Każdej nocy budziłam się i widziałam męża stojącego przy łóżku, wpatrującego się we mnie, gdy spałam. Aż pewnej nocy udawałam, że śpię i usłyszałam, co do mnie szepcze – słowa, które sprawiły, że wyszłam z domu w środku nocy. – Page 3 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Każdej nocy budziłam się i widziałam męża stojącego przy łóżku, wpatrującego się we mnie, gdy spałam. Aż pewnej nocy udawałam, że śpię i usłyszałam, co do mnie szepcze – słowa, które sprawiły, że wyszłam z domu w środku nocy.

Sztywny jak deska.

Próbowałem się zrelaksować.

Wiedziałam, że nie mogę być tak spięta, bo on by to zauważył.

Musiało wyglądać, jakbym naprawdę spał.

Głęboki sen.

Wziąłem głęboki, powolny oddech.

Bardzo powoli wypuściłem powietrze przez usta.

Opuściłem ramiona po bokach ciała.

Przekręciłem się lekko na bok, przyjmując pozycję, w której zawsze spałem.

Zamknąłem oczy.

Rozluźniłem twarz.

Moje ramiona.

Moje nogi.

Leżałam tak, oddychając głęboko i powoli, starając się wyglądać jak śpiąca osoba.

Otis leżał po swojej stronie łóżka.

Słyszałem jego oddech.

Wyglądało, jakby spał.

Ale nie byłem pewien.

Czy on naprawdę śpi, czy też czeka na mnie czuwając – tak jak ja?

Minuty mijały powoli.

Bardzo powoli.

Każda sekunda wydawała się godziną.

Chciałem spojrzeć na zegar, ale nie mogłem.

Musiałem udawać.

W domu panowała ciężka cisza.

Słychać było jedynie szum wiatru na zewnątrz i jego oddech.

A mój oddech – starałem się utrzymać spokojny, głęboki, jak u śpiącego człowieka.

Moje serce biło mocno.

Tak mocno, że bałem się, że on to usłyszy.

Łup, łup, łup, łup.

Bije mi w piersi jak bęben.

Próbowałem się uspokoić.

Myślałem o rzeczach pokojowych.

Ogród.

Kury dziobiące na podwórku.

Dziewczyny się bawią.

Ale nie mogłem się uspokoić.

Bo wiedziałem, że nadszedł ten czas.

Nagle usłyszałem skrzypienie łóżka.

On się ruszał.

Pozostałam nieruchoma, z zamkniętymi oczami i oddychając głęboko.

Słyszałem jak wstaje.

Materac zapadł się po jego stronie, gdy pochylił się, żeby wstać.

Łóżko jęknęło.

Wstał.

Czekałam, aż przyjdzie, jak zwykle.

I przyszedł.

Słyszałem jego kroki powoli — bardzo powoli — na drewnianej podłodze domu.

Skrzypienie.

Skrzypienie.

Skrzypienie.

Krocz powoli i ostrożnie, jak ktoś, kto nie chce hałasować.

Zatrzymał się po mojej stronie łóżka.

Poczułem tam jego obecność.

Bardzo blisko.

Oddychałem głęboko i powoli, udając, że głęboko śpię.

Stał tam, jak zawsze.

Poczułem, że mnie obserwuje.

Nawet z zamkniętymi oczami czułam na sobie ciężar jego spojrzenia.

Moje serce biło szybciej.

Łup, łup, łup, łup.

Bicie bardzo szybkie.

Próbowałem to kontrolować.

Nie mogłem pokazać, że nie śpię.

Został tam.

Jak długo?

Nie wiem.

Minutę.

Dwa.

Trzy.

Wydawało się, że to trwa wieczność.

Potem się ruszył.

Usłyszałem dźwięk, jakby kucnął — uklęknął.

Panie, zmiłuj się nad nami.

Klęczał obok łóżka.

Pozostałam nieruchoma, oddychając, udając.

A potem, dziecko, zaczął mówić.

Jego głos był tak cichy, tak słaby, że ledwo go słyszałam.

To był szept, niemal oddech.

„Proszę, Hattie” – powiedział.

„Proszę, Hattie, wybacz mi.”

Wybaczyć co?

Co?

Nie przestawał szeptać, jego głos się łamał i drżał.

„Wybacz mi za to, co zrobiłem. Za to, co obiecałem. Nie powinienem był. Nie powinienem był tego robić”.

Całe moje ciało było napięte, ale udawałem, że śpię.

Musiałem usłyszeć więcej.

Trzeba zrozumieć.

Płakał cicho, tłumiąc szloch, jak ktoś, kto płacze, ale nie chce, żeby ktokolwiek go usłyszał.

„Byłam zdesperowana, Hattie. Bałam się. Dług był za duży. Nie miałam jak go spłacić”.

Przełknął ślinę, słowa zabrzmiały mu słabo.

„Dług… dług” – krzyknął.

„Trzy tysiące dolarów. Trzy tysiące. Nie miałem. Nie mam.”

Wziął drżący oddech.

„I on miał mnie zabić, Hattie. Pan Thorne miał mnie zabić.”

Panie Thorne.

