Ponieważ dr Morrison miał rację.
Straciłam syna — nie z powodu śmierci, ale z powodu kobiety, która odizolowała go od wszystkich, którzy go naprawdę kochali.
Przez następne sześć tygodni całkowicie poświęciłem się budowaniu nowego życia.
Zaczęłam kurs malarstwa akwarelowego. Wtorkowe wieczory: dziesięć kobiet, wszystkie po sześćdziesiątce, wszystkie odnajdujące w sobie pasję twórczą. Instruktor, Robert, miał siedemdziesiąt dwa lata i malował od pięćdziesięciu lat.
„Większość z was porzuciła sztukę dla rodziny” – powiedział pierwszego wieczoru. „Dla kariery. Z obowiązku. Tutaj malujecie dla siebie – dla radości – bez powodu, tylko dlatego, że chcecie”.
To było coś rewolucyjnego.
Zaczęłam wolontariat w ogrodach botanicznych w każdy czwartek. Cztery godziny pracy z roślinami, nauka ogrodnictwa, oprowadzanie wycieczek. Ogrody były spokojne, piękne, a koordynatorka wolontariatu, kobieta o imieniu Margaret, sprawiła, że poczułam się doceniona.
„Mamy szczęście, że cię mamy” – powiedziała po moim pierwszym tygodniu. „Jesteś urodzonym nauczycielem”.
Dołączyłam do kobiecej grupy podróżniczej. Nasze pierwsze spotkanie organizacyjne odbyło się pod koniec stycznia. Piętnaście kobiet w wieku od około sześćdziesięciu do osiemdziesięciu lat planowało podróże.
„Dokąd chcesz jechać?” zapytała mnie Susan, liderka grupy.
„Nie wiem. Nie podróżowałam odkąd zmarł mój mąż.”
„Wtedy odkryjesz to wszystko na nowo. Co cię interesuje?”
„Włochy. Zawsze chciałem zobaczyć sztukę we Florencji”.
„Włochy, to prawda. Planujemy podróż we wrześniu. Powinieneś do nas dołączyć.”
“Będę.”
Klub książki stał się punktem kulminacyjnym mojego tygodnia. Dwanaście kobiet, wszystkie oczytane, wszystkie z własnym zdaniem. Rozmawiałyśmy o książkach, ale też o naszym życiu – o naszych zmaganiach i triumfach.
Podobne historie miało kilka kobiet: dorosłe dzieci, które się od nich oddaliły, które wybrały sobie partnerów, którzy ich nie lubili, którzy sprawiali, że czuły się dla nich ciężarem.
„Nie widziałam mojej córki od trzech lat” – powiedziała Patricia. „Jej mąż mnie nie lubi. Ona go wybrała”.
„Czy żałujesz czegoś, co zrobiłeś?” – zapytałem.
„Żałuję, że spędziłem trzydzieści lat próbując to naprawić, zamiast zaakceptować i iść dalej. Straciłem tyle czasu, czekając na jej powrót”.
To mnie mocno uderzyło.
Kurs gotowania kuchni francuskiej to była czysta przyjemność. Sobotnie poranki – małe grupy, gotowanie praktyczne. Szef kuchni, Henri, był wymagający, ale zachęcający.
„Gotowanie to precyzja i pasja” – powiedział. „Musisz szanować technikę, ale też uczynić ją swoją”.
Podobało mi się.
Tymczasem Daniel i Amanda milczeli.
Żadnych połączeń. Żadnych SMS-ów. Żadnego kontaktu.
Cienki.
Ja też nie odezwałem się.
W połowie lutego nadeszły i minęły moje urodziny.
Sześćdziesiąt osiem.
Żadnego telefonu od Daniela. Żadnej wizytówki. Żadnego potwierdzenia.
W zeszłym roku przynajmniej zadzwonił. W tym roku – nic.
Spędziłam dzień w ogrodach, a potem zjadłam kolację z przyjaciółmi z klubu książki. Zorganizowali niespodziankę.
„Za Catherine” – powiedziała Patricia, unosząc kieliszek – „która sama siebie wybiera”.
