„Marcus” – powiedział, a jego głos brzmiał starzej niż w piątkowy wieczór.
„Dzień dobry” – powiedziałem.
„Widziałem… widziałem ten post” – powiedział, jakby nie mógł się zmusić, żeby powiedzieć „LinkedIn”.
„Ja też.”
„Nikomu nie powiedziałem” – powiedział szybko. „Przysięgam, że nie. To ci ludzie w Meridian. Oni…”
„Wiem” – powiedziałem. „Nie wiedziałeś”.
Chwila ciszy, gęsta.
„Co robimy?” zapytał.
Pytanie nie dotyczyło tylko wpisu. Chodziło o coś większego: o mężczyznę, który całe życie kontrolował percepcję, pytając syna, jak sobie radzić z percepcją, gdy ta mu umyka.
„Nie panikujemy” – powiedziałem. „Nie reagujemy. Radzimy sobie z tym”.
Tata przełknął ślinę. „Klub będzie wściekły”.
„Niektórzy tak”, przyznałem.
„I Meridian” – powiedział. „Ludzie już do mnie piszą. Asystent prezesa. Tom. Wszyscy.”
„Niech piszą SMS-y” – powiedziałem.
„Nie rozumiesz” – powiedział tata, trochę ostro, a potem złagodniał. „Nie… przepraszam. Rozumiesz. Po prostu… zawsze brzmisz, jakbyś się nie bał”.
Przez szybę mojego biura patrzyłem na inżynierów krzątających się po korytarzu z kubkami kawy w dłoniach i rozmawiających o testach systemowych, jakby od nich zależał cały świat.
„Obawiam się, że sporo” – powiedziałem cicho. „Po prostu nie pozwalam mu prowadzić”.
Tata wydał z siebie dźwięk, jakby wyrażał zgodę, a może ból. „Przewodniczący chce cię poznać” – powiedział.
„Oczywiście, że tak” – odpowiedziałem.
„I Marcusie” – dodał tata, ściszając głos – „przepraszam… jeszcze raz”.
„Słyszałem cię w piątek” – powiedziałem.
„Wiem” – powiedział. „Ale to co innego. To nie tylko rodzina. To… mój świat”.
Prawie się uśmiechnąłem, nie dlatego, że to było zabawne, ale dlatego, że było szczere. „Witajcie u mnie” – powiedziałem.
Wydechnął. „Czego ode mnie potrzebujesz?”
I oto była — pierwsza prawdziwa oferta wsparcia, jaką od niego usłyszałem od lat.
„Nic publicznego” – powiedziałem. „Żadnych oświadczeń. Żadnych komentarzy. Jeśli ktoś zapyta, powiedz, że jesteś dumny ze swojego syna i nie rozmawiasz o jego sprawach”.
Tata zawahał się. „To brzmi… jak unikanie”.
„To granice” – powiedziałem. „Ogromna różnica”.
Zamilkł, a potem powiedział: „Dobrze. Granice”.
Zasada jest prosta i wyraźna: granica nie jest murem, lecz mapą, która pokazuje, jak należy cię traktować.
W południe pojechałem do Westshore i wszedłem prywatnym wejściem. Kierownik generalny, schludny mężczyzna o imieniu Harold, o srebrnych włosach i spokojnym spojrzeniu, powitał mnie w swoim biurze z już otwartą teczką.
„Panie Bennett” – powiedział, wstając. „Dziękuję, że tak szybko pan przyszedł”.
„Mów mi Marcus” – powiedziałem.
Próbował i mu się nie udało. „Marcus” – powtórzył, jakby to imię wydawało mu się obce w tym pokoju.
Na biurku leżał wydruk wpisu z serwisu LinkedIn.
„Od ósmej rano odebraliśmy trzydzieści siedem telefonów” – powiedział Harold. „Członkowie. Ich małżonkowie. Jeden prawnik. Dwóch członków zarządu”.
„Trzydzieści siedem?” powtórzyłem, a liczba ta wydała mi się szyderczym ukłonem w stronę trzydziestu siedmiu lat, które mój tata spędził w Meridian.
Harold poprawił okulary. „Niektórzy są po prostu zaskoczeni. Inni są… zdenerwowani”.
„O czym?” – zapytałem.
„O tym, że nie wiadomo, kto jest właścicielem klubu” – powiedział ostrożnie. „O poczuciu tajności”.
