W sklepie zapłaciłam za zakupy starszej pani. Nachyliła się i wyszeptała: „Kiedy męża nie ma w domu, nie dotykaj śniegu na podwórku”. Zaśmiałam się, ale słuchałam. Następnego ranka wyszłam na werandę – i omal nie zemdlałam na widok tego, co zobaczyłam. – Page 4 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

W sklepie zapłaciłam za zakupy starszej pani. Nachyliła się i wyszeptała: „Kiedy męża nie ma w domu, nie dotykaj śniegu na podwórku”. Zaśmiałam się, ale słuchałam. Następnego ranka wyszłam na werandę – i omal nie zemdlałam na widok tego, co zobaczyłam.

Prawnik wyjaśnił, że uzyskanie większej kwoty było trudne.

Nie było żadnych faktycznych szkód.

Transakcja nie doszła do skutku.

Dom został u mnie.

Vernon natychmiast zapłacił pieniądze.

Na sali sądowej patrzył w podłogę i nie podnosił wzroku.

Nie przeprosił.

Rozwód został sfinalizowany miesiąc później.

Vernon zamieszkał ze swoim bratem.

Zabrał swoje rzeczy, gdy mnie nie było w domu.

Specjalnie poszedłem do przyjaciela, żeby uniknąć spotkania z nim.

Kiedy wróciłem, dom był pusty.

Połowa szafy była wypełniona pustymi półkami.

Na ścianie, tam gdzie wisiało jego zdjęcie, znajdowało się światło.

Zdjąłem resztę zdjęć, włożyłem je do pudełka i schowałem na strychu.

Nie wyrzuciłam ich.

Przecież to jedna trzecia wspólnego życia.

Ale nie chciałem już na nie patrzeć.

Pierwsze tygodnie po rozwodzie były dziwne.

Cisza w domu była ogłuszająca.

Nikt nie trzasnął drzwiami.

Nikt nie domagał się kolacji.

Nikt nie narzekał.

Przechodziłem przez pokoje i nie wiedziałem, czy cieszyć się, czy płakać.

Sąsiedzi byli wspierający.

Pani Higgins przychodziła codziennie z ciastami i nowinami.

Petersonowie zaprosili mnie na herbatę.

Oficer Pernell zaglądał tam kilka razy i pytał: „Czy wszystko w porządku?”

„Jest pani silna, pani Vance” – powiedział kiedyś przy herbacie. „Nie każda kobieta w pani wieku zdecydowałaby się zacząć życie od nowa, ale pani daje sobie radę”.

„Jaki mam wybór?” – parsknęłam śmiechem. „Siedzieć i użalać się nad sobą? Wielu właśnie tak robi”.

„Ale trzymaj się. To jest wiele warte.”

Zacząłem myśleć o pracy.

Do emerytury było jeszcze daleko, z czego więc miałem żyć?

Odszkodowanie i moje oszczędności nie wystarczą na długo.

Nie chciałem sprzedawać domu.

To było wszystko, co pozostało.

Przejrzałem reklamy.

W moim wieku możliwości wyboru były ograniczone: sprzedawca, sprzątacz, stróż nocny.

Wymagania były przerażające: wiek poniżej czterdziestu pięciu lat, doświadczenie zawodowe, umiejętność obsługi komputera.

Gdzie miałaby pójść gospodyni domowa z trzydziestoletnim stażem?

Na początku kwietnia miałem szczęście.

Lokalna biblioteka poszukiwała asystenta bibliotekarza.

Praca na część etatu. Niska pensja.

Ale blisko domu.

Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną z reżyserką Nenah, miłą kobietą około sześćdziesiątki.

„Doświadczenie z książkami?”

„Nie” – przyznałem – „ale dużo czytam. Całe życie. Uwielbiam książki”.

Mówiłem szczerze.

Czytanie było dla mnie ucieczką przez wszystkie te lata.

„Wystarczy” – uśmiechnęła się Nenah. „Potrzebuję kogoś, kto kocha książki, a nie tylko odlicza godziny. Przyjdź w poniedziałek”.

Biblioteka okazała się miejscem cichym i przytulnym.

Stary budynek z wysokimi sufitami, skrzypiącą podłogą z parkietu, rzędami półek — pachnący papierem i wygodą.

Szybko załapałem, o co chodzi: pomagałem czytelnikom, odkładałem książki na półki, zaklejałem okładki.

Praca nie była ciężka, ale przyjemna.

Stopniowo poznawałam stałych bywalców — babcie szukające romansów, uczniów z klasyką, młode mamy z bajkami i starszego emerytowanego wojskowego z książkami historycznymi.

Jedna ze stałych czytelniczek, Vivian, mająca około siedemdziesięciu lat, pewnego dnia zatrzymała się przy ladzie.

„Ara, kochanie, czy to nie o tobie opowiadała Maria Higgins?”

„Pani Higgins – tak. Jesteśmy sąsiadami.”

„Opowiedziała ci historię” – powiedziała Vivian łagodnie – „o mężu, który chciał sprzedać dom. Jakie to okropne”.

