Wyciągnąłem rękę, gotowy powitać nowego prezesa. Kiedy to zrobiłem, prezes prychnął: „Nie podaję ręki młodszemu personelowi”. Ludzie chichotali, podczas gdy kamery kręciły dalej. Zachowałem spokój, spojrzałem mu w oczy i powiedziałem: „Więc właśnie przegrałeś kontrakt wart 2,5 miliarda dolarów”. – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Wyciągnąłem rękę, gotowy powitać nowego prezesa. Kiedy to zrobiłem, prezes prychnął: „Nie podaję ręki młodszemu personelowi”. Ludzie chichotali, podczas gdy kamery kręciły dalej. Zachowałem spokój, spojrzałem mu w oczy i powiedziałem: „Więc właśnie przegrałeś kontrakt wart 2,5 miliarda dolarów”.

Kapitał poza stołem.

Dla mnie to nie było teoretyczne.

Wynikało to z doświadczenia.

Dwa lata wcześniej zobowiązaliśmy się do realizacji mniejszej transakcji — zastrzyku kapitału w wysokości sześciuset milionów dolarów dla regionalnej firmy infrastrukturalnej.

Wyglądało czysto.

Było nudno, dokładnie tak, jak lubią to inwestorzy.

Kobza.

Kontrakty drogowe.

Długoterminowe relacje municypalne.

Ufałem ich prezesowi.

Delegowałem więcej zadań, niż powinienem, mojemu zastępcy, facetowi o imieniu Mike, który był błyskotliwy, żądny wiedzy i aż za bardzo chciał wierzyć ludziom, gdy mówili mu to, co chciał usłyszeć.

Następnie, na trzy dni przed zamknięciem transakcji, upubliczniono nagranie wideo.

Przewodniczący strofuje pracownika linii produkcyjnej na oczach całego ratusza.

Nazywając go śmieciem, którego można zastąpić.

Śmiejąc się, gdy inni się śmiali.

Nawet nie słowa zrobiły na mnie największe wrażenie.

To był pokój.

Ludzie w ten sposób unikali kontaktu wzrokowego.

To był sposób, w jaki niektórzy menedżerowie się uśmiechali, jakby byli wdzięczni, że to upokorzenie nie było wymierzone w nich.

Chodziło o to, jak swobodnie czuł się przewodniczący, jakby okrucieństwo było przywilejem jego stanowiska.

Nadal jesteśmy zamknięci.

Nie powinniśmy byli tego robić.

W ciągu sześciu miesięcy ten klip znalazł się w negocjacjach każdego związku zawodowego, w tylnej kieszeni każdego regulatora, w teczkach każdego dziennikarza.

W końcu otrzymaliśmy zwrot pieniędzy.

Ale nakład czasu, energii i nieustanne debaty nad reputacją nie były warte wskaźnika IRR wyrażonego na papierze.

Obiecałam sobie, że to się więcej nie powtórzy.

Jeśli miałem zainwestować miliardy w firmę, potrzebowałem czegoś więcej niż tylko czystych liczb.

Musiałem zobaczyć, jak zachowują się ludzie na stanowiskach kierowniczych, gdy uważają, że nikt ich nie obserwuje.

Dlatego wbito pazury.

Dlatego nalegałem, żeby osobiście wziąć udział w posiedzeniu zarządu Northbridge.

Chciałem zobaczyć je z bliska.

Chciałem, żeby mnie zobaczyli.

Mieli inny pomysł.

Zaproszenie przyszło oficjalnymi kanałami.

Formalny e-mail.

Formalny porządek obrad.

Sesja strategiczna zarządu i ogłoszenie o zmianie prezesa.

Lokalizacja: główna sala konferencyjna w Northbridge.

Uczestnicy: Rada Dyrektorów, nowy dyrektor generalny, wybrani dyrektorzy wyższego szczebla, przedstawiciel Pelion Ridge Capital.

Nie umieścili mojego nazwiska na zaproszeniu.

W tekście widniał napis: „Przedstawiciel Pelion Ridge nie został jeszcze ujawniony”.

Zauważyłem to.

Moi partnerzy również.

„Jesteś pewien, że chcesz jechać osobiście?” – zapytał mój wspólnik Sam. „Wyślij wiceprezesa. I tak tego oczekują”.

Sam miał taki głos, że zawsze brzmiał, jakby spał osiem godzin, nawet jeśli tak nie było.

