Długo wpatrywałem się w ten list w przyćmionym świetle celi. Słowa płynęły mi jak z cebra. Ręce mi się trzęsły – nie ze złości, ale z żalu tak głębokiego, że nie wiedział, gdzie się podziać.
Odpisałem jedno zdanie.
Jestem niewinny i pewnego dnia to udowodnię.
Ona nigdy nie odpowiedziała.
Oto, czego Rebecca i Derek nie wiedzieli.
W Fraser Valley istniał program edukacyjny. Zajęcia obejmowały wszystko, od stolarstwa po obsługę komputera. Zapisałem się częściowo po to, żeby uciec od myśli, a częściowo dlatego, że sama myśl o nauce czegokolwiek w tym miejscu wydawała mi się buntem.
W dziale obróbki drewna przydzielono mi mężczyznę o imieniu Tom Nakamura .
Tom miał sześćdziesiąt osiem lat, był szczupły i miał bystre spojrzenie, a jego pewne ręce wydawały się nie na miejscu w więziennym warsztacie. Odsiadywał ostatni rok siedmioletniego wyroku za udział w oszustwie hipotecznym. Wcześniej był księgowym śledczym w Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej (RCMP).
Przez dziesięciolecia polował na przestępców finansowych, aż w końcu raz dał się ponieść chciwości i stracił wszystko.
Zaczęliśmy rozmawiać, bo nie mieliśmy nic innego do roboty, szlifując nogi stołu na potrzeby kontraktu na meble więzienne.
Na początku była to zwykła pogawędka: skąd jesteś, co robiłeś na wolności, jak długo cię odsiadują. Kiedy powiedział mi, że specjalizuje się w przestępstwach finansowych, coś we mnie drgnęło.
Opowiedziałem mu moją historię pewnego popołudnia, fragmentarycznie, przy odgłosie papieru ściernego i cichej muzyce z cicho grającego radia w kącie.
Spodziewałem się uprzejmego współczucia. Zamiast tego zobaczyłem zmarszczone brwi i nagłe, przenikliwe spojrzenie w jego ciemnych oczach.
„Wszystko, co opisujesz, brzmi źle” – powiedział cicho Tom, kiedy skończyłem. „Za czysto. Zbyt… starannie”.
„Co masz na myśli?” zapytałem.
„Konto offshore” – powiedział, odhaczając punkty na palcach. „Firmy widmo. Ślad e-maili. W prawdziwych przypadkach defraudacji dokumentacja jest chaotyczna. Ludzie stają się chciwi. Popełniają błędy. Zostawiają luki. To brzmi, jakby ktoś stworzył podręcznikowy przykład oszustwa, wiedząc dokładnie, czego szukają śledczy i jak myślą. To… nietypowe”.
„Moja córka jest dyrektorem finansowym” – powiedziałem z goryczą. „Ona zna się na liczbach, a nie na strategiach kryminalnych”.
„Może i nie” – powiedział Tom. „Ale jej mąż jest konsultantem technicznym, prawda? Czy kiedykolwiek dotykał twoich systemów?”
Wróciłem myślami. „Pomógł nam zaktualizować nasz system poczty elektronicznej dwa lata temu. Powiedział, że to poprawi bezpieczeństwo i wydajność. Dałem mu dostęp administracyjny na czas wdrożenia”.
Brwi Toma poszybowały w górę. „I to ten sam system, którego użyli, żeby „udowodnić”, że autoryzowałeś te płatności”.
“Tak.”
Lekko się pochylił i zniżył głos, chociaż strażnicy nie zwracali na nas uwagi.
„Posłuchaj mnie. Potrzebujesz lepszego prawnika i porządnej analizy kryminalistycznej, ale domyślam się, że nie masz takich pieniędzy”.
Zaśmiałem się szorstko i bez humoru. „Wszystko, co posiadam, jest zamrożone i nie mogę wyjść za kaucją. Nie, nie mogę”.
