„Wiesz o muzyce więcej, niż dajesz po sobie poznać” – zauważyłem.
„Czterdzieści trzy lata z Clarą” – przypomniał mi. „Niezliczone próby, występy, analizy pokoncertowe. Muzyka była naszym wspólnym językiem, choć ja uczestniczyłem w niej raczej jako słuchacz niż twórca”.
„Najważniejszy uczestnik każdego występu” – zauważyłem. „Bez słuchacza muzyka to po prostu wibrujące powietrze”.
Naszą rozmowę przerwało powiadomienie z mojego telefonu.
Kolejna wiadomość od Roberta.
Znów się martwię, mamo. Mało odzywasz się. Naprawdę wszystko w porządku? Bethany też próbowała dzwonić do domu opieki swojego ojczyma i powiedzieli, że jest na urlopie. Co się dzieje?
Pokazałem Arthurowi wiadomość, zauważając narastające zaniepokojenie.
„Wygląda na to, że nie czerpią zbyt dużej przyjemności ze swojego rejsu”.
„Dobrze” – powiedział Arthur z nutą satysfakcji. „Chociaż niepokoi mnie opis mojej sytuacji życiowej, jaki przedstawiła Bethy. Mieszkam w prywatnym domu spokojnej starości, a nie w domu opieki. Mieszkam w niezależnym domu z dodatkowymi usługami”.
„Kolejny przykład tego, jak przerabiają nasze życie, by dopasować je do swojej narracji” – zauważyłem, układając odpowiedź.
Wszystko jest absolutnie cudowne. Arthur zrobił na śniadanie naleśniki Dutch Baby, a ja grałam na pianinie cały ranek. Skończyliśmy zasłony i odmieniły one salon. Załączam zdjęcia.
Nie martwcie się dzwonieniem do domu Arthura. Przedłużyliśmy jego pobyt do wtorku. Bawimy się wspaniale.
Jeśli pogoda pozwoli, może po południu wybiorę się nad jezioro.
Dodałam zdjęcie naszego niedawno zasłoniętego i przearanżowanego salonu, starając się uwzględnić na tyle dużą zmianę, aby była zauważalna, ale nie ujawniała pełnego zakresu transformacji.
„Wtorek?” – zapytał Arthur, czytając mi przez ramię. „To dzień po ich planowanym powrocie”.
„Mała eskalacja” – wyjaśniłem. „Sugeruje, że czujemy się ze sobą tak dobrze, że wydłużyliśmy naszą umowę poza narzucony im termin”.
W jego uśmiechu malował się szczery podziw.
„Margaret Walsh, masz przebiegłą naturę, która wydaje mi się absolutnie zachwycająca”.
„Wielkie uznanie od twórcy naszej operacji psychologicznej” – odpowiedziałem, czując niespodziewany przypływ przyjemności na myśl o jego aprobacie.
„A skoro już o operacjach mowa” – powiedział Arthur, zerkając przez okno na pogodny jesienny dzień – „mówiłeś poważnie o tej jeździe nad jezioro? Minęły lata, odkąd widziałem jezioro Champlain, a pogoda wydaje się idealna”.
Ta sugestia mnie zaskoczyła.
Właściwie nie planowałem wyjścia. Wspomniałem o tym tylko po to, żeby uatrakcyjnić naszą opowieść o wygodnym towarzystwie.
Ale patrząc na złote promienie słońca wpadające przez nasze nowe zasłony, nagle pomysł wydał mi się niezwykle kuszący.
„Chętnie” – postanowiłam impulsywnie. „Liście wzdłuż drogi nadbrzeżnej powinny być o tej porze roku spektakularne”.
Twarz Artura rozjaśniła się szczerą radością.
„Doskonale. Chociaż muszę cię ostrzec – jestem okropnym pasażerem. Clara powiedziała, że mam niefortunną tendencję do udzielania nieproszonych rad nawigacyjnych.”
„Jestem pewna, że słyszałam gorsze rzeczy od czterdziestu lat spędzonych za kierownicą, gdy rodzice jechali na tylnym siedzeniu, grając na pianinie” – zapewniłam go, już w myślach planując trasę. „Zabierz sweter. Wiatr znad jeziora potrafi być o tej porze roku porywisty”.
Kiedy zbierałam swoje rzeczy na naszą spontaniczną przygodę, uświadomiłam sobie, jak naturalnie w ciągu zaledwie trzech dni przeszliśmy od niechętnych współlokatorów do chętnych towarzyszy.
