Zadzwoniłem do rodziców, żeby podzielić się z nimi nowiną.
„Studia prawnicze?” – głos mojej matki był niedowierzający. „Nie mówisz poważnie”.
„Suffach zaoferował mi pełne stypendium” – powiedziałem, starając się zachować spokój. „Zaczynam jesienią”.
Zapadła długa cisza. Potem odezwał się mój ojciec.
„Słuchaj, kochanie, doceniamy, że starasz się być lepsza” – powiedział – „ale studia prawnicze? Z trudem przebrnęłaś przez liceum. To będzie ogromna strata twojego czasu i ich zasobów”.
„Mam ocenę 4.0 z Lakewood.”
„Community college” – wtrąciła moja mama. „To nie to samo”.
„Brenda nigdy by tego nie powiedziała, bo jest zbyt miła” – kontynuowała – „ale martwimy się, że skazujesz się na druzgocącą porażkę. Studia prawnicze są niesamowicie trudne. Może powinnaś pomyśleć o czymś bardziej realistycznym”.
Rozłączyłem się, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć. Potem spakowałem cały swój dobytek do mojej piętnastoletniej Hondy i pojechałem do Bostonu.
Prawo w Suffach było brutalne. Moi rodzice mieli rację co do jednego: było niesamowicie trudne. Uczyłem się 80 godzin tygodniowo, żywiłem się ramenem i masłem orzechowym i prawie nie spałem.
Pozostali studenci pochodzili z lepszych szkół, z lepszego środowiska. Mieli rodzinne koneksje i możliwości stażu, które czekały na nich jeszcze przed końcem pierwszego semestru. W mojej głowie nie było nic poza słowami profesora Andersona i palącą potrzebą udowodnienia wszystkim, że się mylą.
Moja rodzina nie odwiedzała mnie. Nie dzwonili. Kiedy nadeszło Święto Dziękczynienia, pracowałam jako hostessa w restauracji w centrum miasta, zamiast wracać do domu. Boże Narodzenie było takie samo.
Moi rodzice wysłali kartkę z banknotem 50 dolarów w środku i krótką notatką: „Myślimy o Tobie w tym trudnym czasie”. Brenda z kolei została młodszym partnerem w swojej nowojorskiej firmie.
Facebook mojej mamy był pełen zdjęć – Brenda na galach charytatywnych, Brenda odbierająca nagrody, Brenda udzielająca wywiadów dla czasopism prawniczych. Złote dziecko wciąż błyszczało.
Uczyłem się ciężej.
W drugim roku coś się zmieniło. Prawo zaczęło nabierać sensu w sposób, jakiego wcześniej nie było. Dostrzegałem schematy, argumenty, strategie.
Pewnego dnia po zajęciach moja profesor od kontraktów, surowa kobieta o nazwisku dr Helen Vasquez, wzięła mnie na stronę.
„Masz wyjątkowe zdolności analityczne” – powiedziała. „Myślałeś o staraniu się o pracę w dziale prawa?”
Nie. Przegląd prawniczy był dla najlepszych studentów, tych, którzy mieli zostać asystentami Sądu Najwyższego i wspólnikami w dużych firmach prawniczych, a nie dla studentów przenoszących się z uczelni społecznych, pracujących na trzech etatach.
„Powinieneś złożyć podanie” – kontynuował dr Vasquez. „Napiszę ci rekomendację”.
Zdałem egzamin prawniczy. Otrzymałem również nagrodę za osiągnięcia naukowe dla studentów drugiego roku i zapewniłem sobie letni staż w małej kancelarii prawnej zajmującej się obroną w sprawach karnych.
Kiedy zadzwoniłem, żeby powiedzieć o tym rodzicom, moja matka westchnęła.
„To miłe, kochanie. Brenda właśnie się zaręczyła. On jest absolwentem Harvardu z tytułem MBA. Planują ślub wiosną”.
Oczywiście, że tak.
W trzecim roku ukończyłem studia z wyróżnieniem. Zająłem trzecie miejsce w swojej klasie. Miałem dwie oferty pracy od szanowanych bostońskich firm. Egzamin adwokacki był zaplanowany na lipiec i uczyłem się do niego, jakby od tego zależało moje życie – bo pod wieloma względami tak właśnie było.
