To wszystko.
Musiałem się ogarnąć i zrobić coś pożytecznego.
Kiedy Vernon wróci za tydzień, przygotuję coś specjalnego – coś pysznego. Usiedliśmy i porozmawialiśmy normalnie, od serca do serca.
Nie rozmawialiśmy już od dłuższego czasu.
Sen przychodził mi fragmentami – niespokojny i niespokojny. Zapadałem w niespokojną drzemkę, a potem budziłem się gwałtownie przy wyjątkowo silnych podmuchach wiatru i skrzypieniu ram okiennych.
Przyśniła mi się ta starsza kobieta ze sklepu — jej przenikliwe, wszystkowidzące oczy, suche palce ściskające mój rękaw.
„Nie dotykaj śniegu” – powtarzała we śnie raz po raz, niczym zaklęcie.
Obudziłem się wcześnie, jeszcze zupełnie ciemno. Spojrzałem sennym wzrokiem na zegarek: wczesna szósta rano.
Za oknem zaczęło się odrobinę rozjaśniać.
Zamieć w końcu całkowicie ustała.
Cisza była w jakiś sposób wyjątkowa – gęsta, dźwięczna.
Wstałam, narzuciłam na ramiona ciepły, dzianinowy szlafrok, zeszłam do kuchni, machinalnie postawiłam czajnik na kuchence, zapaliłam palnik, podeszłam do okna… i zamarłam, nie wierząc własnym oczom.
Całe podwórko było pokryte gładkim, nienaruszonym śniegiem — zupełnie białym.
Ale od bramy do domu, do okien pierwszego piętra, prowadziły wyraźne, bardzo głębokie ślady stóp.
Ślady męskich butów.
Zdecydowanie nie Vernon.
Doskonale znałam jego buty, jego rozmiar i sposób chodzenia.
To były zupełnie dziwne utwory.
Ktoś przyszedł do naszego domu w nocy – chodził po podwórku, podchodził do okien – a ja zostałem zupełnie sam.
Stałam przy oknie, ściskając parapet pobielałymi palcami.
Moje serce waliło tak mocno i szybko, że czułem, jakby miało wyskoczyć mi z piersi.
Nie mogłem oderwać wzroku od torów, próbując zrozumieć, pojąć, co się dzieje.
Głębokie, wyraźne ślady ciężkich butów wiodły od bramy prosto do domu, metodycznie okrążając go z dwóch stron, zatrzymując się przy każdym oknie na parterze, jakby ktoś uważnie badał dom.
Ktoś kręcił się po moim domu w nocy, gdy spałem — sam i bezbronny.
Moje ręce lekko drżały. Odsunęłam się od okna, przyciskając dłoń do ust, żeby powstrzymać przerażony szloch, i walczyłam o oddech.
Oddychanie stało się trudne.
Musiałem się uspokoić, wziąć się w garść i jasno myśleć.
Być może z jakiegoś powodu to byli sąsiedzi.
Nie. To niemożliwe.
Sąsiedzi po lewej – starsi Petersonowie – obaj mieli ponad siedemdziesiąt lat. Tak głębokie, ciężkie brzmienie zdecydowanie nie było ich.
Działka po prawej stronie stała pusta od roku. Właściciele dawno przeprowadzili się do miasta. Dom był zamknięty.
Po drugiej stronie ulicy mieszkała tylko pani Higgins.
Ale dlaczego starsza kobieta miałaby spacerować po podwórku obcej osoby w nocy, podczas zamieci?
Zmusiłem się, by podejść bliżej szyby i uważniej przyjrzeć się śladom.
Nie szły chaotycznie, nie bezładnie, ale bardzo celowo i przemyślanie: od bramy prosto do okien w salonie, potem starannie wzdłuż ściany do okien w kuchni, dalej na tył domu, gdzie znajdowała się spiżarnia i wejście do piwnicy.
Jakby ktoś metodycznie obchodził teren, uważnie zaglądając w każde okno — studiując coś, obserwując, sprawdzając.
Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie.
Gęsia skórka pokryła moją skórę.
Włamywacze — przygotowują się, szukając tego, co ukraść.
Ale nic nie zabrali. Nawet nie próbowali się włamać.
Brama była zamknięta na prosty zatrzask. Zamek był nienaruszony i nieuszkodzony.
Tory prowadziły tylko od bramy na podwórze i z powrotem.
Oznaczało to, że dana osoba w jakiś sposób otworzyła bramę, spokojnie przeszła, okrążyła dom, po czym równie spokojnie zamknęła bramę i odeszła — bez pośpiechu.
Czajnik na kuchence zagwizdał przeraźliwie, a ja wzdrygnąłem się od stóp do głów, słysząc ten nagły, ostry dźwięk.
Drżącą ręką wyłączyłam gaz, ale nawet nie pomyślałam o zaparzeniu herbaty.
Musiałem coś pilnie zrobić — podjąć decyzję, zadzwonić na policję.
Ale co dokładnie miałbym powiedzieć?
Że w nocy ktoś dziwny chodził po podwórku… ale absolutnie nic nie ukradł, niczego nie zniszczył, niczego nie roztrzaskał.
Przypomniałem sobie naszego funkcjonariusza, Garetha Pernella. Znałem go od wielu lat – odkąd jako bardzo młody człowiek zaczął pracować w tym komisariacie.
Miał już ponad pięćdziesiąt lat, ale nadal pracował pilnie.
Uchodził za człowieka sumiennego i wrażliwego, do którego można było się zwrócić.
Zdecydowanie mogłabym do niego zadzwonić.
Szybko poszłam do sypialni, ubrałam się w pośpiechu, zakładając wszystko, co miałam pod ręką: ciepłe spodnie dresowe, gruby wełniany sweter, a kapcie zamieniłam na ciepłe zimowe buty.
Wyjąłem telefon komórkowy i w starych kontaktach znalazłem numer policjanta.
Moje palce wciąż strasznie się trzęsły, gdy wybierałam numer.
„Oficer Pernell, tu Vance z Chestnut Street, dom 17. Proszę wybaczyć, że dzwonię tak wcześnie, ale mam tu bardzo dziwną sytuację”.
„Dzień dobry, pani Vance”. Usłyszała znajomy, spokojny, lekko chrapliwy głos policjanta. „Co się stało?”
„Wczoraj wieczorem ktoś przyszedł do mojego domu. Chodzili po podwórku, zostawiając ślady na śniegu. Byłam sama w domu. Mój mąż wyjechał na długi wyjazd i jestem bardzo…”
„Rozumiem. Czy coś zginęło? Czy wyważyli drzwi? Czy okna są nienaruszone?”
„Nie. Wszystko wydaje się całe i na swoim miejscu, ale tory… prowadzą prosto do okien ze wszystkich stron, jakby ktoś celowo zaglądał do środka albo szukał czegoś konkretnego”.
Gareth Pernell przez kilka sekund milczał po drugiej stronie linii i myślał.
„Dobrze. Zaraz przyjdę. Maksymalnie dwadzieścia, trzydzieści minut. Na razie nie wychodź z domu. Pod żadnym pozorem nie depcz po torach i dokładnie sprawdź wszystkie okna i drzwi. Upewnij się, że wszystko jest dobrze zamknięte.”
„Bardzo dziękuję” – odetchnęłam z ulgą. „Poczekam na ciebie”.
Położyłem telefon na stole i natychmiast zacząłem sprawdzać dom.
Rozejrzałem się dookoła z nową, nieufną uwagą. Dom wydawał się teraz obcy – wrogi, niebezpieczny.
Każdy znajomy skrzyp deski podłogowej, każdy szelest za oknem sprawiał, że nerwowo się wzdrygałam i rozglądałam się dookoła.
Metodycznie przeszedłem przez wszystkie pokoje na pierwszym piętrze, uważnie sprawdzając okna. Wszystkie były szczelnie zamknięte na zatrzaski.