Bez względu na to, jakie intencje miały nasze dzieci, kiedy nas ze sobą łączyły, nie mogły przewidzieć tak łatwego sojuszu — tej nieoczekiwanej zgodności między dwiema rzekomo trudnymi osobowościami.
Myśl ta wywołała uśmiech na mojej twarzy, gdy sięgnąłem po kluczyki do samochodu.
Być może prawdziwą zemstą nie byłoby wzbudzenie w nich zmartwienia, ale pokazanie im, jak bardzo przez cały czas mylili się co do nas.
Jezioro Champlain rozciągało się przed nami niczym płynne srebro, a na jego ogromnej powierzchni odbijało się czyste jesienne niebo niczym w lustrze.
Przejechaliśmy malowniczą trasę, wijącą się przez lasy rozświetlone kolorami późnej jesieni — Arthur udowodnił, że jest wierny swoim słowom, że jest spostrzegawczym pasażerem.
Jego komentarz był jednak mniej krytyką nawigacji, a bardziej świadomą oceną krajobrazu.
Wskazywał odległe szczyty górskie, mówił o szczególnie spektakularnych drzewach klonowych, dzielił się historycznymi anegdotami o miastach, przez które przejeżdżaliśmy.
„Brytyjczycy faktycznie ostrzelali ten port podczas wojny w 1812 roku” – zauważył, mijając małą wioskę nad zatoką. „Drobna potyczka, w dużej mierze zapomniana przez podręczniki historii, ale wciąż upamiętniona przez lokalne towarzystwa historyczne”.
Teraz siedzieliśmy na ławce nad brzegiem jeziora w Burlington Bay Park, otuleni kocami, by osłonić się przed porywistym wiatrem, który od czasu do czasu marszczył powierzchnię jeziora.
Zabrałam ze sobą mały termos z gorącą herbatą i trochę ciasteczek klonowych, które upiekłam przed wyjazdem. Podzieliliśmy się nimi, podczas gdy żaglówki przemykały w oddali niczym białe ptaki.
„Zapomniałem, jaki wspaniały jest ten widok” – powiedział Arthur, wpatrując się w odległe Góry Adirondack wznoszące się za jeziorem.
„Przyjechaliśmy tu z Clarą raz, podczas mojego semestru w Middlebury, chyba w 1987 roku. Wynajęliśmy małą żaglówkę, grubo przeceniliśmy nasze umiejętności żeglarskie i musieliśmy zostać uratowani przez rozbawionego strażnika parku, gdy wiatr niespodziewanie ucichł”.
Uśmiechnąłem się na myśl o tym obrazie – młodszy Arthur, mniej ograniczony fizycznie, ale prawdopodobnie równie uparty, zagubiony w towarzystwie swojej żony, muzyczki.
„James panicznie bał się wody” – odparłem. „Umiał pływać, ale naturalne zbiorniki wodne napawały go niewytłumaczalnym lękiem. Poszliśmy na kompromis, urządzając pikniki w punktach widokowych takich jak ten – wystarczająco blisko, by docenić piękno jeziora, i wystarczająco daleko, by uniknąć jego niebezpieczeństw”.
„Rozsądne rozwiązanie” – skinął głową Artur. „Udane małżeństwa wymagają takich dostosowań”.
„Tak” – zgodziłam się, przypominając sobie, jak łatwo James i ja pokonywaliśmy nasze różnice. Jak zbudowaliśmy życie, które szanowało zarówno jego potrzebę rutyny, jak i moje okazjonalne, impulsywne artystyczne zachcianki.
„Choć czasami zastanawiam się, czy nie pogodziłem się z nim za bardzo od czasu jego śmierci”.
Arthur lekko obrócił się w moją stronę, a jego wyraz twarzy wyrażał pytanie.
„Mam na myśli Roberta” – doprecyzowałam, pozwalając, by jego obawy wpływały na moje wybory bardziej, niż powinny – akceptując jego definicję tego, co jest odpowiednie dla kogoś w moim wieku.
„Stopniowa erozja autonomii” – powiedział Arthur ze zrozumieniem – „jest niemal niezauważalna, aż nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest zarządzany, a nie konsultowany”.
„Dokładnie to” – potwierdziłam, wdzięczna za precyzyjne sformułowanie tego, co czułam, ale z trudem to nazywałam. „I pozwoliłam na to, co jest chyba najbardziej frustrujące ze wszystkiego”.
„Samoobwinianie się niewiele da” – zauważył łagodnie Arthur. „Najważniejsze jest rozpoznanie schematu. Korygowanie kursu, póki jeszcze jest czas na wytyczenie nowego kierunku”.