Usiadłem naprzeciwko niego. „Harold, kiedy kupiliśmy to miejsce, zatrzymaliśmy personel, przestrzegaliśmy umów członkowskich, inwestowaliśmy w ulepszenia i ustabilizowaliśmy finanse” – powiedziałem. „Członkowie nic nie stracili”.
„Nie” – zgodził się Harold. „Właściwie zyskali całkiem sporo”.
„W takim razie ich prawdziwą skargą jest to, że właściciel nie pasuje do obrazu, który mają w głowach” – powiedziałem.
Harold zacisnął usta. „Niektórzy z nich lubili myśleć, że własność to… pewien typ człowieka”.
Skinąłem głową. „Stare pieniądze. Siwe włosy jak z sali konferencyjnej. Rodowodowe korzenie w klubach wiejskich”.
Harold nie powiedział „tak”, ale jego milczenie tak.
„Zrobimy tak” – powiedziałem. „Nie zaprzeczamy. Nie ogłaszamy tego też. Jeśli ktoś nas zapyta, potwierdzimy, że Archon Holdings jest właścicielem Westshore. Zachowujemy profesjonalizm. Żadnych osobistych historii”.
Harold zawahał się. „Członkowie pytają, czy to zmienia zasady”.
„Nieprawda” – powiedziałem. „Nie dlatego, że się ich boję, ale dlatego, że stabilizacja jest częścią tego, za co płacą”.
Harold skinął głową. „Jest jeszcze jeden problem”.
“Co?”
„Przyjęcie u Bennetta” – powiedział. „Niektórzy członkowie uważają, że twój ojciec zarezerwował salonik Platinum, zakładając, że to najwyższy poziom. Nie są… zdumieni, dlaczego ochrona go zatrzymała”.
Spojrzałem Haroldowi w oczy. „Ty i ja oboje wiemy dlaczego” – powiedziałem.
Twarz Harolda pozostała neutralna, ale jego wzrok złagodniał. „Tak” – powiedział cicho. „Rozumiem”.
„Powiedz im, że salon Platinum zawsze był przestrzenią kontrolowaną przez właścicieli” – powiedziałem. „I że ochrona działała zgodnie z polityką”.
Harold skinął głową. „Rozumiem.”
Zatrzymał się, po czym dodał: „Są członkowie, którzy już mówią: »Jeśli właściciel upokorzył Richarda Bennetta, co zrobi reszcie z nas?«”
Poczułem, jak zaciska mi się szczęka.
„Nie upokorzyłem ojca” – powiedziałem. „Mój ojciec upokarzał się przez dziesięć lat. Po prostu przestałem bronić kłamstwa”.
Harold odetchnął, jakby powstrzymywał własne myśli. „Czy mogę o coś zapytać?”
“Jasne.”
„Czy chcesz, żebyśmy teraz… traktowali twojego ojca inaczej?”
Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie na biurku — salon, smokingi, sprzęt optyczny.
„Nie” – powiedziałem. „Traktuj go z szacunkiem. Jest członkiem. To mój ojciec. To także człowiek, który się uczy. I tyle.”
Zdanie kończące tekst zabrzmiało jak cicha obietnica: Nie chodzi o to, żeby kogoś pomniejszać, chodzi o to, żeby przestać pozwalać, żeby ktoś pomniejszał ciebie.
W drodze powrotnej do Archonu mój telefon zadzwonił ponownie. Victoria.
Prawie pozwoliłem, żeby włączyła się poczta głosowa. Ale w końcu odebrałem.
„Hej” powiedziałem.
„Marcus” – powiedziała zbyt bystro. „Więc… najwyraźniej jesteś właścicielem Westshore”.
„Tak myśli internet” – odpowiedziałem.
Zaśmiała się niezręcznie. „Mówię poważnie”.
„Ja też” – powiedziałem.
Zapadła chwila ciszy, po czym zapytała: „Dlaczego mi nie powiedziałeś?”
Wpatrywałem się w czerwone światło, które nie chciało się zmienić. „Z tego samego powodu, dla którego nie powiedziałem tacie” – powiedziałem. „Nie chciałeś wiedzieć”.
„To niesprawiedliwe” – warknęła.
„Czyż nie?” zapytałem.