To były najlepsze urodziny, jakie miałem od lat.
Sześć tygodni po Sylwestrze doszedłem do ściany.
Stało się to we wtorek wieczorem. Wróciłam z zajęć malarskich pełna energii, podekscytowana pracą, nad którą pracowałam. Zaparkowałam samochód, weszłam do domu i nagle poczułam przytłaczającą samotność.
W domu panowała cisza. Pusto. Nie było nikogo, z kim można by podzielić się dobrą nowiną.
Przez chwilę – tylko chwilę – chciałem zadzwonić do Daniela, opowiedzieć mu o obrazie, usłyszeć, jak mówi, że jest ze mnie dumny.
Ale wiedziałem, co się stanie.
Mówił roztargnionym głosem: „To miłe, mamo”.
Albo w ogóle nie odpowiadał.
Albo, co gorsza, odpowiadał, a Amanda była w tle i komentowała.
Usiadłam na sofie i płakałam.
Naprawdę płakałam – po raz pierwszy od Sylwestra.
Byłam tak skupiona na tym, żeby być silną i budować nowe życie, że nie pozwoliłam sobie na żałobę po tym, co straciłam.
Fantazja o relacji matki z synem, którą myślałam, że mamy.
Nadzieja, że Daniel pewnego dnia obudzi się i zobaczy, co robi Amanda.
Marzenie, że mnie wybierze.
Zadzwoniłem do dr. Morrisona, chociaż nie był to dzień naszej zaplanowanej sesji, i zostawiłem wiadomość głosową.
Oddzwoniła po godzinie.
„Catherine, co się dzieje?”
„Nie wiem, czy dam radę. Bycie silną, wyznaczanie granic, budowanie nowego życia – to wyczerpujące. A dziś wieczorem po prostu… czułam się taka samotna”.
„Gdzie jesteś teraz?”
„W domu. Na mojej kanapie. Płaczę.”
“To dobrze.”
“Płacz?”
„Tak. Trzymałaś się razem przez sześć tygodni – byłaś silna, wprowadzałaś zmiany – ale nie pozwoliłaś sobie na żałobę. Dziś wieczorem przeżywasz żałobę. To zdrowe”.
„To nie wydaje się zdrowe. Czuję się, jakbym zawodził.”
„Żal to nie porażka. To odczuwanie ciężaru straty. Straciłeś syna, którego myślałeś, że masz. Relację, o której wierzyłeś, że istniała. To zasługuje na żałobę”.
„Myślałam, że stworzenie nowego życia sprawi, że nie będę już czuła tego bólu”.
„Zbudowanie nowego życia nie usuwa bólu. Daje ci kontekst dla bólu. Fundament, na którym możesz stanąć, gdy go odczuwasz”.
Rozmawialiśmy przez trzydzieści minut. Pomogła mi zrozumieć, że ta chwila zwątpienia nie oznaczała regresu. Była częścią procesu.
„Catherine” – powiedziała – „nie jesteś tą samą osobą, która stała w tym pokoju w sylwestra. Ta kobieta zadzwoniłaby do Daniela, przeprosiła za dystans, wróciłaby do przyjmowania wszystkiego, co oferował. Zamierzasz to zrobić?”
“NIE.”
“Dlaczego nie?”
„Bo chociaż dziś wieczorem jestem smutna, nie chcę wracać. To życie, które buduję – jest prawdziwe. Jest moje. I lepsze niż bycie nazywaną ciężarem”.
„W takim razie nie oblałeś. Po prostu miałeś ciężką noc. I to jest w porządku.”
Po zakończeniu rozmowy zrobiłem coś, czego nie robiłem od tygodni.
Wyciągnęłam stare albumy ze zdjęciami – zdjęcia Daniela jako niemowlęcia, z dzieciństwa, Paula i mnie, kiedy byliśmy młodzi i szczęśliwi.
Pozwoliłem sobie przypomnieć – nie tę wyimaginowaną, lecz prawdziwą wersję.
Daniel zawsze był nieco egocentryczny, nawet jako dziecko. Mówiłam sobie, że to normalny dziecięcy egocentryzm, że z tego wyrośnie.