W jego słowach nie było żadnego osądu, tylko praktyczna mądrość.
Zastanawiałem się, jakim był profesorem – prawdopodobnie wymagającym, ale sprawiedliwym, który zachęcał swoich studentów do większej jasności myślenia, nie umniejszając przy tym ich wysiłków.
„Co im powiesz?” – zapytałem po chwili komfortowego milczenia. „Kiedy wrócą i odkryją nasze małe oszustwo?”
Arthur rozważył pytanie, obserwując parę kajakarzy płynących wzdłuż brzegu poniżej nas.
„Myślę, że prawda jest taka, że sprzeciwialiśmy się manipulacjom, decyzjom podejmowanym w naszym imieniu bez konsultacji, że postanowiliśmy wyrazić swoją opinię za pomocą nieco teatralnych środków”.
„A o nas?”
Pytanie zrodziło się we mnie, zanim zdążyłem je w pełni sformułować.
„Że odkryliśmy nieoczekiwaną zgodność” – odpowiedział ostrożnie. „Że przeciwności losu – nawet sztucznie narzucone – potrafią tworzyć więzi między nieoczekiwanymi sojusznikami”.
„Przyjaźń” – dodałem, nazywając to, co rozwinęło się między nami w ciągu tych dziwnych, pełnych przemian dni.
„Rzeczywiście”. Uśmiechnął się, a jego wyraz twarzy ocieplił jego uczoną twarz. „Nieoczekiwany dar od kompletnie nieprzemyślanego machinacji matrymonialnej”.
Przez kilka minut siedzieliśmy w przyjemnej ciszy, obserwując grę świateł na wodzie i odległe góry stojące na straży ogromnego jeziora.
W końcu, zauważywszy, że Arthur lekko się trzęsie, mimo że miał na sobie gruby sweter, zaproponowałem, żebyśmy kontynuowali podróż do małej kawiarni w Charlotte, którą znałem. Oferowała ona wyśmienitą zupę, a z ogrzewanego ganku roztaczał się widok na jezioro.
Gdy ostrożnie wracaliśmy do mojego samochodu — Arthur opierał się na lasce jeszcze mocniej niż wcześniej — automatycznie dostosowałam swoje tempo do jego, podając mu rękę na wyjątkowo nierównym odcinku ścieżki.
Nie z troską kogoś, kto opiekuje się kruchym starszym człowiekiem, ale z naturalnym szacunkiem, jaki jeden przyjaciel okazuje drugiemu.
„Wiesz” – powiedział Arthur, gdy z powrotem zajęliśmy miejsca w samochodzie – „chyba pierwszy raz od śmierci Clary spędzam dzień poza domem, nie będąc nadmiernie świadomym swoich ograniczeń – nie czując się ciężarem ani niedogodnością dla osoby, która mi towarzyszyła”.
To proste wyznanie głęboko mnie poruszyło.
„Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł uważać waszą firmę za uciążliwą” – powiedziałem szczerze.
„W takim razie rzeczywiście masz ograniczoną wyobraźnię” – odparł, choć w jego tonie nie było goryczy, a jedynie ironiczne poczucie własnej wartości. „Jestem, jak niewątpliwie poinformowała cię Bethany, trudny i uparty. Te cechy nie czynią ze mnie idealnego towarzysza na wyprawy wymagające cierpliwości i dostosowania się”.
„Być może po prostu trafiłeś na niecierpliwych i nieelastycznych towarzyszy” – zasugerowałem, kierując się z powrotem na malowniczą trasę, która miała nas zaprowadzić do Charlotte.
Śmiech Artura był nieoczekiwany — był to autentyczny dźwięk zaskoczenia i zachwytu.
„Clara by cię uwielbiała” – oznajmił. „Zawsze oskarżała mnie o dobór niewłaściwych wskaźników do oceny dynamiki interpersonalnej”.
„To taki wymyślny sposób na powiedzenie, że źle oceniasz ludzi” – zażartowałem łagodnie.
„Właśnie to” – przyznał bez żadnej defensywy, jedynie z autoironią. „To nawyk, który przez całe życie starałem się wykorzenić”.
Kawiarnia w Charlotte wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem — to przebudowany wiktoriański dom z przeszklonym gankiem, z którego roztaczał się panoramiczny widok na jezioro.
Usiedliśmy przy stoliku w najlepszym miejscu w rogu, podano nam wyśmienitą zupę z dyni i świeży chleb, a następnie zostawiono nas w spokoju, aby mogli delektować się zarówno jedzeniem, jak i spektakularnym widokiem.