Nigdzie nie było nawet najmniejszych śladów próby włamania.
Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz przekręcony dwukrotnie i zamknięty łańcuchem – dokładnie tak, jak je zostawiłem wieczorem przed pójściem spać.
Wydawało się, że wszystko jest w idealnym porządku, ale z jakiegoś powodu wcale mnie to nie uspokoiło.
Wręcz przeciwnie, martwiło mnie to jeszcze bardziej.
Ponownie podszedłem – przyciągnięty jakimś magnesem – do kuchennego okna i jeszcze raz przyjrzałem się torom.
Teraz, w jaśniejszym porannym świetle, były widoczne jeszcze wyraźniej, jeszcze bardziej przerażająco: bardzo duże, bardzo głębokie.
Odległość między stopniami była dość duża.
Zdecydowanie mężczyzna.
Wysoki, silny, o masywnej budowie.
Szedł powoli – całkowicie pewnie i spokojnie.
Dokładnie wiedział, co robi i dlaczego przyszedł.
Dwadzieścia minut ciągnęło się nieznośnie i niemiłosiernie długo — jak godziny.
Siedziałam w kuchni, ściskając w drżących rękach kubek całkowicie zimnej herbaty i dosłownie nie mogłam oderwać napiętego wzroku od okna.
A co jeśli ta nieznana osoba wróci natychmiast?
A co jeśli obserwował mnie gdzieś w pobliżu, czekając na właściwy moment, gdy wyjdę lub gdy się rozproszę?
W końcu jasne światła reflektorów oświetliły okno.
Podniosłem się z krzesła i spojrzałem na rozpoznawalny krążownik oficera.
Z samochodu wysiadł Gareth Pernell — wysoki, krępy Afroamerykanin po pięćdziesiątce, ubrany w zimową kurtkę i ciepłą czapkę.
Prawie pobiegłam do drzwi i otworzyłam je, zanim zdążył zadzwonić.
„Oficerze Pernell, bardzo dziękuję za tak szybkie przybycie.”
„Och, proszę się tym nie przejmować, pani Vance. To moja praca.”
Celowo strzepnął śnieg z ciężkich butów i poszedł za mną do kuchni.
Jego doświadczone spojrzenie od razu powędrowało w stronę okna, skąd rozpościerał się widok na podwórko.
„Pokaż mi dokładnie, gdzie są tory.”
Wyszliśmy razem na zimny ganek. Mroźne, kłujące powietrze boleśnie paliło moją zaczerwienioną twarz i płuca.
Oficer Pernell powoli i ostrożnie zszedł po skrzypiących drewnianych schodach, uważnie badając zaśnieżone podwórze.
Podszedł aż do torów, ostrożnie przykucnął i przez długi czas przyglądał się każdemu odciskowi.
„Buty. Rozmiar dwanaście, może nawet trzynaście” – mruknął zamyślony do siebie, wyraźnie oceniając. „Głęboka podeszwa wygląda jak buty robocze albo trzewiki. Wychodzę z bramy”.
Powoli i uważnie prześledził cały łańcuch śladów od początku do końca – prosto do okien salonu, następnie metodycznie wzdłuż całej ściany domu na tył, a następnie z powrotem tą samą drogą do bramy.
„Bardzo dziwne.”
„Kto to w ogóle mógł być?” Mocno się przytuliłam, otulając się starą kurtką, którą pospiesznie zarzuciłam na ramiona, drżąc – nie tylko z zimna.
„To” – powiedział, podnosząc się ciężko z przysiadu i strzepując śnieg z kolan – „jest rzeczywiście bardzo dobre i ważne pytanie”.
Spojrzał na mnie.
„Proszę mi powiedzieć, pani Vance, czy ma pani jakieś poważne konflikty z sąsiadami? Może ktoś się o coś obraził, chowa urazę”.
„Nie. Co masz na myśli? Rozmawiamy absolutnie normalnie ze wszystkimi sąsiadami. Żyjemy cicho, spokojnie. Nikomu nie przeszkadzamy. Z nikim się nie kłócimy.”
