Dzień, w którym moja matka wróciła do mojego życia w designerskim płaszczu i zapytała, gdzie są pieniądze – Page 3 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Dzień, w którym moja matka wróciła do mojego życia w designerskim płaszczu i zapytała, gdzie są pieniądze

Elliot siedział nieopodal w fotelu i czytał kwartalny raport.

„Drewno pęka, bo masz za duże naprężenie” – powiedział spokojnie, nie podnosząc wzroku. „Forsujesz moment obrotowy zamiast użyć przeciwwagi”.

„Nie obchodzi mnie ta przeciwwaga” – warknąłem. „Chcę tylko spać”.

Wstał i podszedł do stołu, przyglądając się rozbitemu modelowi.

„To idź spać” – powiedział. „A jutro możesz powiedzieć nauczycielowi, że rzuciłeś, bo byłeś zmęczony. Możesz mu wytłumaczyć, że kiedy było trzeba, poddałeś się. Czy to ma być ta historia, którą chcesz mieć w aktach?”

W tamtej chwili go nienawidziłem.

Ale nie poszedłem spać.

Rozłożyłem model i złożyłem go na nowo. Wyregulowałem ramę, przeliczyłem ciężary. O czwartej trzydzieści rano trebusz w końcu wystrzelił idealnie kulkę przez pokój.

Elliot nadal siedział w fotelu. On też nie poszedł spać.

„Dobrze” – powiedział. „A teraz to posprzątaj”.

To był punkt zwrotny.

Przestałem szukać potwierdzenia.

Zacząłem gonić za wynikami.

Wiosną wydarzyło się coś dziwnego. Dziewczyna o imieniu Sarah – córka senatora, zawsze w nowym Range Roverze, zazwyczaj patrząca na mnie prosto – wysunęła krzesło naprzeciwko mnie w bibliotece.

„Hej” – powiedziała niezręcznie. „Słyszałam, że dostałeś dziewięćdziesiąt osiem punktów z chemii”.

„Dziewięćdziesiąt siedem” – poprawiłam, nie podnosząc wzroku.

„No dobrze. Patrz… tonę w stechiometrii. Mogę zobaczyć twoje notatki?”

Pół roku wcześniej oddałbym je komuś, żeby tylko być lubianym.

Teraz zostałem przeprogramowany.

„Moje notatki są stenograficzne” – powiedziałem. „Ale o szóstej powtarzam rozdział czwarty. Możesz usiąść, jeśli będziesz cicho”.

Przyszła.

Następnego dnia dołączyło do nas dwóch kolejnych studentów. W czasie egzaminów końcowych prowadziłem grupę studyjną złożoną z najbogatszych nastolatków w stanie.

Nie siedzieli ze mną, bo byłem spoko.

Siedzieli ze mną, bo doprowadziłem ich do mety.

Przestałem przepraszać za zajmowanie miejsca w klasach. Kiedy nauczyciele zadawali pytania, nie podnosiłem ręki niepewnie – podnosiłem ją jak flagę. Znałem odpowiedzi nie dlatego, że byłem utalentowany, ale dlatego, że przepracowałem wszystkich.

Potem przyszedł czas na podania o przyjęcie na studia.

To była wojna.

Sporządziłem listę dobrych szkół państwowych, solidnych i bezpiecznych. Pokazałem ją Elliotowi przy kolacji.

Przeczytał go, położył na stole i postawił na nim szklankę z wodą, zostawiając na niej pierścionek.

„Nie” – powiedział.

„Co masz na myśli mówiąc ‘nie’?” – zapytałem. „To dobre programy. Mogę dostać stypendia”.

„Celujesz w najniższy szczebel”, powiedział. „Składasz podania do szkół, bo wiesz, że się dostaniesz. Minimalizujesz ryzyko”.

„Jestem realistą” – odparłem.

„Jesteś tchórzem” – odpowiedział spokojnie. „Negocjacji nie zaczyna się od kompromisu”.

„Dlaczego tak na mnie naciskasz?” – wybuchnęłam. „Dlaczego nie możesz się po prostu cieszyć, że dobrze mi idzie? Zachowujesz się, jakbym była żołnierzem, a nie człowiekiem”.

Elliot patrzył na mnie przez długi, ciężki moment.