„Powinniśmy udokumentować tę wycieczkę” – zasugerował Arthur – „na potrzeby naszej bieżącej narracji”.
Zrozumiałem to natychmiast, sięgnąłem po telefon, żeby zrobić nam selfie na tle jeziora.
Arthur pochylił się lekko, jego białe włosy kontrastowały z moimi srebrzysto-siwymi.
Na naszych twarzach obojga malowała się szczera radość, a nie pozowane uśmiechy, typowe dla obowiązkowych zdjęć.
„Doskonale” – powiedział, przeglądając zdjęcie. „Wyślij je z odpowiednio niejednoznacznym podpisem”.
Napisałem nową wiadomość do Roberta.
Cudowny dzień spędzony na eksploracji jeziora z Arthurem. Wie tak wiele o lokalnej historii. Teraz delektujemy się zupą w Charlotte Bay Café. Nie ma potrzeby zaglądać tak często. Spędzamy razem cudowny czas. Takie nieoczekiwane połączenie. Postanowiliśmy, że Arthur zostanie do wtorku, bo tak bardzo cieszymy się swoim towarzystwem.
„Powtarzające się sformułowanie «nieoczekiwane połączenie» powinno ich całkowicie zaniepokoić” – zauważył z satysfakcją Arthur – „szczególnie w połączeniu z odniesieniem do dłuższego pobytu”.
„Za bardzo ci się to podoba” – zauważyłem, choć bez krytyki.
„Nie bawiłem się tak dobrze od czasu wystawienia Krzeseł Ionesco z prawdziwą powodzią w piwnicy teatru” – przyznał. „Jest coś wyjątkowo satysfakcjonującego w kontrolowanym chaosie i wynikających z niego objawieniach”.
Wracając do domu o zapadającym zmroku, zapadła między nami przyjemna cisza.
Arthur zdrzemnął się na chwilę – zajęcia tego dnia wyraźnie wystawiły jego wytrzymałość na próbę – ja zaś podążałem coraz ciemniejszymi drogami z pewnością siebie wynikającą z dawno już znanego mi miejsca.
To doświadczenie okazało się zaskakująco intymne — nie w sensie romantycznym, ale w cichym zaufaniu wspólnej wrażliwości.
Nie czuł potrzeby pozostawania czujnym czy angażowania się dla mojego dobra.
Nie czułam się zobowiązana do podtrzymywania rozmowy.
Po powrocie do domu kontynuowaliśmy wieczorną rutynę, którą jakimś cudem udało nam się wypracować w ciągu zaledwie kilku dni — Arthur parzył herbatę, a ja rozpalałam mały ogień w kominku w salonie, nieużywanym od miesięcy, ale teraz, w jakiś sposób, niezbędnym do zakończenia naszego wieczoru.
Usiedliśmy w nowo zaaranżowanej części wypoczynkowej, płomienie rzucały ciepłe światło na pomieszczenie, które dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi uległo przemianie.
„Sprawdzimy ich odpowiedź?” – zaproponował Arthur, wskazując na mój telefon, którego celowo nie dotykałam od momentu wysłania naszej ostatniej prowokacyjnej wiadomości.
Na ekranie wyświetliły się liczne powiadomienia: trzy nieodebrane połączenia i seria coraz bardziej zaniepokojonych wiadomości od Roberta i Bethany.
Wybrałem najnowsze.
Mamo, serio, co się dzieje? Niespodziewane połączenie, dłuższy pobyt. Ledwo znasz Arthura, a Bethany mówi, że potrafi być bardzo trudny. Martwimy się o ciebie. Proszę, zadzwoń jak najszybciej.
Pokazałem Arthurowi wiadomość, zauważając, że uniósł brwi, gdy usłyszał określenie „bardzo trudne”.
„Teraz naprawdę się martwią” – zauważyłem, czując kolejny przypływ poczucia winy. „Może posunęliśmy się już za daleko”.
„Być może” – przyznał Arthur. „Chociaż sugerowałbym jeszcze jedną, ostatnią, strategiczną komunikację, zanim ich uspokoimy”.


Yo Make również polubił
Prawdziwa gratin dauphinois
Masz osłabiony układ odpornościowy? Ten napój może go wzmocnić.
„Prosty yant’awix palca zalecany przez lekarzy – szybki sposób na sprawdzenie zdrowia” ukax mä jach’a uñacht’äwiwa.
7 oznak, że kobieta w związku jest manipulatorką