Zacisnęłam usta.

„To było zimą. Teraz już minęło.”

„Ale dobrze dla ciebie” – powiedziała Vivian, kładąc rękę na moim ramieniu – „że nie tolerowałaś tego”.

„Znosiłam to przez trzydzieści lat” – kontynuowała. „Pił, biegał, podnosił na mnie rękę. Zostałam – wychowałam dzieci. Zmarł na marskość wątroby dziesięć lat temu. Dopiero po jego śmierci zrozumiałam, jak można żyć swobodnie, bez strachu”.

„Masz jeszcze mnóstwo życia przed sobą” – dodała Vivian. „Pięćdziesiąt osiem lat to mało. Moja przyjaciółka wyszła za mąż w wieku sześćdziesięciu dwóch lat – szczęśliwa jak uczennica. Nie poddawaj się”.

Vivian zaczęła przychodzić częściej.

Przedstawiła mnie innym kobietom – Lucille, Tammy, Zorze – mniej więcej w moim wieku, wdowom lub rozwiedzionym.

Spotykali się, chodzili do teatru, na wystawy.

„Dołącz do nas” – zaproponowała pewnego dnia Lucille. „W sobotę w ośrodku kultury odbędzie się koncert muzyki retro – Relive Our Youth”.

Zgodziłem się.

Dawno nigdzie nie byłem.

Wraz z Vernonem życie kulturalne zakończyło się dziesięć lat temu.

Uważał to za stratę czasu.

Koncert okazał się przyjemny.

Piosenki mojej młodości – lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte.

Słuchałem znanych melodii i czułem, jak coś we mnie topnieje.

Obok moi przyjaciele śpiewali, śmiali się i dzielili wspomnieniami.

Po koncercie poszliśmy do kawiarni i rozmawialiśmy szczerze.

Każdy miał swoją własną trudną historię.

Mąż Lucille odszedł do młodszej kobiety.

Mąż Tammy zmarł w wieku czterdziestu pięciu lat.

Zora nigdy nie wyszła za mąż – poświęciła swoje życie pracy.

„Wiesz, co sobie uświadomiłam?” powiedziała Tammy, mieszając herbatę. „Szczęście nie tkwi w mężczyznach. Jest w nas. Jeśli masz hobby, przyjaciół, cel – jesteś szczęśliwa. A jeśli całe szczęście tkwi w mężu, on odchodzi i tyle. Życie się kończy”.

„Mam rację?” Zora skinęła głową. „Całe życie byłam sama. Żyję, pracuję, chodzę do teatrów – pełnią życia”.

Posłuchałem i uznałem, że mają rację.

Przez całe życie budowałem swój plan dnia wokół Vernona — jego harmonogramu, pragnień i nastrojów.

Zapomniałem o sobie.

Teraz musiałam sobie przypomnieć, kim jestem, co kocham i czego pragnę.

W domu wyjąłem stary album.

Miałam wtedy dwadzieścia lat i byłam studentką Teachers College.

Marzyłam o tym, żeby zostać nauczycielką.

Potem się ożeniłem.

Dzieci się nie wydarzyły.

Nie poszedłem do pracy.

Przez trzydzieści lat nie wychodziłem z domu.

Ale były marzenia.

Chciałem rysować, podróżować, nauczyć się francuskiego.

Odkładałem to wszystko na później.

Teraz nic nie mogło mnie powstrzymać.

Wziąłem notatnik i napisałem:

„Czego chcę?

Po pierwsze — naucz się rysować.

Dwa — idź do muzeum miejskiego.

Trzy — naucz się francuskiego.

Cztery — uporządkuj ogród.

Piąta rzecz — znajdź sobie hobby.

Lista była krótka, ale to był początek.

Uśmiechnęłam się – po raz pierwszy od miesięcy.

Z poważaniem.

Następnego dnia zapisałem się na zajęcia rysunkowe w ośrodku kultury.

Zajęcia we wtorki i czwartki, w moje dni wolne.

Instruktorka, Alice, przywitała mnie serdecznie.

„Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć” – powiedziała. „Najważniejsze to chcieć”.

Pierwsze lekcje były trudne.

Moja ręka odmówiła posłuszeństwa.

Linie były krzywe.

Ale się nie poddałam.

Wróciłem do domu i ćwiczyłem.

Pod koniec kwietnia narysowałem swoją pierwszą martwą naturę — ​​jabłka w wazonie.

Powiesiłam je w kuchni i czułam dumę za każdym razem, gdy na nie patrzyłam.

W maju zdecydowałem się na wycieczkę.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Znalazłem stary sweter… i odkryłem w nim małe, czerwone kulki…

Żegnajcie swetry, szaliki, a nawet kilka cennych pamiątek: bez wahania wyrzuciłam wszystko do  kosza  . Potem  wszystko dokładnie wyczyściłam: dezynfekowałam, szczotkowałam, wietrzyłam, wietrzyłam ...

Leave a Comment