Zaczynał w nowojorskiej bankowości, potem w branży kapitału prywatnego, a potem znudziło go udawanie, że cokolwiek z tego jest szlachetne.

Był moją przeciwwagą.

Ja byłem sztywny, on był pragmatyczny.

Gdy ja siedziałem cicho, on potrafił namówić kogoś, żeby zostawił swoje ego za drzwiami.

Ale na własnej skórze przekonał się, że niektóre pokoje nie mają wystarczająco dużych drzwi.

„Jestem pewien” – powiedziałem.

Już raz delegowałem.

Wiedziałem, jak to się skończy.

I był jeszcze jeden powód, dla którego nie powiedziałem tego na głos.

Chciałem, żeby pokazali mi, kim są, kiedy uważają, że „prawdziwych pieniędzy” jeszcze w pokoju nie ma.

Jeśli mogli traktować domniemanego pracownika jak dodatek pod kamerami, to jak to wyglądało w kontekście tego, co robili, gdy kamery były wyłączone?

Rano w dniu spotkania wylądowałem, przebrałem się w poczekalni na lotnisku i wsiadłem do samochodu, który pojechał prosto do szklanej hali targowej Northbridge w centrum miasta.

Kierowca za dużo mówił.

Ruch był tak duży, że każdy czuł się ważny, jakby jego niecierpliwość była odznaką.

Za oknem miasto wyglądało na wypolerowane.

W środku samochodu skóra pachniała czymś, co miało udawać luksus.

Przyglądałam się swojemu odbiciu w szybie i starałam się, aby mój wyraz twarzy był neutralny.

Żadnego gniewu.

Bez oczekiwań.

Po prostu gotowość.

Hol był cały z marmuru, stali i ekranów.

Symbol kursu akcji na jednej ze ścian.

Na innym zdjęciu widoczny jest film promocyjny przedstawiający uśmiechniętych pracowników oraz ujęcia magazynów wykonane dronem.

Rodzaj brandingu, który próbuje zastąpić zaufanie efektownym ruchem.

Recepcjonistka obdarzyła mnie wymuszonym uśmiechem.

„Witamy w Northbridge. Jak się nazywasz?”

„Aaron Price” – powiedziałem. „Przyszedłem na posiedzenie zarządu”.

Jej dłonie zatrzymały się na chwilę nad klawiaturą.

Potem napisała.

Pauza była subtelna, ale nauczyłem się je zauważać.

To nie była niepewność.

To była rekalibracja.

Oczywiście, panie Price – powiedziała. – Przyjdzie ktoś z działu relacji inwestorskich.

Relacje inwestorskie.

Nie jest to biuro zarządu.

Ciekawy.

Mój telefon zawibrował raz.

Wiadomość od Sama.

„Pamiętaj: nie jesteś nikomu nic winien.”

Nie odpowiedziałem.

Nie było mi to potrzebne.

Kilka minut później podszedł facet w za obcisłym garniturze i za jaskrawym krawacie.

„Panie Price? Jestem Dylan. Odprowadzę pana na górę.”

Jego uścisk dłoni był wilgotny.

Jego uśmiech był pełen zapału.

Typ faceta, który uważa, że ​​bliskość władzy jest tym samym, co jej posiadanie.

Rozmawialiśmy o niczym w windzie.

Zapytał o mój lot.

Zapytałem o frekwencję.

„Wielki dzień” – powiedział, wymuszając entuzjazm. „Wiele oczu na to patrzy”.

„Jaki nastrój panuje na górze?” zapytałem.

Zawahał się.

Następnie wybrał pewną odpowiedź i miał nadzieję, że okaże się słuszna.

„Chętny” – powiedział w końcu. „I niespokojny”.

Drzwi otworzyły się na piętro kierownicze.

Miększy dywan.

Cichsze korytarze.

Dylan oprowadził mnie po oprawionych fotografiach przedstawiających byłych dyrektorów generalnych ściskających dłonie dygnitarzom, przecinających wstęgi, stojących przed obiektami, które już do nich nie należały.

To było muzeum pożyczonych momentów.

Zatrzymaliśmy się przed podwójnymi szklanymi drzwiami.

Nad nimi zamontowano dwie kamery.

Na razie zgaszone czerwone światła.