Jej głos złagodniał. „Dobra. Dobra. Może nie pytaliśmy. Ale Marcus, to jest… ogromne”.
„Tak” – powiedziałem.
„A ludzie w pracy już do mnie piszą” – powiedziała. „Piszą na przykład: »Więc twój brat zarządza Archonem?«. Jakbym to ukrywała”.
„Niczego nie ukrywałeś” – powiedziałem.
„Ale teraz zakładają, że mogę im załatwić spotkania” – powiedziała, a ja słyszałam panikę pod lakierem. „Zakładają, że jestem z tym powiązana, a tak nie jest, i…”
„Oto jest” – powiedziałem.
“Co?”
„Nie jesteś zły, że nie wiedzieliśmy” – powiedziałem. „Jesteś zły, że to zmienia sposób, w jaki ludzie na ciebie patrzą”.
Wiktoria zamilkła.
„Przepraszam” – powiedziała w końcu i tym razem nie zabrzmiało to jak tekst. „Jestem po prostu… przytłoczona”.
„Rozumiem” – powiedziałem. „To dużo”.
Zawahała się. „Czy możemy porozmawiać? Tak… naprawdę porozmawiać? Nie przy wszystkich?”
Spojrzałem na zegar na desce rozdzielczej. Spotkania się piętrzą. Prośby czekają.
„Obiad” – powiedziałem. „Jutro. O siódmej.”
„U mamy i taty?” – zapytała.
„Nie” – powiedziałem. „Neutralny teren. Jest takie miejsce w centrum”.
Wydechnęła. „Okej.”
Zdanie kończące wryło mi się w pamięć: Kiedy zdejmiesz maski, dowiesz się, kto nosił twoje.
Tego popołudnia dział PR przesłał mi listę pytań od reporterów. Większość była niewinna: kiedy kupiliście klub, jakie remonty sfinansowaliście, jaka jest wasza wizja. Kilka nie było: czy Archon zajmuje się drażliwą sprawą, czy właściciel klubu stwarza konflikty, czy wykorzystujecie klub do wpływania na kontrakty.
Pytania te nie wynikały z ciekawości.
Pochodziły one od ludzi, którzy wierzyli, że pieniądze muszą być czymś brudnym, żeby mogły być prawdziwe.
Wysłałem listę do działu zgodności i działu prawnego, po czym poszedłem korytarzem do naszej sali konferencyjnej. W środku czekał już na mnie mój dyrektor operacyjny, Samir, z dwoma kierownikami działów.
Nie zawracał sobie głowy pogawędkami.
„Westshore przekroczyło granice” – powiedział.
Skinąłem głową. „Tak.”
Samir pochylił się do przodu. „Czy jesteśmy narażeni?”
„Nielegalnie” – powiedziałem. „Nie, jeśli zrobimy to właściwie”.
„Percepcja publiczna nie jest naszym zwykłym polem walki” – powiedział jeden z kierowników departamentów.
„Dlatego nie kłócimy się publicznie” – odpowiedziałem. „Pozwalamy, żeby fakty były nudne”.
Samir patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. „Chodzi o twojego ojca” – powiedział.
„Tak się zaczęło” – przyznałem.
„A teraz?” zapytał.
„Teraz chodzi o ochronę firmy” – powiedziałem. „I mojej rodziny. W tej kolejności”.
Oczy Samira lekko się zwęziły, nie oceniająco, lecz mierząc. „Wszystko w porządku?”
Pomyślałam o twarzy taty przy linie. O dłoni mamy zakrywającej usta. O uśmiechu Victorii, który pobielał jej kostki.
„Nic mi nie jest” – skłamałem.
Samir nie naciskał. Skinął tylko raz głową. „Wtedy robimy to, co zawsze” – powiedział. „Kontrolujemy to, co możemy. Nie marnujemy energii na to, czego nie możemy”.
Prawie się roześmiałem. „Brzmisz jak mój ojciec” – powiedziałem.
Samir wzruszył ramionami. „Niektóre lekcje są uniwersalne”.
Zdanie kluczowe padło niespodziewanie: Możesz zbudować twierdzę na sukcesie, ale prędzej czy później ktoś, kogo kochasz, zostanie na zewnątrz zamknięty.
Następnego dnia Victoria pojawiła się na kolacji wyglądając, jakby ubrała się na negocjacje. Czarna marynarka. Idealna fryzura. Szminka, która mówiła, że nie przyszła tu płakać.