„W takim razie będziesz musiał zrobić coś, czego większość ludzi w twojej sytuacji nigdy by nie zrobiła”. Jego głos był spokojny, wręcz łagodny. „Będziesz musiał zostać swoim własnym detektywem. Nie mogę już praktykować księgowości, ale mogę cię nauczyć, jak myśleć jak księgowy. Jeśli naprawdę jesteś niewinny, gdzieś tam są rysy. Musimy je tylko znaleźć”.
Coś, czego nie czułam od miesięcy, ożyło w mojej piersi.
Mieć nadzieję.
Przez następnych osiemnaście miesięcy Tom stał się moim nietypowym profesorem.
Nauczył mnie, jak czytać wyciągi bankowe tak, jak robią to śledczy, śledząc pieniądze, jakby to człowiek zostawiał ślady. Opowiedział mi o firmach-fiszkach, o tym, jak fundusze mogły być manipulowane i prane za pośrednictwem pozornie legalnych podmiotów, aż do momentu, gdy pochodzenie i intencje zostały zatarte.
Pokazał mi, jak składać wnioski o udostępnienie informacji publicznej, jak wnioskować o ujawnienie dowodów Korony i pełnego raportu z analizy cyfrowej z mojej sprawy. Dokumenty spływały miesiącami, jedna gruba koperta po drugiej, ale każdy z nich był jak element układanki, której nie chciałam zostawić nierozwiązanej.
Przez wiele godzin siedzieliśmy w więziennej bibliotece – ja z okularami dwuogniskowymi zsuwającymi się z nosa, on ze swoimi skrupulatnymi notatkami – przeglądając każdą fakturę, każdą pozycję w rachunku, każdą niewyraźną kopię e-maila.
Tom uczył mnie o metadanych, niewidzialnych informacjach dołączonych do plików cyfrowych: znacznikach czasu, adresach IP, identyfikatorach urządzeń. Przeprowadził mnie przez przykład za przykładem, aż hieroglify kodu zaczęły układać się w wzory w moim umyśle.
Powoli w historii, którą Korona przedstawiła ławie przysięgłych, pojawiały się rysy.
Konto offshore zostało otwarte na podstawie danych z mojego paszportu. Na papierze wyglądało to fatalnie. Tom zauważył jednak datę otwarcia konta: 14 lutego 2020 roku.
„Gdzie byłeś w tym tygodniu?” zapytał, stukając w datę.
Myślami cofnęłam się, przeglądając mentalny kalendarz. Wtedy mnie olśniło.
„Byłem w Toronto” – powiedziałem. „Odbywały się tam targi morskie. Wygłosiłem prelekcję na temat odporności łańcucha dostaw. Mam zapisy lotów. Rachunki hotelowe. Zdjęcia, które wysłałem Rebecce i Emmie. Nie byłem nawet w pobliżu Kajmanów”.
Oczy Toma rozbłysły. „Doskonale. To twoja pierwsza niemożność. Wykorzystali dane z twojego paszportu, ale masz dowód, że fizycznie byłeś w innym kraju, kiedy konto zostało otwarte”.
Faktury firm-widmo miały swoje znaki rozpoznawcze. Na pierwszy rzut oka wyglądały na autentyczne: logo, adresy, numery rejestracyjne. Ale kiedy zestawiliśmy je z fakturami od prawdziwych dostawców, ujawniły się subtelne różnice.
„Czcionka jest nie ta” – mruknął Tom, mrużąc oczy. „Widzisz te „R” i „S”? Trochę inna krzywa niż zwykle. A te numery rejestracyjne – należą do prawdziwych firm, ale z zupełnie innych prowincji. Ktoś skopiował prawdziwe numery firm i podłączył je do fałszywych nazw”.
Prawdziwym dowodem niezbitym były e -maile .
Na mównicy technik IT powiedział, że pochodzą z mojego komputera. To wystarczyło ławie przysięgłych, nieprzeszkolonej do głębszego zbadania sprawy. Ale metadane, upierał się Tom, zawsze mówią więcej.