„Do transmisji internetowej” – powiedział Dylan, widząc, że podnoszę wzrok. „Przywódcy chcą dziś przejrzystości”.

Pomyślałem o tym zapisie.

„Dobrze” – powiedziałem.

Wnętrze sali konferencyjnej wyglądało tak, jakby ktoś zamówił w katalogu odnoszącą sukcesy firmę.

Długi polerowany stół.

Skórzane krzesła z wysokim oparciem.

Cała szklana ściana z widokiem na miasto.

Przeciwległa ściana wyłożona dużymi ekranami, już przygotowanymi do wyświetlania slajdów.

A w kącie, na kredensie: kwiaty.

Białe lilie.

Eukaliptus.

Taki sam układ widziałem na fakturze, którą Pelion Ridge otrzymało, gdy zgodziliśmy się zasponsorować poczęstunek i dekoracje na imprezę.

Poprosili mnie, żebym przyniósł je po przyjeździe.

Nie dlatego, że to miało znaczenie.

Ponieważ chcieli zobaczyć, kto to zrobi.

„Chcieli wyglądać ciepło” – powiedział cicho Dylan, podając mi je.

Ciepło nie było słowem, którego użyłbym do opisania tego, co nastąpiło później.

Przewodniczącym zarządu był mężczyzna o nazwisku Gerald Lang.

Początek lat sześćdziesiątych.

Elegancki garnitur.

Bardziej wyrazisty uśmiech.

Lubił mówić o sobie, że jest człowiekiem starej daty.

Inni ludzie nazywali go inaczej, gdy go nie było w pokoju.

Spotkaliśmy się kiedyś krótko podczas wcześniejszej sesji due diligence.

Może siedem minut.

Za mało czasu, żeby zapamiętał moją twarz.

Za dużo czasu minęło, żebym o nim zapomniał.

Gdy wszedłem do sali konferencyjnej, kilka osób już siedziało.

Gerald na czele stołu.

Dwóch reżyserów po jego prawej stronie, jeden po lewej.

Ethan — przyszły dyrektor generalny — siedzi mniej więcej w środku i przegląda wydrukowane dokumenty.

Zespół ds. komunikacji pracuje w tle i zajmuje się transmisją na żywo.

Czerwone światło na jednej z kamer zapaliło się natychmiast po tym, jak przekroczyłem próg.

To Gerald pierwszy zauważył kwiaty, nie ja.

„Aha” – powiedział. „Idealnie. Połóż je na kredensie”.

„Mogę je zatrzymać” – powiedziałem. „Zostały mi przysłane”.

Lekko zmarszczył brwi, po czym zignorował tę wiadomość.

„Dobra, dobra” – powiedział, odwracając się do stołu. „Zaraz zaczynamy”.

Dylan cicho zniknął w głębi sali.

Nikt mnie nie przedstawił.

Nikt nie zapytał mnie o imię.

Nikt nie powiedział: „To jest partner zarządzający firmy, która zapewniła nam największą transzę kapitału”.

Zobaczyli kwiaty w mojej dłoni, nie było tabliczki z nazwiskiem przede mną, nie było żadnej znajomej twarzy z ich zwykłych bankowych rachunków i zdecydowali, kim jestem.

Personel pomocniczy.

Rekwizyt.

Ktoś, kto zajmie puste krzesła dla optyka.

Mogłem je poprawić.

Mógłbym podejść do szczytu stołu i powiedzieć: „Patrzysz na swoje pieniądze”.

Ale wtedy nie nauczyłbym się tego, czego potrzebowałem.

Więc obszedłem stół i podszedłem do Ethana.

Spojrzał w górę, gdy się zbliżyłem.

Już w pierwszej sekundzie, w której spojrzysz komuś w oczy, możesz wiele powiedzieć o nim.

Oczy Ethana nie były okrutne.

Nie byli aroganccy.

Byli zmęczeni.

Zmęczony w sposób, który sugerował, że był szkolony, przygotowywany, szlifowany i przypominano mu – raz po raz – że w tym pokoju są ludzie, którzy mogliby zrobić z niego bohatera lub przestrogę.

Położyłam kwiaty na krawędzi stołu, uwolniłam rękę i wyciągnęłam ją.

„Witamy w Northbridge” – powiedziałem. „Jestem Aaron”.

I wtedy Gerald postanowił zrobić show.

„Nie podaję ręki pracownikom niższego szczebla” – powiedział do mikrofonu.