„Przez lata twoja matka myliła miłość z ucieczką” – powiedział cicho. „Myślała, że ​​kochanie cię oznacza chronienie cię przed wszystkim, co trudne. Chciała być twoją przyjaciółką. Chciała, żebyś ją polubił. A ponieważ nie naciskała na ciebie, pozostawiła cię bezbronnym”.

Pochylił się do przodu.

„Nie popełnię tego błędu, Morgan. Nie obchodzi mnie, czy mnie lubisz. Nie obchodzi mnie, czy uważasz mnie za surową. Moim zadaniem nie jest uszczęśliwianie cię dzisiaj. Chodzi o to, żebyś za dziesięć lat była zbyt silna, żeby ktokolwiek mógł cię ponownie odrzucić. Nie wychowuję ofiary. Wychowuję ocalałą.”

Słowa te uderzyły mocniej, niż mógłby to zrobić krzyk.

Przedarłem listę bezpiecznych szkół na pół.

„Dobrze” – powiedziałem. „Zgłoszę się do najwyższej kategorii. Ale jeśli mnie odrzucą, będziesz musiał mi kupić samochód”.

„Samochód to wartość tracąca na wartości” – powiedział. „Jeśli cię odrzucą, kupię ci lekcję odporności”.

Złożyłem podanie.

Najpierw przyszły listy odmowne, cienkie koperty, zaczynające się od: „ Z przykrością informujemy…”. Elliot nie pozwolił mi się pogrążyć. Odłożył je i poszedł dalej.

Aż tu nagle, w deszczowy marcowy wtorek, przyszła gruba koperta z uniwersytetu oddalonego o trzy tysiące mil — jeden z najlepszych programów w kraju, rygorystyczny program nauczania z zakresu ekonomii i jednocyfrowy wskaźnik przyjęć.

Trzymałam go na korytarzu, nagle bojąc się go otworzyć.

Elliot przechodził obok, zobaczył kopertę i zatrzymał się.

„Otwórz” – powiedział.

Zerwałem pieczęć.

“Gratulacje…”

Kolana prawie się pode mną ugięły. Spojrzałem w górę, szczerząc się jak idiota.

„Dostałem się” – powiedziałem. „Naprawdę się dostałem”.

Czekałem na wielką reakcję. Uścisk. Dumną przemowę.

Elliot spojrzał na list, potem na mnie.

Skinął głową raz.

„Dobrze” – powiedział.

I to było wszystko. Żadnej imprezy. Żadnych balonów.

Ale kiedy poszłam do swojego pokoju i przypięłam list obok pierwszego sztywnego harmonogramu, który dał mi dwa lata wcześniej, uświadomiłam sobie coś.

Nie był zaskoczony.

Przyjrzał się danym i uznał, że jest to logiczny wynik.

Dla niego to nie był cud.

To był wynik.

I gdzieś w tym chłodnym rachunku zrozumiałem: to była jego wersja wiary we mnie.

CZĘŚĆ 3

Dyplom z tej prestiżowej uczelni przyszedł w sztywnej tekturowej tubie. Nigdy go nie oprawiłem.

Elliot nie uważał za stosowne eksponowanie starych zwycięstw.

Wierzył w użyteczność obecnej sytuacji.

Cztery dni po ukończeniu studiów wróciłam do Massachusetts i zaczęłam pracę w Black Harbor Defense Group — nie jako księżniczka obejmująca tron, lecz jako młodszy analityk ds. zgodności.

Noszenie nazwiska założyciela na identyfikatorze było obciążeniem. Malowało tarczę na moich plecach. Elliot to wyraźnie zaznaczył.

„Zaczniesz od dołu” – powiedział. „Jeśli nie będziesz użyteczny, nie zostaniesz”.

Pracowałem więc w boksie, w którym unosił się delikatny zapach recyklingowanego powietrza i elektroniki, a moje raporty należały do ​​kierownika średniego szczebla o imieniu David, który był wobec mnie dwa razy surowszy niż ktokolwiek inny – bo bał się, że zostanie uznane za osobę traktującą w specjalny sposób bratanicę szefa.

Poznałem architekturę kontraktów rządowych, gęsty, nudny język klauzul odpowiedzialności i chłodną matematykę ryzyka.

Black Harbor nie sprzedawał broni.