Ale tego nie zrobił.
Po prostu znalazł partnera, który to wzmocnił.
Umożliwiłam mu to, stawiając go zawsze na pierwszym miejscu — sprawiając, że jego potrzeby były ważniejsze niż moje, ucząc go, że moja miłość jest bezwarunkowa, a to oznacza, że nie musi na nią zasługiwać.
Stworzyłem dynamikę, która pozwoliła Amandzie rozkwitnąć.
Uświadomienie sobie tego było bolesne, ale też dało mi wolność.
Nie chodziło tu tylko o Amandę.
Chodziło o schemat, który powtarzałem przez trzydzieści osiem lat.
Wzorzec, który w końcu udało mi się przełamać.
Zamknęłam albumy ze zdjęciami i zrobiłam sobie herbatę. Usiadłam przy kuchennym stole z dziennikiem.
Napisałem: Dziś w nocy przeżywałem żałobę. Jutro będę budował dalej. Jedno i drugie może być prawdą.
Na początku marca spotkałem Amandę w sklepie spożywczym. Byłem w dziale z warzywami i owocami, kiedy ją zobaczyłem – markowa odzież sportowa, perfekcyjna fryzura, wybierająca ekologiczne warzywa.
Zobaczyła mnie, zawahała się, po czym uśmiechnęła się i podeszła.
„Catherine! Nie widziałem cię od wieków.”
Cześć, Amanda.
„Jak się masz? Byliśmy tak zajęci. Nie miałam okazji zadzwonić.”
„Mam się dobrze. Dziękuję za pytanie.”
„Wyglądasz inaczej. Zrobiłaś coś z włosami?”
Zacząłem chodzić do lepszego salonu, lepiej się strzyc i dbać o swój wygląd.
„Tylko przycięcie.”
„Wyglądasz świetnie. Powinniśmy wkrótce zjeść kolację. Pogadajmy.”
„Byłoby miło.”
„Powiem Danielowi, żeby do ciebie zadzwonił i coś ustalił.”
“Wspaniały.”
Uśmiechnęła się, porozmawiała jeszcze chwilę o niczym, po czym odeszła.
Daniel nie zadzwonił, żeby umówić się na kolację.
Następnym razem widziałem ich pod koniec marca, na gali charytatywnej na rzecz Fundacji Architektury. Zostałem zaproszony, ponieważ przez lata wspierałem fundację darowiznami – na długo zanim Daniel założył swoją firmę.
Przyszłam w nowej sukience, z profesjonalnie zrobionymi włosami, pewna siebie.
Byli tam Daniel i Amanda. On nawiązywał kontakty. Ona była u jego boku, odgrywając rolę wspierającej żony.
Kiedy Daniel mnie zobaczył, najpierw był zszokowany, a potem zaniepokojony.
„Mamo. Nie wiedziałam, że tu będziesz.”
„Jestem darczyńcą fundacji. Jestem zapraszany co roku.”
„Jasne. Oczywiście.” Zawahał się. „Wyglądasz inaczej.”
“Dziękuję.”
Amanda przyglądała mi się badawczo, od stóp do głów.
„Piękna sukienka, Catherine. Nowa?”
“To jest.”
„Wyglądasz ślicznie. Powinniśmy pozwolić ci usiąść przy stoliku. Siedzimy z partnerami Daniela.”
Odeszli.
Siedziałem z innymi darczyńcami, prowadziłem interesujące rozmowy, podobało mi się to wydarzenie.
Później zobaczyłem, że Daniel obserwował mnie z drugiego końca pokoju, wyglądając na zdezorientowanego.
Dobry.
Dzień po moim kryzysie spotkałem się z Patricią na kawie.
Spojrzała na mnie i powiedziała: „Zła noc?”
„Jak to stwierdzić?”
„Byłem w podobnej sytuacji co ty – w chwili, gdy uświadamiasz sobie, że budowanie nowego życia nie oznacza, że przestajesz tęsknić za tym, co straciłeś”.
Opowiedziałem jej o swoim załamaniu nerwowym, o telefonie do dr. Morrisona i o przeglądaniu starych zdjęć.