Kiedy w końcu dotarł pełny raport z analizy cyfrowej, praktycznie wyrwał mi go z rąk. Studiowaliśmy go przy stole w bibliotece, podczas gdy inny więzień, niepewnie przeglądał magazyn o celebrytach.
„Spójrz tutaj” – powiedział Tom, wskazując na gęsty blok tekstu, który wyglądał dla mnie jak bełkot. „Nagłówki wskazują, że te e-maile zostały utworzone z twojego konta, jasne, ale sprawdź adres IP”.
Przesunął palcem po linii. Moje oczy podążyły za nim.
„To nie jest twoja sieć biurowa” – powiedział. „To adres IP w West Vancouver”.
Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie.
„Gdzie mieszkają Rebecca i Derek?” zapytał.
„West Vancouver” – wyszeptałem.
„Teraz daty”. Przerzucił na inną stronę. „Od lutego do listopada 2020. Sprawdź je w kalendarzu”.
Zamknąłem oczy, wspominając. Ten okres czasu zdominowany był przez jedną rzecz: COVID-19.
„Nasze biuro było wtedy prawie zamknięte” – powiedziałem powoli. „Przeszliśmy na pracę zdalną. Pracowałem z domu, w Kitsilano. Przychodzili tylko niezbędni pracownicy magazynu, a Rebecca przychodziła kilka dni w tygodniu, żeby zająć się listą płac i płatnościami dla dostawców. Miała dostęp do mojego biura. Derek miał zdalny dostęp administracyjny do naszego systemu poczty elektronicznej”.
Tom odchylił się do tyłu, a kąciki jego ust zacisnęły się.
„Oto, co moim zdaniem się wydarzyło” – powiedział. „Derek, dzięki swojej wiedzy technicznej i uprawnieniom administracyjnym, uzyskał zdalny dostęp do twojego komputera biurowego z ich sieci domowej. Rebecca, dzięki swojej znajomości procesów wewnętrznych i autorytetowi dyrektora finansowego, wiedziała dokładnie, gdzie wstawić fałszywe faktury i jak sprawić, by wyglądały na rutynowe. Razem utworzyli e-maile z twojego konta, zinterpretowali je z antydatą i przelali pieniądze na konto założone na podstawie twoich skradzionych danych paszportowych”.
Żołądek mi się skręcił. Słysząc to tak dosadnie, chciało mi się wymiotować.
„Ale wierzyć w to i to udowodnić to dwie różne rzeczy” – powiedziałem.
„Dokładnie” – zgodził się Tom. „A dowód wymaga zasobów. Których nie macie, przynajmniej na razie. Więc wciąż budujemy sprawę. Dokładamy wystarczająco dużo niespójności, wystarczająco dużo niemożliwości, a w końcu ktoś z zewnątrz, mający władzę, nas posłucha”.
Miał rację. Ale nocą, samotnie w celi, trudno mi było trwać w tym przekonaniu. Łatwo było usłyszeć głos Rebekki na sali sądowej – tak spokojny, tak zraniony – twierdzącej, że poświęciła relację z matką dla „postępowania właściwie”.
Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale pomoc już nadeszła od kogoś, o kim niemal zapomniałem.
Nazywał się Michael Brennan i kiedyś, dawno temu, śniliśmy obok siebie w przeciekającym magazynie niedaleko doków.
Mike był moim partnerem biznesowym w początkach Holloway Marine. Spędziliśmy dwudzieste i trzydzieste lata, sami rozładowując przesyłki, jedząc makaron instant w ciasnym biurze, gdy brakowało pieniędzy, i dzieląc się jednym grzejnikiem zimą. Kiedy dwadzieścia pięć lat temu jego żona dostała ofertę pracy w Albercie, sprzedał mi swoje udziały w firmie i się wyprowadził. Przez jakiś czas utrzymywaliśmy kontakt – kartki świąteczne, sporadyczne e-maile – ale życie potoczyło się w różnych kierunkach.
Nie myślałam o nim od miesięcy, aż pewnego popołudnia wezwano mnie do gabinetu doradcy.