Sprzedawaliśmy cyfrowe twierdze.

Chroniliśmy dane banków, systemów opieki zdrowotnej i wykonawców zamówień obronnych. Sprzedawaliśmy spokój ducha ludziom, którzy mieli bardzo cenne tajemnice.

Świat Elliota nie był czysty w sensie moralnym. Wyglądał sterylnie, ale pod spodem kryła się cicha przemoc. Zagrożenia nie stanowili ludzie z łomami i maskami. Byli to mężczyźni we włoskich garniturach, próbujący zakopać truciznę w umowach fuzji. ​​Byli to „partnerzy strategiczni”, którzy zawaliliby spółkę zależną tylko po to, by zbić dwa punkty z ceny naszych akcji.

Obserwowałem, jak Elliot radził sobie z nimi z tą samą spokojną precyzją, z jaką zajmował się harmonogramem kolacji. Mówił cicho. Nigdy nie groził, nie będąc gotowym natychmiast spełnić groźby.

Ale największe zagrożenie nie czyhało w sali konferencyjnej.

Został zakopany w kłodach.

Pewnego deszczowego wtorku w listopadzie audytowałem logi dostępu do serwerów naszych klientów pierwszego poziomu. Przewinęły się tysiące linijek danych: automatyczne sondy pingujące nasze zapory sieciowe, nieszkodliwe cyfrowe zakłócenia.

Potem coś zobaczyłem.

Seria nieudanych prób logowania, wszystkie wymierzone w ścieżkę administracyjną naszego archiwum legacy. To samo w sobie nie było niczym niezwykłym. Hakerzy szarpali za klamki każdego dnia.

Zatrzymałem się na chwilę przy temacie pochodzenia.

Adresy IP przechodziły przez wirtualną sieć prywatną, ale sygnatury czasowe wskazywały na fizyczne źródło na Północnym Zachodzie Pacyfiku — a konkretnie na klaster miast na obrzeżach Seattle.

Seattle.

Moja mama ciągle mówiła o Seattle, kiedy byłem dzieckiem. To było jej wymarzone miasto, miejsce, do którego, jak mówiła, uciekała, gdy życie w Massachusetts stawało się „zbyt ciasne”. To była jej ziemia obiecana, gdy wszystko szło źle.

Przeprowadziłem głębsze śledztwo.

Próby były nieporadne i desperackie – nie były dziełem państwa ani wyrafinowanej grupy przestępczej. Wykorzystali podstawowe narzędzia do odgadywania haseł, dostępne w każdym sklepie internetowym. Czuło się to osobiście. Jakby ktoś szarpał zamek, licząc na szczęście.

Wydrukowałem dzienniki i zaniosłem je do biura Elliota.

Jego asystent poszedł do domu. Światła w biurze były przyćmione, a panorama Bostonu jaśniała za szybą.

„Znalazłem coś” – powiedziałem, kładąc strony na jego biurku.

Odwrócił się powoli. Wyglądał na zmęczonego w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem, garnitur luźniej wisiał mu na ramionach. Przejrzał wydruk.

Jego wzrok zatrzymał się na danych dotyczących lokalizacji.

Na ułamek sekundy jego maska ​​opadła. Zobaczyłem, że rozpoznał.

Potem jego twarz zdrętwiała.

„To tylko scenariusz, Kitty” – powiedział, używając starego pseudonimu, który nadał mi, gdy miałam szesnaście lat. Wrzucił strony do niszczarki. „Przypadkowy serwer w stanie Waszyngton został zainfekowany. Hałas”.

„To nie jest przypadek” – argumentowałem. „Trafiają do archiwum legacy. Do folderów z zasobami osobistymi. I to dokładnie stamtąd, gdzie zawsze mówiła, że ​​chce trafić”.

„Nie goń duchów, Morgan” – powiedział. „To marnotrawstwo zasobów. Skup się na audycie”.

Odwrócił się z powrotem do okna i mnie odprawił.

Ale widziałem napięcie w jego ramionach.

On kłamał.

Tydzień później dostałem potwierdzenie.

Został wezwany na pilne posiedzenie zarządu i zostawił drzwi do biura otwarte – rzadkie przeoczenie. Potrzebowałem podpisu, więc wszedłem do środka.

W pokoju było czuć ciężar jego obecności.

