand adresów IP i decyzji.

„Zakres?” – zapytałem.

„Phish na osobę trzecią” – powiedział Tyler. „Próba ruchu bocznego zablokowana na naszej krawędzi. Brak możliwości ucieczki. Dwa punkty końcowe objęte kwarantanną. Czyścimy. Dziewięćdziesiąt minut i możemy powiedzieć to z pewnością”.

„Powiedz to teraz” – powiedziałem. „A potem powtórz to za dziewięćdziesiąt minut z dziennikami. Szpitale muszą usłyszeć od nas, zanim usłyszą od kogokolwiek innego”.

Wspólnie sporządziliśmy notatkę: co się stało, co się nie stało, co zrobiliśmy, co zrobimy i czego nigdy nie naruszymy. Wysłaliśmy ją do dyrektorów ds. informatyki (CIO), dyrektorów ds. informatyki (CMIO) i inspektorów ochrony prywatności z prośbą o kontakt z nami bezpośrednio w razie pytań. Opublikowaliśmy mniej szczegółową wersję na naszej stronie statusu, ponieważ milczenie rodzi strach, strach rodzi plotki, a plotki niszczą zaufanie szybciej niż jakikolwiek atak cyberprzestępców.

O 14:10 odebrałam telefon od pielęgniarki oddziałowej wiejskiego szpitala, która brzmiała, jakby nie spała od trzech lat. „Jesteś pewna?” zapytała. „Bo nie stać nas na przetrwanie takiego bałaganu”.

„Jestem pewien” – powiedziałem, po czym i tak opowiedziałem jej wszystko krok po kroku, aby mogła się upewnić na własnych warunkach.

Tej nocy wróciłam do domu, stanęłam w kuchni i płakałam – nie dlatego, że zostaliśmy zaatakowani, ale dlatego, że ludzie, którzy mogliby ucierpieć z powodu naszej porażki, byli zmęczeni, dobrzy i nam zaufali. Nalałam sobie szklankę wody i napisałam do Mai: Potrzebujemy programu dla naszych klientów, a nie tylko kodu. Odpisała tylko jednym słowem: Sentinel.

Miesiąc później wystartował Projekt Sentinel: ćwiczenia symulacyjne dla kadry kierowniczej szpitali, gotowe scenariusze dla infolinii, stałe kwartalne ćwiczenia, podczas których wyobrażaliśmy sobie, że świat stanął w płomieniach, a potem ćwiczyliśmy, jak się nie spalać. To nie było bohaterskie. To była praca. O to właśnie chodziło.

Tymczasem pozew został po cichu zamknięty w biurze mediatora, gdy prawnicy Synexis zobaczyli nasze zobowiązania, naszą serwetkę i znacznik czasu na starym wpisie na blogu studenta, który cytował nasz preprint. Pobrali opłatę za odejście. Zapłaciliśmy, bo nie zależało nam na znalezieniu się w nagłówkach. Zależało nam na tym, żeby nie krwawić.

Harper przyniosła mi kopię podpisanej ugody i paczkę żelków w jednej ręce. „Dla twoich dzieci” – powiedziała, mając na myśli moją drużynę. „I dla ciebie, bo czasem to, co dorosłe, smakuje jak cukier”.

„Zostaniesz na kolację?” zapytałem.

Spojrzała na zegarek. „Mogę. Camden jest w nocy”. Chwila ciszy. „Jak się czuje twoja mama?”

„Próbuję” – powiedziałam. „Co jest nowością. Wysyła mi artykuły napisane przez kobiety z branży technologicznej i mówi, że przypominają jej mnie. Teraz mówi to bez ukrytych intencji. To… też jest nowe”.

Harper skinął głową. „Postęp to nie przemowa. To zestaw krótszych zdań wypowiadanych konsekwentnie”.

„Brzmisz jak strateg” – uśmiechnąłem się.

„Spędzam z jednym z nich dużo czasu” – powiedziała.

Moi rodzice zaprosili mnie na kolację do swojego domu w Back Bay. Ta sama jadalnia, w której nauczyłam się zmniejszać, by dopasować się do ich sylwetki, teraz wydawała mi się fizycznie inna, bo nie próbowałam już niczego w sobie mieścić.

W połowie posiłku moja mama odłożyła widelec i złożyła ręce, tak jak przed przekazaniem klientowi złych wieści. „Jestem ci winna przeprosiny” – powiedziała. „Nauczyłam cię, że miłość i szacunek to to samo. To nieprawda. Zawsze cię kochałam. Nie szanowałam cię. Uczę się”.

I oto było: zdanie, którego myślałem, że nigdy nie usłyszę.

„Ja też się uczę” – powiedziałem. „Przyjmować przeprosiny bez oceniania”.

Mój ojciec odchrząknął. „Nazwą salę konferencyjną moim imieniem” – powiedział, jakby zapowiadał pogodę. „Nie chodzi o mnie. Chodzi o całe życie zawodowe. Ty też powinieneś taką mieć”.

„Nie potrzebuję pokoju” – powiedziałam. „Potrzebuję stypendiów. Dla dziewczyn, którym wmówiono, że praktyczność jest ważniejsza od pasji”.

Zastanowił się. „Możemy zrobić jedno i drugie” – powiedział.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

7 wskazówek, jak sprawić, by Twoja roślina pająkowata była bardziej krzaczasta i zdrowsza

Utrzymywanie zrównoważonego harmonogramu podlewania jest kluczowe dla roślin pająkowatych. Nadmierne podlewanie może prowadzić do gnicia korzeni, a niedostateczne podlewanie spowoduje ...

Leave a Comment