A pokój zrobił to, co robią pokoje, gdy ktoś potężny sygnalizuje, że okrucieństwo jest akceptowalne.

Niektórzy się śmiali.

Niektórzy zamarli.

Niektórzy odwracali wzrok.

A jeden człowiek — nowy dyrektor generalny — wybrał milczenie.

To był pierwszy koszt.

Nie chodzi o pieniądze.

Pierwszy koszt był dowodem.

Bo oto czego ludzie nie rozumieją w klauzulach takich jak moja.

Uważają, że są zagrożeniem.

Uważają, że to teatr negocjacji.

Myślą, że to coś, co zapisujesz, żeby poczuć się pewniej, a potem ignorujesz, gdy nadchodzi odpowiedni moment, bo pieniądze to pieniądze, a interesy to interesy.

Ale taka klauzula nie ma nic wspólnego z twardością.

Chodzi o to, żeby mieć kręgosłup.

Chodzi o to, żeby zapisać swoją linię atramentem, dzięki czemu nie będziesz mógł udawać, że jej nie widziałeś, gdy ktoś ją przekroczy.

A Gerald nie przekroczył jej po prostu.

Złożył na nim swój podpis za pomocą mikrofonu.

Kiedy powiedziałem, że do rana zniknie dwa i pół miliarda, nie blefowałem.

Ale nie byłem też emocjonalny.

Nie chciałem zemsty.

Nie chciałem nikogo upokorzyć.

Chciałem zapobiec ryzyku zanim dojdzie do przerzutów.

Ponieważ dowiedziałem się czegoś o firmach, które mają kłopoty.

Nie ponoszą porażki z powodu jednego słabego kwartału.

Ponoszą porażkę, bo normalizują niewłaściwe rzeczy.

Normalizują arogancję.

Normalizują okrucieństwo.

Upowszechniają pogląd, że konsekwencje podlegają negocjacjom.

A gdy już ta normalizacja nastąpi, można przez lata inwestować w to pieniądze i ciągle obserwować, jak to gnije od środka.

Northbridge nie potrzebował nagłówka.

Potrzebowali pokory.

Potrzebowali dyscypliny.

Potrzebowali przywódców, którzy zrozumieliby, że każdy pracownik magazynu, każdy dyspozytor i każdy kontroler w zapleczu jest ważny.

Jeśli nie potrafili zachować szacunku w sali konferencyjnej, przed kamerami, to o czym świadczyło to, co robili w sytuacjach stresowych, gdy dzwonili dostawcy, gdy banki wprowadzały restrykcje, a rynek ich karał?

To mówiło wszystko.

Mimo to nie nacisnąłem spustu, gdy tylko Gerald się odezwał.

Nie dlatego, że wątpiłam w siebie.

Ponieważ chciałem sprawdzić, czy ktokolwiek w tym pokoju — ktokolwiek — zrobi to absolutne minimum.

Chciałem sprawdzić, czy Ethan go poprawi.

Chciałem sprawdzić, czy reżyser powie: „My tak nie postępujemy”.

Chciałem sprawdzić, czy dyrektor finansowy przerwie mi rozmowę i przeprosi.

Chciałem sprawdzić, czy zespół ds. komunikacji przerwie transmisję.

Chciałem sprawdzić, czy ktokolwiek rozumie, o co właściwie toczy się gra.

Zamiast tego starali się iść naprzód.

Próbowali utrzymać pokład w ruchu, tak jakby pęd mógł wymazać brak szacunku.

Próbowali traktować mnie jak hałas.

I to jest ta część, która nadal mnie śmieszy, choć wcale nie jest śmieszna.

Mieli właśnie nauczyć się najstarszej lekcji finansów.

Założenia kosztują krocie.

A arogancja jest założeniem.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Pij wodę z kminkiem codziennie, aby stracić tłuszcz z brzucha w 10 dni

1 szklanka gorącej wody (8 uncji) kminek – 1 łyżeczka 1 łyżeczka soku Miód cytrynowy – 1 łyżeczka Poranna rutyna: ...

Dlaczego jajka na twardo mają dziwny zielony pierścień wokół żółtka?

Unikanie przegotowania: Gotuj jajka przez odpowiednią ilość czasu (zwykle około 9-12 minut w przypadku jajek na twardo, w zależności od ...

Leave a Comment