Siedzieliśmy w cichej kabinie, gdzie muzyka była na tyle cicha, że można było rozmawiać. Zamówiła martini, którego nie tknęła.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak obcy ludzie, którzy mają to samo nazwisko.
„Myślałam” – powiedziała w końcu.
„To właśnie wtedy zaczynasz wygrywać” – odpowiedziałem.
Spojrzała na mnie, trochę zirytowana, trochę wdzięczna za okazję. „Dobrze” – powiedziała. „Zasłużyłam na to”.
Czekałem.
„Pamiętam cię z MIT” – powiedziała, a jej głos złagodniał odrobinę. „Byłeś… inny. Skupiony. Znikałeś na miesiące i wracałeś do domu, opowiadając o projektach, których nikt nie rozumiał”.
Tata powiedziałby, że to „interesujące” – pomyślałem.
„A tata zawsze powtarzał, że… dryfujesz” – kontynuowała. „Jakbyś zmarnowała swój potencjał”. Przełknęła ślinę. „A ja mu wierzyłam. Bo jeśli mylił się co do ciebie, to… może mylił się co do swoich przekonań. I to mnie przerażało”.
Odchyliłem się. „Więc dałeś się nabrać” – powiedziałem.
„Tak” – przyznała. „Bo świat taty miał sens. Tytuły. Hierarchia. Jeśli się wspinasz, wygrywasz. Jeśli nie, przegrywasz. To było jasne”. Zaśmiała się gorzko. „A ty zawsze byłeś wyjątkiem. Tym, co nie pasowało”.
Przyglądałem się, jak jej dłonie zaciskają się na nóżce nietkniętego kieliszka.
„Wiesz, jak to jest” – powiedziała, a jej głos stał się bardziej napięty – „być tym «odnoszącym sukcesy dzieckiem» w tym domu?”
Zamrugałem. „Jak pochwała?”
„Jak presja” – poprawiła. „Jak gdybym się poślizgnęła, choćby raz, stałabym się tobą”.
To zdanie mnie zabolało, chociaż wiedziałem, że nie miała tego na myśli.
Wzdrygnęła się, widząc moją twarz. „Przepraszam” – powiedziała szybko. „To nie jest…”
„To uczciwe” – powiedziałem. „Kontynuuj.”
Ramiona Victorii opadły. „Nie jestem z tego dumna” – powiedziała. „Ale lubiłam być tą, którą tata mógł się chwalić. Lubiłam być dowodem na to, że jego standardy są spełnione”. Przełknęła ślinę. „A jeśli potajemnie ci się powodziło, to znaczyło, że nie byłam dowodem niczego. Byłam po prostu… córką goniącą za aprobatą”.
Wpatrywałem się w nią. Po raz pierwszy zobaczyłem to, czego nigdy nie chciałem zobaczyć: Wiktoria nie była moim wrogiem. Była kolejnym dzieckiem wychowanym pod tym samym władcą.
Zdanie wprowadzające złagodziło atmosferę w pomieszczeniu: Czasami rywalizacja między rodzeństwem nie polega na tym, kto jest lepszy, lecz na tym, kto jest bezpieczniejszy.
„Nie jestem tu po to, żeby ci cokolwiek zabierać” – powiedziałem.
Zamrugała. „To dlaczego nam nie powiedziałeś?”
Pochyliłem się do przodu. „Bo chciałem wiedzieć, czy kiedykolwiek wybrałbyś mnie zamiast aprobaty taty” – powiedziałem. „A nie wybrałeś”.
Oczy Victorii szybko się zaszkliły, co zaskoczyło nas oboje. „Nie zrobiłam tego” – wyszeptała.
„Nie wtedy” – powiedziałem. „Ale teraz możesz”.
Szybko otarła policzek, zirytowana sobą. „Nie wiem jak” – przyznała.
„Zacznij od pytania, jaki to ma wpływ na twój wizerunek” – powiedziałem. „Zapytaj, co to oznacza dla naszego związku”.
Wiktoria powoli skinęła głową. „Dobrze” – powiedziała. „Więc… czego potrzebujesz?”
Prawie się uśmiechnąłem. Pytanie brzmiało znajomo.
„Prawda” – powiedziałem. „Nawet jeśli jest niewygodna”.