Silas Thorne.

Bogaty właściciel ziemski.

Wdowiec.

Krew mi zamarła.

„Tak obiecałem” – wyszeptał.

„Boże, wybacz mi. Obiecałem naszej dziewczynie – naszej Ruby”.

NIE.

Nie, nie, nie.

Obiecał mojej córce.

Moja Ruby.

Dziewięcioletnie dziecko.

„Kiedy skończy piętnaście lat, wyjdzie za niego za mąż. To obiecałem. Że spłacę dług. Że uratuję sobie życie”.

Chciałem krzyczeć.

Chciałem wstać.

Chciałem złapać tego mężczyznę za szyję i ściskać, dopóki nie przestanie oddychać.

Ale zostałem bez ruchu, bo musiałem wszystko usłyszeć.

Wszystko.

Ciągle płakał i szlochał.

„Był 16 stycznia. Wczesny ranek. Przegrałem wszystko grając w pokera w klubie Big Joe’s. Wszystko, Hattie.”

„Wszystkie zaoszczędzone pieniądze. A i tak byłem winien panu Thorne’owi trzy tysiące.”

Postawił nasze pieniądze na szali.

Pieniądze zebrałam szyjąc.

Pieniądze, które zaoszczędziliśmy na trudne czasy.

Zaryzykował wszystko.

„Wróciłem do domu tego ranka, pragnąc śmierci” – wyszeptał.

„Chciałem się powiesić. Chciałem zniknąć.”

„Ale następnego dnia zjawił się w domu, panie Thorne, i złożył mi propozycję.”

Jaka propozycja?

Odpowiedział sobie łamiącym się głosem.

„Powiedział, że zapomni o całym długu, jeśli obiecam mu rękę Ruby, kiedy skończy piętnaście lat.”

„On ma pięćdziesiąt dwa lata, Hattie. Pięćdziesiąt dwa. A nasza dziewczynka ma dziewięć.”

Cała się trzęsłam – trzęsłam się ze złości, z przerażenia i z obrzydzenia.

„Powiedziałem tak” – wyszeptał.

„Boże, wybacz mi. Powiedziałem „tak”, bo się bałem”.

„Bałem się, że mnie zabije. Bałem się, że stracę wszystko”.

„Jestem tchórzem, Hattie. Jestem tchórzem.”

„Dlatego przychodziłem każdego ranka. 2:47. Wtedy złożyłem obietnicę. Wtedy, kiedy sprzedałem naszą córkę”.

„Od tamtego dnia nie śpię dobrze. Każdego dnia budzę się o tej porze i przychodzę tutaj.”

„Przychodzę prosić cię o wybaczenie, bo wiem, że kiedy się dowiesz, nigdy mi nie wybaczysz. Nigdy.”

Miał rację.

Nigdy mu tego nie wybaczę.

„Ale nie mam odwagi, żeby ci to powiedzieć” – wyszeptał.

„Nie mam odwagi, żeby spojrzeć ci w twarz, kiedy wiesz. Żeby spojrzeć Ruby w twarz, kiedy dowie się, że jej tatuś obiecał ją staremu mężczyźnie”.

Moja Ruby.

Moje dziecko zachowywało się dziwnie – było chude i przestraszone.

Ona wiedziała.

Ktoś musiał jej powiedzieć.

Płakał dalej, jego głos stawał się coraz niższy i bardziej łamiący się.

„Zostało sześć lat. Sześć lat do jej piętnastych urodzin”.

„A potem będę musiał ją oddać.”

„Będę musiał zabrać moją córkę do Silasa Thorne’a, jak bydło – jak rzecz”.

NIE.

To nie miało prawa się wydarzyć.

Nie zamierzałem na to pozwolić.

„Wybacz mi, Hattie” – wyszeptał.

„Wybacz mi, że byłem tak tchórzliwy, tak słaby, tak zły.”

Został tam dłużej, cicho płacząc, szepcząc słowa, których nie rozumiałam dobrze – prosząc o wybaczenie, prosząc Boga, prosząc mnie.

Potem wstał.

Słyszałem, jak wstaje.

Słyszałem jego kroki wracające na swoją stronę łóżka.

Słyszałem skrzypienie łóżka, gdy się położył.

Leżałam tam nieruchomo – z zamkniętymi oczami – oddychając i udając, że śpię.

Ale w środku byłem zniszczony.

Zniszczony.

Jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi i podeptał je.

Moja córka — moja Ruby — obiecała starszemu mężczyźnie spłacić dług hazardowy.

Czekałem.

Zaczekałem, aż byłem pewien, że śpi.

Jego oddech stał się ciężki i głęboki.

Zasnął.

Wtedy otworzyłem oczy.

W domu było ciemno.

Wszystko czarne.

Ale moje oczy już przyzwyczaiły się do ciemności.

Spojrzałem na sufit — stary drewniany sufit naszego domu.

Teraz wszystko nabrało sensu.

Ruby była dziwna, bo wiedziała.

Ktoś jej powiedział.

Dzieci słyszą wszystko.

Wiedziała, że ​​jej tatuś obiecał jej małżeństwo.