„A twój mąż – kiedy dokładnie wyjechał?”
„Wczoraj wieczorem, około siódmej. Wyjechał na długi dystans – przynajmniej na tydzień, może nawet dłużej”.
Oficer powoli skinął głową i zapisał coś uważnie w małym, zniszczonym notesie.
„To znaczy, że ta osoba na pewno wiedziała, że zostałeś w domu zupełnie sam. Bardzo interesujące – i niepokojące”.
Ponownie przyjrzał się trasie toru.
„Ostrożnie otworzyłem bramę, przeszedłem spokojnie, a potem równie ostrożnie zamknąłem bramę i wyszedłem. W ogóle się nie spieszyłem. Zachowywałem się pewnie.”
„Panie oficerze… co pan myśli, że on tu w ogóle robił? Po co przychodził w nocy i kręcił się po domu?”
„Właśnie to musimy ustalić”.
Spojrzał na mnie bardzo poważnym, ciężkim wzrokiem.
„Istnieje kilka możliwych opcji. Może sprawdzał, co dokładnie jest wartościowe w domu – przygotowując się do napadu. Może dokładnie sprawdzał, czy ktoś mieszka w domu – czy jest pusty”.
Albo może wcale nie dokończył.
Ale rozumiałem doskonale bez słów.
Być może ta osoba przygotowywała się na coś o wiele gorszego niż zwykły napad — na atak, na przemoc.
„Czy któryś z twoich sąsiadów ma zainstalowane kamery bezpieczeństwa?” Pernell zapytał rzeczowo, rozglądając się po sąsiednich domach.
Myślałem z napięciem.
„Pani Higgins z naprzeciwka ma chyba kamerę. Zainstalowała system w zeszłym roku po włamaniu do garażu Petersonów”.
„Doskonale. To może bardzo pomóc. Chodźmy do niej natychmiast – poprośmy o nagranie. Możliwe, że kamera uchwyciła, kto dokładnie przyjechał i jakim samochodem przyjechał.”
Szybko wyszliśmy przez bramę i przekroczyliśmy pustą, zaśnieżoną drogę.
Dom pani Higgins stał dokładnie naprzeciwko — schludny, zadbany, pomalowany na przyjemny, jasnoniebieski kolor i miał ładne drewniane okiennice.
Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi.
Półtorej minuty później drzwi wejściowe się otworzyły.
Na ganku pojawiła się sama gospodyni – pulchna, dobroduszna kobieta w wieku około siedemdziesięciu lat, w jasnym, kwiecistym szlafroku, z siwymi włosami starannie zebranymi w mały kok z tyłu głowy.
„Ara, kochanie, co się stało? Coś się stało?” Pani Higgins zmrużyła oczy z niepokojem, patrząc z ciekawością na stojącego obok oficera.
„Pani Higgins, dzień dobry”. Przełknęłam ślinę. „Ktoś obcy wszedł wczoraj wieczorem na moje podwórko. Na śniegu zostały wyraźne ślady. Funkcjonariusz Pernell przyjechał, żeby to ogarnąć. Czy możemy obejrzeć nagranie z pani kamery bezpieczeństwa? Może widać na nim coś ważnego”.
„O, Boże, zmiłuj się nad nami”. Sąsiadka szczerze uniosła rękę. „Ktoś obcy kręcił się w nocy, a ty byłaś sama? Vernon jedzie na długą podróż? Boże, jakie to straszne. Tak – wejdź szybko. Oczywiście. Wejdź. Na pewno zajrzymy”.
Weszliśmy do przytulnego domu i znaleźliśmy się w małym, ale bardzo czystym i schludnym salonie, gęsto wypełnionym starymi, solidnymi meblami z ciemnego drewna.
Na ścianie wisiał nowoczesny telewizor z płaskim ekranem, a pod nim stała czarna skrzynka z magnetowidem, migająca zielonymi i czerwonymi światłami.