Odetchnęła. „A więc prawda jest taka” – powiedziała. „Mój oddział jest likwidowany. Nie ja – może jeszcze nie – ale budżety się kurczą. Wszyscy są przerażeni. A teraz ludzie myślą, że mogę do ciebie zadzwonić i wszystko naprawić”.
Spojrzałem jej w oczy. „I dzwoniłaś” – powiedziałem.
Znów się wzdrygnęła. „Tak” – przyznała. „Pomyślałam… może mogłabyś nam rzucić kontrakt, zasponsorować coś albo…”
„Nie” – powiedziałem łagodnie.
Zacisnęła szczękę. „Musiałam spróbować”.
„Wiem” – powiedziałem. „Ale nie mogę być twoją drabiną”.
Oczy Victorii się zwęziły. „Więc po tym wszystkim możesz powiedzieć nie?”
Poczułam, jak narasta we mnie dawna złość. „Od dziesięciu lat mówię „tak” na brak zrozumienia” – powiedziałam. „Skończyłam z wyświadczaniem przysług, które sprawiają, że ludzie czują się do mnie uprawnieni”.
Otworzyła usta, a potem je zamknęła.
Wypuściłem powietrze. „Ale” – dodałem – „mogę ci pomóc w inny sposób”.
Jej oczy błysnęły. „Jak?”
„Porady” – powiedziałem. „Strategia. Odpowiednie wprowadzenie. Nie nepotyzm”.
Victoria wpatrywała się w swój napój, po czym skinęła głową. „Dobrze” – powiedziała i zabrzmiało to jak poddanie się w najlepszym tego słowa znaczeniu. „Naucz mnie, jak myślisz”.
Zdanie kończące wypowiedź zadziałało jak most: Szacunek to nie dar, który otrzymujesz, to umiejętność, której się uczysz.
Dwa dni później asystent prezesa Meridian wysłał maila do mojego biura. Temat był uprzejmy. Treść wiadomości nie.
Chcielibyśmy zaprosić Pana Bennetta na prywatne spotkanie z prezesem i kadrą kierowniczą w celu omówienia potencjalnych możliwości partnerstwa.
Nie wspomniał o moim ojcu.
Ale to mój ojciec był powodem, dla którego to wszystko powstało.
Tata zadzwonił tej nocy, głosem ostrożnym. „Chcą cię poznać” – powiedział.
„Wiem” – odpowiedziałem.
„Są… podekscytowani” – powiedział.
„Oni kierują się oportunizmem” – poprawiłem.
Tata westchnął. „Marcus…”
„Spotkam się z nimi” – powiedziałem. „Bo to może być dobry interes. Ale musisz coś zrozumieć”.
“Co?”
„Będą próbowali cię wykorzystać” – powiedziałem. „Nie dlatego, że są źli. Bo tak właśnie robią ludzie z korporacji, gdy wyczują dźwignię finansową”.
Tata zamilkł. „Byłem jedną z takich osób” – powiedział.
„Tak” – odpowiedziałem. „Więc nie udawaj, że jesteś zszokowany”.
Wydechnął. „Dobrze” – powiedział. „Co mam zrobić?”
„Znowu to samo” – powiedziałem.
„Po prostu mi powiedz” – powiedział i nie było w tym ani krzty dumy. Tylko szczerość.
„Chodź ze mną” – powiedziałem.
Tata zawahał się. „Do Meridian?”
„Tak” – powiedziałem. „Ale nie jako dawny ja. Nie jako starszy wiceprezes. Jako mój ojciec”.
Cisza.
„To jest… trudniejsze” – przyznał.
„Wiem” – powiedziałem. „Dlatego pytam”.
Padło zdanie kończące, niemal czułe: Prawdziwy awans polega na nauczeniu się, jak pojawić się bez zbroi.
W dniu spotkania pojechaliśmy moim samochodem do siedziby Meridian – nic specjalnego, po prostu cicho i wygodnie. Tata miał na sobie garnitur, jakby szedł do sądu.
W holu ludzie go rozpoznawali. Uśmiechali się. Uścisnęli mu dłoń. Ponownie pogratulowali mu przejścia na emeryturę.
Potem spojrzeli na mnie.
Nie jak człowiek.
Jako zasób.
Tata to zauważył. Widziałam to po tym, jak napięły mu się ramiona.