„Czułem się, jakbym ponosił porażkę” – powiedziałem. „Jakby cały ten postęp był fałszywy”.
„To nie jest sztuczne. Ale też nie jest liniowe. Uzdrawianie następuje falami – najpierw postęp, potem żałoba, a potem kolejny postęp”.
„Jak długo zajęło ci odnalezienie się w nowym życiu?”
„Około dwa lata temu przestałam mieć te chwile zwątpienia. Ale stawały się rzadsze, mniej intensywne i nauczyłam się je przezwyciężać, zamiast pozwalać, by mnie powstrzymywały”.
„Co pomogło?”
„Szczerze? Rozmawiając z ludźmi, którzy mnie rozumieli – z moim terapeutą, z przyjaciółmi, którzy przeszli przez podobne doświadczenia – i dając sobie pozwolenie na gorsze dni bez nazywania ich porażkami”.
Przez chwilę siedzieliśmy w przyjemnej ciszy.
„Mogę ci coś powiedzieć?” – zapytała Patricia. „Kiedy pierwszy raz przyszłaś do klubu książki, wyglądałaś, jakbyś ledwo trzymała się kupy – jakbyś była o jedno złe słowo od załamania”.
„Prawdopodobnie tak.”
„Ale z każdym tygodniem stawałeś się coraz silniejszy, coraz bardziej obecny. I sposób, w jaki teraz mówisz o książkach – masz swoje opinie. Mocne. Nie przepraszasz za nie”.
„Pracuję nad tym.”
„To widać. Stajesz się sobą. I pięknie jest to oglądać.”
Po kawie Patricia zaprosiła mnie do siebie.
„Chcę ci coś pokazać.”
Jej dom był piękny — pełen książek, dzieł sztuki i dowodów na to, że przeżyła wspaniałe życie.
Zaprowadziła mnie do swojego gabinetu. Ściany były pokryte fotografiami.
„To jest mój mur odzyskania” – powiedziała, wskazując na zdjęcia.
Były tam zdjęcia Patricii podróżującej samotnie, uczącej się nurkowania w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, kroczącej Szlakiem Apalaskim i pracującej jako wolontariuszka w Kostaryce.
„Po tym, jak moja córka mnie zerwała, spędziłam rok w żałobie” – powiedziała. „Potem postanowiłam zrobić wszystko, co odkładałam na później, czekając, aż będzie mnie potrzebowała”.
„Czy kiedykolwiek tego żałowałaś?”
„Żałuję, że wybrałam siebie? Ani przez chwilę. Czy żałuję, że moja córka podjęła inne decyzje? Każdego dnia. Ale nie mogę jej kontrolować. Mogę kontrolować tylko siebie”.
Wskazała na jedno zdjęcie: Patricia stoi na szczycie góry z rękami uniesionymi w geście triumfu.
„To zdjęcie zostało zrobione w moje sześćdziesiąte ósme urodziny. Wspiąłem się na tę górę sam i na szczycie zdałem sobie sprawę, że jestem całością – z córką czy bez niej. Jestem całością”.
„Tego chcę” – powiedziałem.
„Już ci się udaje. Widzę to.”
Wiosna przyniosła kolejne zmiany.
Zapisałem się na wycieczkę do Włoch z grupą turystyczną: wrzesień, dwa tygodnie — Florencja, Rzym, Wenecja.
Nigdy nie podróżowałam sama i nigdy nie wydałam na siebie takich pieniędzy.
A dlaczego nie?
Miałam pieniądze – ubezpieczenie na życie Paula, własne oszczędności, żadnych długów. Gromadziłam je.
Po co to oszczędzać?
Dla Daniela.
Odniósł sukces. Nie potrzebował tego.
Czas, żebym poświęcił go sobie.
Zacząłem chodzić do teatru, filharmonii, na wystawy sztuki. Kupiłem karnety do opery. Chodziłem na wernisaże w ogrodach botanicznych.
Żyłem.
I ludzie to zauważyli.