Pani Higgins, nieco zdezorientowana, włączyła telewizor, długo bawiąc się kilkoma pilotami.
„Proszę. Wygląda na to, że działa i widać efekty. Oficerze Pernell, niech pan sam opanuje tę technologię, bo ja jej za dobrze nie rozumiem. Mój wnuk ją skonfigurował.”
Policjant w milczeniu skinął głową, pewnie wziął pilota i zaczął szybko przewijać nagranie.
Zamarłem w pobliżu, nie odrywając wzroku od ekranu – bałem się, że cokolwiek przeoczę.
Na czarno-białym, ziarnistym nagraniu wyraźnie widać ulicę przed domem pani Higgins. Mój dom naprzeciwko. Bramę mojego podwórka. Fragment samego podwórka.
„Mówisz, że twój mąż wyszedł z domu około siódmej wieczorem?” – doprecyzował Gareth, nie odrywając wzroku od ekranu.
„Tak, około siódmej, może trochę później.”
Przewinął nagranie do ósmej sekundy i ustawił odtwarzanie na normalną prędkość.
Zdjęcie nie było najlepszej jakości — ziarniste, czarno-białe, w niektórych miejscach rozmazane z powodu padającego śniegu.
Ale ogólnie rzecz biorąc, dało się wyraźnie określić, co się dzieje.
Ulica była zupełnie pusta, opustoszała. Śnieg padał grubą warstwą – widoczność była bardzo słaba.
Czas nagrywania powoli się zbliżał.
Dziewiąta wieczorem Dziesiąta. Jedenasta.
„Tutaj” – powiedział nagle Pernell. „Przyjrzyj się uważnie – tutaj”.
Intensywnie trącił ekran grubym palcem.
Kilka minut do północy.
Na opustoszałej ulicy niespodziewanie pojawił się nieznany samochód — zwykła, ciemna limuzyna.
Podjechał powoli i niespiesznie, aż zatrzymał się tuż naprzeciwko mojego domu.
Z samochodu powoli wysiadł wysoki mężczyzna w ciemnej, obszernej kurtce i wełnianej czapce nasuniętej nisko na czoło.
Na nagraniu nie dało się w ogóle rozpoznać twarzy.
Spokojnie rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzał, czy nie ma świadków, po czym pewnym krokiem otworzył moją bramę i zniknął za nią, rozpływając się w ciemności.
„Panie, zmiłuj się” – wyszeptałam, czując, jak moje wnętrzności stają się zdradziecko zimne, a nogi miękną.
Po około dziesięciu minutach — może dwunastu — mężczyzna znów pojawił się w kadrze.
Wyszedł z mojego podwórka zupełnie spokojnie, równie spokojnie zamknął za sobą furtkę, wsiadł do samochodu i powoli, bez pośpiechu odjechał, znikając za zakrętem.
„Pauza” – rozkazał oficer Pernell, naciskając przycisk.
Przewinął nieco i zamroził obraz w momencie, gdy samochód był najlepiej widoczny.
„Oto tablica rejestracyjna. Trudno ją dostrzec z powodu śniegu i ciemności, ale myślę, że uda nam się rozróżnić kilka cyfr”.
Pochylił się bliżej.
„A tutaj – na bocznych drzwiach samochodu – to logo. Jakiś firmowy napis.”
Zmrużyłem oczy, intensywnie wpatrując się w rozmazany obraz na ekranie.
Na boku samochodu rzeczywiście było coś jasno namalowanego — jakiś duży napis, emblemat.
„Wygląda bardzo jak samochód służbowy” – mruknął zamyślony funkcjonariusz. „Zdecydowanie nie należy do osoby prywatnej. To jakaś organizacja, poważna firma… a może to rzeczoznawcy z agencji nieruchomości”.
Pani Higgins nagle się odezwała. Stała w pobliżu przez cały czas, uważnie obserwując, przyciskając obie dłonie do swojej obfitej piersi.
„Ale z agencji nieruchomości?”
Odwróciłem się do niej gwałtownie, nic nie rozumiejąc.