Moje dziewięcioletnie dziecko.

Wiedząc, że za sześć lat będzie musiała wyjść za mąż za pięćdziesięciodwuletniego mężczyznę, który wtedy miałby pięćdziesiąt osiem lat, starszego mężczyznę, który mógłby być jej dziadkiem.

Przypomniałem sobie wszystkie razy, kiedy widziałem ją cichą, chudą, przestraszoną – i kiedy myślałem, że to jakaś dziecinna faza.

Jakże byłem ślepy.

Jak mogłem tego nie zauważyć?

Ponieważ martwiłem się o Otisa.

O tym, że obserwował mnie wczesnym rankiem.

Byłem tak skupiony na swoim strachu.

Nie widziałam strachu u mojej córki.

Resztę nocy przeleżałem tam nie śpiąc.

Po prostu myślę.

Planowanie.

Nie zamierzałem do tego dopuścić.

Nigdy.

Otis mógł obiecać cokolwiek chciał.

Silas Thorne mógł uważać, że ma prawo do mojej córki.

Nie zamierzałem na to pozwolić.

Obserwowałem wstający dzień przez szczelinę w oknie.

Światło wpadające powoli.

Słychać pianie koguta na zewnątrz.

Kury zaczynają gdakać.

Ostrożnie i bezgłośnie wstałem z łóżka.

Otis nadal spał — albo udawał, że śpi.

Nie miało to znaczenia.

Poszedłem do kuchni.

Rozpal piec opalany drewnem.

Zagotuj wodę na kawę.

Stałem tam i patrzyłem na ogień – tańczące płomienie – moja głowa nie przestawała się poruszać.

Myślący.

Myślący.

Musiałem wydostać stamtąd dziewczyny.

Trzeba było wyjść.

Ale gdzie?

Nie miałem pieniędzy.

Nie miałem nic.

Jak miałam sama utrzymać trzy córki?

Myślałem o powrocie do domu mojej mamy w Mon, ale moja mama była stara i chora.

Nie mogła zaopiekować się mną i trzema wnuczkami.

Pomyślałam o mojej siostrze, Edzie Freeman.

Mieszkała w Atlancie.

Miałem trochę więcej zasobów.

Czy ona mnie przyjmie?

Zrobiłem kawę.

Nakryć do stołu.

Ciasteczka.

Masło.

Konfitura brzoskwiniowa, którą zrobiłam.

Dziewczyny obudziły się i poszły do ​​kuchni.

Ruth pociera oczy.

Perła ziewa.

Rubin.

Spojrzałem na Ruby – na jej małą buzię, na jej oczy – a ona spojrzała na mnie.

A w jej oczach widziałem, że wiedziała.

Ona wiedziała, że ​​wiem.

Skąd ona wiedziała?

Nie wiem.

Ale ona wiedziała.

Przytuliłem ją.

Przytuliłem moje dziecko.

Ścisnął ją mocno.

„Wszystko w porządku, mamo?”

„Tak, kochanie. Wszystko w porządku.”

Ale nie byłem.

Nic nie było w porządku.

Pojawił się Otis.

Przyszedł do kuchni.

Usiadłem przy stole.

Złapałem ciastko.

Posmarowałem to masłem, jakby to był normalny dzień.

Spojrzałem na niego.

Spojrzał mu prosto w oczy.

I odwrócił wzrok.

Nie mógł spojrzeć mi w twarz.

Wiedział, że wiem.

W jakiś sposób wiedział.

Pozwoliłem dziewczynom wypić kawę.

Rozmawiałem z nimi o zwykłych rzeczach – o szkole, o kurczakach, o tym, w co będą się bawić danego dnia.

Potem spojrzałem na Ruth.

„Ruth, ty i dziewczynki spędzicie dzień w domu cioci Edy.”

Ruth spojrzała na mnie zaskoczona.

„Dzisiaj, mamo? Ale ciocia Eda mieszka w Atlancie”.

„Sprawdzimy, czy pan Banks może was podwieźć na część drogi, złapiecie autobus. Zabiorę was dziś rano”.

„Zostaniesz tam kilka dni.”

„Ale mamo, dlaczego?”

„Bo muszę tu załatwić parę spraw. Dorosłych.”

„Idź tam i baw się dobrze ze swoimi kuzynami.”

Spojrzałem na Otisa.

Był blady.

Biała jak ściana.

Wiedział, co się wydarzy.

Spakowałem paczkę z ubraniami dla dziewcząt.

Kilka zmian.

Szczoteczki do zębów.

Grzebień.

Wszystko spakowałem do worka.

Wziąłem tę trójkę za rękę.

„Chodźmy.”

„Ale mamo, jak jedziemy? To daleko.”

„Jedziemy wagonem. Poproszę pana Banksa, żeby zawiózł nas na stację Greyhound.”

Poszedłem do domu pana Banksa.

Był naszym najbliższym sąsiadem.

Miał ciężarówkę.

Poprosiłam go, żeby odwiózł dziewczynki na przystanek autobusowy w Cordell.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nalegałam.

Powiedziałem, że to pilne i że mu zapłacę.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Leave a Comment