W ogrodach Margaret powiedziała: „Promieniujesz, Catherine. Cokolwiek robisz, rób to dalej”.
„Po prostu żyję swoim życiem.”
„Cóż, pasuje ci.”
Na zajęciach z malarstwa Robert zapytał, czy byłbym zainteresowany wystawieniem części moich prac na lokalnej wystawie sztuki.
„Ja? Jestem dopiero początkujący.”
„Masz talent” – powiedział – „a co ważniejsze, masz coś do powiedzenia. Twoje obrazy są pełne emocji”.
Zgodziłem się przedstawić trzy prace.
Tymczasem Daniel i Amanda zachowywali całkowitą ciszę, co było w porządku.
Już na nich nie czekałem.
Budowałem coś innego.
Czerwiec: przygotowania do wystawy sztuki.
W tygodniach poprzedzających wystawę pracowałem nad swoimi obrazami ciężej niż nad czymkolwiek od lat. Robert mnie do tego zmusił.
„To jest dobre” – powiedział – „ale bezpieczne. Namaluj coś, co cię przestraszy”.
“Co masz na myśli?”
„Namaluj swoją prawdę. Namaluj to, czego boisz się powiedzieć na głos”.
Wtedy namalowałem Burdena.
Namalowałem kobietę – ewidentnie przeznaczoną dla mnie – stojącą w pokoju pełnym ludzi. Trzyma nad głową ogromny głaz. Na głazie widnieją napisy: oczekiwania, obowiązki, poczucie winy, przystosowanie.
Ludzie w pokoju śmieją się, piją, świętują. Nie widzą, jak się męczy.
Na pierwszym planie ponownie ukazana jest ta sama kobieta, ale tym razem odkłada głaz i odchodzi od niego. Jest odwrócona tyłem do widza, ale jej postawa jest wyprostowana – silna, swobodna.
Kiedy pokazałem to Robertowi, przez dłuższą chwilę milczał.
„To jest to” – powiedział w końcu. „To jest twoja prawda”.
„Czy to za dużo? Zbyt oczywiste?”
„Jest idealne. Mocne. Prześlij to.”
Wieczorem przed pokazem prawie wycofałem obraz.
A co, jeśli Daniel to zobaczył? A co, jeśli Amanda to zobaczyła?
Ale potem pomyślałem: No i co z tego?
To moja prawda – moje doświadczenie – moja sztuka. Nie muszę się umniejszać w swojej własnej twórczości.
Obraz pozostał na wystawie.
W połowie czerwca odbyła się lokalna wystawa sztuki. Było to wydarzenie lokalne – dziesiątki lokalnych artystów wystawiało swoje prace w ogrodach botanicznych.
Moje trzy akwarele zostały przyjęte i wystawione. Jedna przedstawiała ogrody o zachodzie słońca. Druga była abstrakcyjnym dziełem o żałobie. Trzecia nosiła tytuł „Brzemię” – kobieta dźwigająca górę zobowiązań, która w końcu je odkłada.
Spektakl miał premierę w sobotę. Uczestniczyły w nim setki osób.
Stałam obok swoich obrazów, zdenerwowana, ale dumna.
Ludzie zatrzymywali się, patrzyli. Kilku pytało o możliwość ich zakupu.
„Ten” – powiedziała kobieta, wskazując na Burdena. „To do mnie przemawia. Ile?”
Podałem cenę.
Ona to kupiła.
Sprzedałem wszystkie trzy obrazy.
Spacerując wieczorem po ogrodach, poczułem coś, czego nie czułem od lat.


Yo Make również polubił
Mój mąż wsypał mi tabletki nasenne do herbaty – kiedy udawałam, że śpię, to, co zobaczyłam, wstrząsnęło mną
Kuleczki ziemniaczane z sosem grzybowym
Bezproblemowe czyszczenie frytkownicy powietrznej: trik z sodą oczyszczoną i octem
Kiedy 12-letni Aurelio zobaczył mężczyznę w drogim garniturze wpadającego do rzeki, nie wiedział, że ten akt odwagi zmieni na zawsze nie tylko życie najpotężniejszego milionera w mieście, ale także jego własne.