„Jacy rzeczoznawcy, Mario? Po co w ogóle rzeczoznawcy?”
„No cóż, nie wiem dokładnie”. Sąsiad zawahał się, zawstydzony. „Może ktoś planuje sprzedać dom. Robi wycenę”.
Nagle urwała w pół zdania, widząc moją całkowicie zbladłą, zamarzniętą twarz.
„Och, Ara, wybacz mi. Jestem starym głupcem. Pewnie powiedziałem coś głupiego.”
Ale oficer Pernell był już czujny niczym doświadczony pies.
„Pani Higgins, dlaczego od razu pomyślała pani o agencji nieruchomości?”
„No cóż… po prostu skojarzenie” – powiedziała cicho. „W zeszłym miesiącu rzeczoznawca z agencji nieruchomości przyszedł do mnie, kiedy szukałam mieszkania dla mojej córki w mieście. Przyjechał więc późnym wieczorem – nie miał czasu w ciągu dnia – dokładnie takim samym samochodem służbowym, z dużym, jaskrawym logo agencji na drzwiach. Po prostu wydał mi się bardzo podobny”.
Policjant powiększył obraz samochodu jeszcze bardziej, tak jak pozwalała na to jakość nagrania.
Napis na bocznych drzwiach był trudny do odczytania z powodu odległości i ciemności — niewyraźny — ale pierwsze słowo dało się rozróżnić.
Wydawało się, że to Hearth.
„Ognisko… coś jeszcze” – mruknął pod nosem.
Szybko zapisał to w swoim notatniku.
„Musimy pilnie sprawdzić wszystkie agencje nieruchomości w naszym mieście i powiecie. Dowiedzmy się, kto dokładnie ma samochody służbowe z podobnymi oznaczeniami”.
Milczałem, nie znajdując słów.
Jedna szalona, po prostu niewiarygodna myśl krążyła mi po głowie, przez co robiło mi się niedobrze.
Rzeczoznawca z agencji nieruchomości przyszedł wieczorem, żeby obejrzeć mój dom.
Ale kto mógł zadzwonić do tego rzeczoznawcy?
Dom był zapisany wyłącznie na mnie, w całości na moje nazwisko.
Nigdy nie dałem nikomu żadnych pozwoleń, ani pełnomocnictw.
Nie planowałem w ogóle czegokolwiek sprzedawać.
To był mój jedyny dom.
„Pani Vance”. Gareth Pernell delikatnie, ale stanowczo położył mi ciężką dłoń na ramieniu. „Czy przypadkiem nie udzieliła pani komuś oficjalnego, poświadczonego notarialnie pełnomocnictwa do swojego domu – do sprzedaży, do podpisywania dokumentów, umów?”
„Nie. Oczywiście, że nie”. Pokręciłem stanowczo głową. „Nawet nie myślałem o żadnej sprzedaży. To mój dom. Mieszkałem tu całe życie”.
„A twój mąż, Vernon, mógłby?”
Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod stóp.
Zamarłem.
„Vernon… ale on nie może nic zrobić bez mojej wiedzy i zgody. Dom jest w całości moją własnością – na moje nazwisko”.
„Teoretycznie naprawdę nie może – i nie powinien” – zgodził się powoli funkcjonariusz. „Ale w praktyce, niestety, zdarzają się różne nieprzyjemne sytuacje. Oszustwa. Fałszowanie podpisów i dokumentów”.
Spojrzał na mnie.
„Zdecydowanie sprawdźmy agencje nieruchomości we wszystkich dzielnicach. Jeśli to rzeczywiście był rzeczoznawca z jakiejś agencji, dowiemy się dokładnie, kto dokładnie zlecił tę nocną wycenę twojego domu”.
O porze lunchu siedzieliśmy w biurze Hearthstone Realty w centrum miasta.
Gareth Pernell znalazł w bazie danych pojazdów trzy agencje o podobnych logotypach i do nich zadzwonił.
A w trzecim potwierdzono:
Tak.