Podszedł młody dyrektor z idealnie ułożonymi włosami, wyciągając rękę. „Marcus Bennett” – powiedział, zbyt gorliwie. „Jestem Evan, dział rozwoju korporacyjnego. Próbujemy się zapisać do twojego kalendarza od miesięcy”.
Uścisnąłem mu dłoń. „Często to słyszę” – powiedziałem.
Evan roześmiał się czarująco. „Cieszymy się, że tu jesteś. I Richardzie, proszę pana, jeszcze raz gratuluję”. Szybko odwrócił się do mnie. „Mamy do omówienia kilka niesamowitych synergii”.
Synergie.
Usta taty drgnęły.
„Oni nadal tak mówią” – mruknął do mnie, gdy Evan odchodził.
„Witamy ponownie” – odpowiedziałem.
Zaprowadzono nas do sali konferencyjnej z widokiem, który aż nazbyt się starał. Długi szklany stół, drogie krzesła, woda butelkowana ustawiona w szeregu niczym żołnierze.
Przewodniczący, wysoki mężczyzna o nazwisku Arthur Lang, wszedł z dwoma członkami zarządu i Tomem Hargrove, dyrektorem generalnym. Uśmiech Arthura był pewny siebie, wyćwiczony.
„Marcusie” – powiedział, wyciągając rękę. „Słyszeliśmy niezwykłe rzeczy”.
Uścisnąłem. „Miło mi” – powiedziałem.
Artur spojrzał na tatę. „Richard” – powiedział ciepło. „Legenda. Trzydzieści siedem lat”.
Tata skinął głową. „Artur.”
Wzrok Arthura znów powędrował w moją stronę. „I pomyśleć”, powiedział lekkim głosem, „że twój syn był tuż pod naszym nosem”.
Uśmiechnąłem się uprzejmie. „Byłem zajęty” – powiedziałem.
Usiedliśmy. Tom zaczął komplementować moją firmę, jej innowacyjność, naszą reputację i to, że jego dział lotnictwa i kosmonautyki potrzebuje bezpiecznych systemów.
Wtedy Artur odchylił się do tyłu i skrzyżował ręce.
„Bądźmy szczerzy” – powiedział. „Meridian rozważa strategiczne przejęcia”. Spojrzał na mnie, jakby robił mi przysługę. „Archon jest… atrakcyjny”.
Tata się poruszył.
Arthur kontynuował: „Wierzymy, że możemy zapewnić skalę. Zasoby. Platformę. A w zamian zyskasz… legitymację”.
I tak to się stało.
Prawowitość.
Jakby jedyną prawdziwą rzeczą było to, co znajdowało się wewnątrz ich budynku.
Głowa taty lekko obróciła się w stronę Arthura, a potem w moją, jakby czekał na moją reakcję.
Nie podniosłem głosu.
„Arthurze” – powiedziałem spokojnie – „nie przyszedłem tu, żeby sprzedawać swoją firmę”.
Uśmiech Arthura nie znikał, ale jego oczy się zwęziły. „Oczywiście. Partnerstwo przede wszystkim. Ale mądrze jest rozważyć opcje”.
„W takim razie zbadaj to” – powiedziałem. „Archon nie potrzebuje legitymizacji. Potrzebujemy precyzji. Potrzebujemy partnerów, którzy szanują to, co robimy, nie próbując się do tego przypisać”.
Tom odchrząknął. „Marcus…”
Uniosłam rękę, uprzejmie. „Daj mi dokończyć” – powiedziałam.
Artur uniósł brwi, zaskoczony przerwą.
„Interesuje cię nasza praca” – kontynuowałem. „Świetnie. Możemy omówić sensowne kontrakty. Ale jeśli teza jest taka, że kupisz nas, żeby nas urzeczywistnić, to znaczy, że nie jesteśmy zgodni”.
Uśmiech Arthura ostygł. „Czy to twoje ostateczne stanowisko?”
„To moje obecne stanowisko” – powiedziałem. „I nie jest to kwestia emocji. To interesy”.


Yo Make również polubił
Pyszny sok z buraków i cytryny oczyszcza jelita grube i pomaga schudnąć
Usuń odciski dzięki temu naturalnemu zabiegowi
Sernik karmelowy z bourbonem
Kukurydziane naleśniki z truskawkami