„Dzwoni do pana pewien pan Brennan” – powiedział doradca. „Mówi, że to stary przyjaciel”.
Podniosłem słuchawkę, a serce waliło mi jak młotem.
„Halo?” powiedziałem.
„Maggie?” Głos był starszy, bardziej szorstki, ale znajomy. „To Mike. Mike Brennan.”
Zapadłem się w plastikowe krzesło. „Mike? Jak… co…?”
„Właśnie się dowiedziałem, co ci się stało” – powiedział, a ja usłyszałem gniew pod smutkiem. „Gość, którego znam z transportu morskiego, wspomniał coś o Holloway Marine i jakiejś defraudacji. Sprawdziłem to. Widziałem twoje nazwisko, wyrok skazujący, wszystko. Cholernie mi przykro. Powinienem był zwrócić uwagę”.
„To nie twoja wina” – powiedziałem automatycznie.
„Może nie” – odpowiedział. „Ale pomogę ci to naprawić”.
O mało się nie roześmiałem. „Z czym właściwie? Z dobrymi intencjami? Doceniam tę myśl, ale…”
„Poradziłem sobie tu, w branży ropy i gazu” – wtrącił. „Mam pieniądze. Mam kontakty. I rozmawiałem już z prawniczką w Vancouver – Sharon Park . Specjalizuje się w niesłusznych wyrokach skazujących. Była prokurator. Jest twarda jak skała i ma bzika na punkcie systemu, który niszczy niewinnych ludzi. Jest gotowa zająć się twoją sprawą pro bono, jeśli masz jakiekolwiek dowody, że to była ustawka”.
Wpatrywałem się w ścianę, ściskając słuchawkę tak mocno, że bolały mnie kostki.
„Mam dowody” – powiedziałem powoli. „Nie są one uporządkowane, nie są sformułowane w języku prawniczym, ale… tak. Znaleźliśmy kilka rzeczy, które się nie zgadzają”.
„Więc weź się w garść” – powiedział Mike. „Przyjdzie cię odwiedzić”.
Trzy tygodnie później tak się stało.
Sharon Park wpadła do pokoju odwiedzin w więzieniu niczym mała, opanowana burza.
Miała pod pięćdziesiątkę, krótkie czarne włosy, minimalny makijaż i granatowy kostium, który świadczył o jej elegancji. Jej ciemne i przenikliwe oczy chłonęły wszystko naraz: pokój, strażników, mnie.
„Pani Holloway?” zapytała, podając rękę.
„Margaret” – poprawiłam automatycznie, ściskając ją. Jej uścisk był mocny, uziemiający.
„Margaret, a ja jestem Sharon. Porozmawiajmy o tym, jak bardzo system cię oszukał”.
Gdybym jej wcześniej nie polubił, to by przesądziło o wszystkim.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy plastikowym stole, podczas gdy wokół nas narastał szmer kolejnych wizyt. Przesunąłem w jej stronę teczki, które zebrałem z Tomem. Osie czasu, nieścisłości, wydruki metadanych ledwo rozumiałem, ale wiedziałem, że mają znaczenie.
Opowiedziałem jej wszystko: proces, zeznania Rebekki, dostęp Dereka do naszych systemów, przeszłość i teorie Toma, niemożliwe ustalenie daty utworzenia konta na Kajmanach, adresy IP z West Vancouver.
Słuchała bez przerywania, robiąc tylko od czasu do czasu pauzę, aby coś zapisać lub podkreślić.


Yo Make również polubił
Zaszłam w ciążę w 10 klasie. Rodzice się mnie wyrzekli, wyrzucili z domu. 20 lat później pojawili się, domagając się spotkania z ich „wnukiem”. Ale to, co zobaczyli, ich zszokowało…
Czy należy płukać mięso mielone?
Każdy kawałek rozpływa się w ustach, ciasto twarogowe bez spodu w 5 minut
Najsmaczniejsze mięso w wyjątkowej odsłonie – spróbuj sam