Za jego biurkiem stała kredens z rzędem szafek na dokumenty. Wszystkie były zamknięte na klucz.

Z wyjątkiem jednego.

Jedna z szuflad była otwarta na cal.

Otworzyłem je.

Wewnątrz znajdowały się czarne foldery, każdy oznaczony kodem alfanumerycznym, z wyjątkiem jednego.

Czerwony folder.

Etykieta została napisana pogrubionymi, wielkimi literami.

PAULA – NIE OTWIERAĆ BEZ PORADY

Serce waliło mi jak młotem. Sięgnęłam po niego.

„Nie.”

Jego głos dochodził zza drzwi.

Odskoczyłam, jakbym się poparzyła i odwróciłam się.

Elliot stał tam, nie zły, tylko głęboko rozczarowany.

Pokonał dzielącą go odległość, zamknął szufladę i zamknął ją na klucz.

„Ciekawość bez dyscypliny to obciążenie” – powiedział. „Wiesz, że ona gdzieś tam jest” – nalegałem. „Te próby logowania – to była ona albo ktoś jej pomagał. Próbuje dowiedzieć się, ile jesteś wart”.

Nie zaprzeczył.

„Próbuje od lat” – powiedział. „E-maile. Prawnicy. Zgadywanie haseł. Szukanie słabego punktu”.

„Dlaczego mi nie powiedziałeś?” – zapytałem. „Jestem dorosły. Pracuję tu. Mam prawo wiedzieć”.

„Masz prawo do ochrony” – powiedział. „Informacja nie jest prawem. To narzędzie. Do dziś ta informacja tylko cię rozpraszała”.

Stuknął w zamkniętą szufladę.

„Jeśli ona kiedykolwiek wróci” – powiedział twardym głosem – „będziesz potrzebował faktów, a nie uczuć. Dat, datowników, wyciągów bankowych, precedensów prawnych. Ta teczka to nie pamiętnik. To arsenał. A arsenału nie otwiera się, dopóki nie wybuchnie wojna”.

Wyciągnął formularz zgody.

„A teraz dokument?”

Podałem mu to. Podpisał bez słowa.

Temat został zamknięty.

Ale dynamika między nami uległa zmianie.

Wiedział, że teraz na niego patrzę.

Wiedziałem, że się do czegoś przygotowuje.

Przez następne sześć miesięcy zaczął wysyłać mi kopie e-maili, które były znacznie powyżej mojego stanowiska. Zapraszał mnie na spotkania ze strategicznymi partnerami i bez ostrzeżenia prosił o ocenę.

„Morgan, jaka tu jest odpowiedzialność?”

Czasem trafiałem w sedno. Czasem się potykałem. A kiedy już, nie poprawiał mnie publicznie. Czekał, aż wsiedliśmy do samochodu i analizował moje błędy z chirurgiczną precyzją.

W miarę jak rosły moje obowiązki, Elliot zdawał się kurczyć.

Przestał dojadać obiady, odsuwając na wpół zjedzone sałatki. Zaczął nosić cienkie swetry pod garniturami, jakby nie mógł się rozgrzać, nawet przy włączonym ogrzewaniu.

Potem nadeszły pominięte poranki.

Elliot nigdy nie opuszczał pracy. Widziałem go w czasie zamieci i przerw w dostawie prądu. Teraz zdarzały się dni, kiedy nie pojawiał się przed dziesiątą.

Jego kalendarz był wypełniony nieokreślonymi „prywatnymi spotkaniami”, które trwały godzinami.

Próbowałem ignorować strach.

Aż nie mogłem.

Pewnego wieczoru wszedłem do jego biura z raportem kwartalnym.

Siedział przy biurku, wpatrując się w pusty monitor, z jedną ręką przyciśniętą do brzucha. Twarz miał szarą, a szczękę zaciśniętą z niewidzialnego bólu.

„Elliot?” zapytałem cicho.

Wzdrygnął się i wyprostował, ale za wolno. Już to widziałem.

„Jesteś chory” – powiedziałem. To nie było pytanie.

Otworzył usta, gotowy mnie zignorować, ale powstrzymał się.

Spojrzał na mnie – naprawdę spojrzał na kobietę, którą ściągnął z krawężnika i odwrócił się w stronę osoby stojącej przed nim.