Ich rzeczoznawca wybrał się poprzedniego wieczoru na Chestnut Street.
Dyrektor agencji, Isaac Graves — mężczyzna około czterdziestki w drogim garniturze — przywitał nas z lekką uprzejmością, która słabo maskowała jego zdenerwowanie.
„Proszę usiąść”. Wskazał na skórzane fotele przed biurkiem. „W czym mogę pomóc?”
„Wczoraj pański pracownik udał się pod adres Chestnut Street 17” – zaczął Pernell, wyjmując odznakę. „Wycenił dom. Chcielibyśmy poznać szczegóły”.
„Kasztan 17”. Graves zmarszczył brwi, otworzył teczkę na biurku i przekartkował ją. „Tak, zgadza się. Zlecenie wyceny domu prywatnego z działką. W czym problem?”
„Problem w tym…” Pochyliłem się do przodu, starając się mówić spokojnie, choć ręce mi się trzęsły. „Że ten dom jest mój. I nie wezwałem nikogo na wycenę”.
Reżyser uniósł brwi.
„Jak to? Nakaz jest złożony na nazwisko właściciela. Spójrz tutaj.”
Odwrócił teczkę i pokazał dokument.
Vance Vernon Michael, klient.
Właściciel: Vance Ara.
„Właściciel udzielił pełnomocnictwa.”
„Jakie pełnomocnictwo?” – załamał mi się głos. „Nie udzieliłem żadnego pełnomocnictwa”.
Graves zamrugał ze zdziwieniem, jeszcze raz sięgnął do teczki i wyjął kolejną kartkę.
„Proszę bardzo. Pełnomocnictwo od Vance’a Ary, małżonka upoważnionego do reprezentowania interesów w transakcjach dotyczących nieruchomości. Poświadczone notarialnie.”
Wyciągnął dokument.
Chwyciłem kartkę i zacząłem wpatrywać się w nią wzrokiem.
Moje imię. Dane paszportowe. Adres.
Wszystko było w porządku.
Na dole — podpis.
Mój podpis.
Ale ja tego nie podpisałem.
Nigdy.
„To falsyfikat” – wyszeptałam, czując, jak pokój wiruje mi przed oczami. „Nie podpisałam tego”.
Oficer Pernell wziął ode mnie dokument i uważnie go przestudiował.
„Panie Graves, kiedy dostarczono panu to pełnomocnictwo?”
„Tydzień temu”. Graves odchrząknął. „Vernon Vance przyszedł osobiście, powiedział, że chce sprzedać dom, poprosił o wycenę. Załatwiliśmy wszystko, umówiliśmy się na wizytę na miejscu. Powiedział, że jego żona wiedziała – po prostu nie miała czasu się tym zająć, ufała mu”.
„I nie sprawdziłeś autentyczności pełnomocnictwa?” – zapytał funkcjonariusz, patrząc ciężko.
„Ma pieczęć notarialną. Wszystko zgodnie z wymogami”. Graves wiercił się na krześle. „Nie mamy obowiązku weryfikowania każdego pełnomocnictwa przez komisję notarialną. To nie nasza rola”.
„Pokaż mi całą korespondencję z klientem” – przerwał mu Pernell. „Wszystko, co masz – dokumenty, umowy, e-maile”.
Reżyser skinął głową i podszedł do komputera.
Siedziałem i patrzyłem w jeden punkt.
Zaszumiało mi w głowie.


Yo Make również polubił
„Ona się męczyła. Przesadzasz” – powiedział mój mąż po spędzeniu moich urodzin u swojej byłej. Nic nie powiedziałam. Kiedy cicho zdjęłam pierścionek i położyłam go na stole, zobaczył go z korytarza. Przeszłam obok niego BEZ SŁOWA
Naleśniki Oreo z polewą z serka śmietankowego
Zdecydowanie Mój Ulubiony Sposób na Oszczędzanie Pieniędzy i Czasu
Ciasto francuskie nadziewane szpinakiem i ricottą