„Jest pewna oś czasu” – powiedział w końcu.

„Jaka oś czasu?” zapytałem, podchodząc bliżej.

„Trzustka” – powiedział. „Zanim ją znaleźli, możliwości były ograniczone”.

To słowo uderzyło jak lód.

Trzustka.

„Jak długo?” zapytałem, starając się zachować spokojny głos.

„Sześć miesięcy” – powiedział. „Może osiem, jeśli będę uparty”.

Chciałem krzyczeć. Rozbić schludne szklane ściany jego biura.

Po tym wszystkim miał zamiar odejść. Ta jedyna osoba, która została, i tak zostanie zabrana.

„Możemy iść do specjalisty” – wyrzuciłem z siebie. „W Zurychu są badania kliniczne, nowe protokoły – mamy pieniądze, możemy…”

„Morgan” – powiedział cicho, unosząc rękę. „Nie gonimy za cudami. To hazard emocjonalny. Szanse są szansami”.

Podniósł się na nogi, opierając się o biurko, jakby ten czyn kosztował go więcej, niż kiedykolwiek chciałby przyznać.

„Nie spędzę ostatnich sześciu miesięcy w szpitalach tysiące kilometrów stąd” – powiedział. „Mam pracę do wykonania. Majątek do zabezpieczenia. Firmę do ochrony. I ciebie”.

Spojrzał mi w oczy.

„Jeszcze nie jesteś gotowy” – powiedział. „Jesteś bardzo zdolny. Ale brakuje ci sił. Mamy sześć miesięcy na dokończenie twojego szkolenia. Musimy wgrać do twojej głowy dwadzieścia lat doświadczenia, zanim skończy się czas”.

Ścisnęło mnie w gardle.

“I-”

„Nie” – wtrącił. „Żadnych targów. Planujemy najgorsze jak profesjonaliści. Sprawdzamy każdą lukę. Uszczelniamy każdą szczelinę. A kiedy mnie już nie będzie, ta teczka w szufladzie będzie jedyną bronią, jakiej kiedykolwiek będziesz potrzebować”.

Usiadł z powrotem i włączył komputer.

„Wyświetl tabele podziału funduszy powierniczych” – powiedział. „Dziś wieczorem restrukturyzujemy prawa wyborcze”.

Otarłem oczy grzbietem dłoni.

Potem przysunąłem krzesło.

„Który plik?” zapytałem.

Zabraliśmy się do pracy.

Rak rozwijał się szybko.

Ale Elliot działał szybciej.

Osiedle Ravenport przestało przypominać rezydencję, a stało się centrum dowodzenia. W salonie nie było łóżek szpitalnych, nie było szeptanych rozmów o „środkach zapewniających komfort”.

Elliot odmówił przekształcenia swojego sanktuarium w szpital.

Zamiast tego stół w jadalni stał się miejscem realizacji najtrudniejszej fuzji, z jaką kiedykolwiek miał do czynienia: przeniesienia jego życia do mojego.

Sprowadził kawalerię.

Marvin praktycznie wprowadził się do pensjonatu. Dołączyła do niego biegła księgowa oraz specjalistka ds. nieruchomości o imieniu Sarah, która opowiadała o śmierci tak, jak agent turystyczny opowiada o lotach przesiadkowych.

Pracowali po dwanaście godzin dziennie, napędzani czarną kawą i bezwzględnymi wymaganiami Elliota.

Nazwał to „redundancją”.

„W inżynierii redundancja oznacza systemy zapasowe, które uruchamiają się w przypadku awarii systemu głównego” – powiedział mi pewnej nocy cienkim, ale pewnym głosem. „Teraz ja jestem systemem głównym. Ty jesteś systemem zapasowym. Pilnuję, żeby po przeniesieniu obciążenia nie doszło do awarii”.

Ćwiczyliśmy scenariusze przez wiele godzin.

Siedział owinięty w wełniany koc, jego skóra była woskowata, a oczy nadal bystre.

„Scenariusz czwarty” – wychrypiał. „Moja śmierć trafia do wiadomości. Akcje spadają o piętnaście procent. Akcjonariusz mniejszościowy składa wniosek o wotum nieufności wobec pana nominacji. Wniosek?”

„Wydaję oświadczenie potwierdzające, że plan sukcesji został złożony dwa lata temu” – odpowiedziałem bez wahania. „Osobiście dzwonię do trzech największych inwestorów instytucjonalnych. Przypominam akcjonariuszowi mniejszościowemu, że jeśli zakłócą działalność, możemy rozwodnić jego udziały w kolejnej emisjach kapitału”.

„Dobrze” – powiedział, zamykając na chwilę oczy. „Scenariusz piąty. Jakiś portal internetowy publikuje artykuł, że zmusiłeś mnie do podpisania testamentu. Sugerują, że nie byłem kompetentny”.

„Upubliczniam nagranie wideo z oświadczeniem twoich lekarzy potwierdzającym ich zdolność umysłową” – odpowiedziałem. „Wnoszę pozew o zniesławienie. Nie będę udzielał więcej komentarzy prasie”.

Powtarzał mi to tak długo, aż odpowiedzi przychodziły automatycznie, aż reagowanie na kryzysy stało się odruchem.

Najtrudniejsza sesja nadeszła jednak we wtorek, gdy deszcz walił w okna sięgające od podłogi do sufitu, a pozostali rozeszli się do domów.

Byliśmy tylko my.

Na kolanach miał czarny segregator, gruby i zniszczony.

„Przygotowaliśmy się na wrogów w biznesie” – powiedział cicho. „Teraz przygotowujemy się na wrogów osobistych”.

Otworzył segregator.

„Myślisz, że twoja matka po prostu odeszła” – powiedział. „Opowiadasz sobie historię o tym, jak odeszła i o tobie zapomniała. To łatwiejsze niż prawda”.

Poczułem ucisk w klatce piersiowej.

„Jaka jest prawda?” zapytałem.

„Ona nie zapomniała” – powiedział. „Negocjowała”.

Przesunął segregator w moją stronę.

W środku znajdowały się e-maile.

Dziesiątki.

Od razu rozpoznałem ten adres. To był ten sam, pod którym pisałem i dzwoniłem przez tygodnie po jej zniknięciu, zostawiając wiadomości głosowe, na które nikt nie odpowiadał.

Spojrzałem na daty.

Pierwszy e-mail wysłałam trzy tygodnie po tym, jak mnie zostawiła.

Elliot, powiedział. Wiem, że ją masz. Wiem, że grasz bohatera. Jeśli chcesz dalej grać bohatera, będzie cię to kosztować. Mam znajomych w prasie, którzy chętnie posłuchają, jak brat-miliarder pozwolił swojej siostrze zgnić, ukradł jej córkę. Potrzebuję 10 tysięcy dolarów przelewu do piątku.

Poczułem skurcz w żołądku.

Ona nie zaginęła.

Ona obserwowała.

Sześć miesięcy później: Niedługo kończy osiemnaście lat. Jeśli nie chcesz, żebym pojawił się na jej uroczystości wręczenia dyplomów i zrobił awanturę, potrzebuję samochodu. Dobrego.

Lata tego.

Wywoływanie poczucia winy. Groźby. Żądania.

Ona nie była złamana.

Była transakcyjna.

„Zapłaciłeś jej?” – zapytałem, ledwo mogąc wykrztusić słowa.

„Ani centa” – powiedział stanowczo. „Jeśli raz zapłacisz komuś, żeby przestał szkodzić, będziesz płacić do końca życia. Nigdy nie odpowiedziałem. Nigdy nie negocjowałem. Ale zapisałem wszystko. Każdego maila. Każdy znacznik czasu. Każdy adres IP”.

Wskazał na segregator.

„To nie tylko historia” – powiedział. „To amunicja. Ona wierzy, że ma prawo do mojego majątku, bo jest moją siostrą. Wierzy, że ma prawo do ciebie, bo cię urodziła. To dowodzi, że zrzekła się tych praw w chwili, gdy tylko je wyceniła”.

Zamknęłam segregator i poczułam się pusta.

Ostatnia mała, głupia nadzieja, że ​​może jest zbyt uszkodzona, by zostać… rozwiała się.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

9 oznak nietolerancji glutenu, które każdy powinien znać

Częste próchnice, ból zębów lub kruche szkliwo? Jeśli dbasz o higienę jamy ustnej, objawy te mogą być związane ze słabym ...

Leave a Comment