Moi rodzice nie przybyli na moje zakończenie studiów prawniczych. Ślub Brendy odbywał się w ten sam weekend i oczywiście to było priorytetem. Siedziałem na widowni otoczony kolegami z klasy i ich dumnymi rodzinami, czując znajome ukłucie zapomnienia.
Profesor Anderson przyleciała z Ohio. Siedziała w drugim rzędzie i wiwatowała, gdy wywołano moje nazwisko. Potem zabrała mnie na kolację do włoskiej restauracji w North End.
„Twoja rodzina na ciebie nie zasługuje” – powiedziała przy makaronie. „Ale to nie ma znaczenia. Zrobiłeś to dla siebie”.
„Zrobiłem to, żeby udowodnić im, że się mylą” – przyznałem.
Uśmiechnęła się.
„To też działa.”
Wyniki egzaminu adwokackiego nadeszły w listopadzie. Przeprowadziłem się do maleńkiej kawalerki w Cambridge i w oczekiwaniu na wyniki pracowałem jako urzędnik w Morrison and Associates.
E-mail dotarł o 6:47 rano.
Zdałem. Nie tylko zdałem – znalazłem się w górnych 5%.
Siedziałam na podłodze w swoim mieszkaniu i płakałam. Potem zadzwoniłam do rodziców.
„To wspaniale, kochanie” – powiedziała mama roztargnionym głosem. „Twój tata i ja właśnie jedziemy do domu Brendy. Jest w ciąży. Będziemy pomagać w pokoju dziecięcym”.
„Zdałem egzamin adwokacki.”
„Tak, wspomniałeś o tym. Jesteśmy bardzo dumni. Słuchaj, możemy do ciebie oddzwonić? Już prawie jesteśmy u niej w domu.”
Nigdy nie oddzwonili.
Morrison and Associates specjalizowała się w obronie karnej. Praca była ciężka, godziny długie, a wynagrodzenie skromne, ale uwielbiałam to.
Uwielbiałam wyzwanie, jakie wiązało się z budowaniem sprawy, dreszczyk emocji towarzyszący przesłuchaniu krzyżowemu i satysfakcję z uniewinniania klientów, których wszyscy inni skreślili.
Mój szef, Frank Morrison, był sędziwym weteranem, który praktykował od 40 lat. Nauczył mnie, jak czytać składy sędziowskie, jak znaleźć prawdę w dowodach, jak walczyć o ludzi, których system porzucił.
„Jesteś w tym dobry” – powiedział mi po tym, jak wygrałem swój pierwszy proces. „Naprawdę dobry. Masz instynkt, którego większość prawników nigdy nie rozwija”.
Każdą sprawę traktowałem tak, jakby była najważniejszą w mojej karierze. Zbudowałem reputację osoby sumiennej, nieustępliwej i przygotowanej. Inni prawnicy zaczęli polecać mnie klientom. Sędziowie zaczęli mnie rozpoznawać w sądzie.
Moja rodzina nie miała o tym pojęcia.
Rozmawiałyśmy może ze trzy razy do roku. Były to krótkie rozmowy telefoniczne, podczas których matka opowiadała mi o osiągnięciach Brendy i zadawała zdawkowe pytania na temat mojej drobnej pracy prawniczej.
Potem przyszła sprawa Fitzgeralda.
Daniel Fitzgerald został oskarżony o defraudację 3 milionów dolarów od swojego pracodawcy, średniej wielkości firmy inwestycyjnej. Dowody wydawały się obciążające – przelewy bankowe na jego nazwisko, sfałszowane dokumenty, papierowy ślad, który zdawał się prowadzić bezpośrednio do niego.
Prokuratura była pewna. Media już go skazały.
Frank przydzielił mi tę sprawę.
„To twoja szansa” – powiedział. „Wysoka rozpoznawalność, mnóstwo uwagi. Wygraj to, a zrobisz sobie nazwisko”.
Przygotowania trwały cztery miesiące. Przejrzałem każdy dokument, każdy wyciąg bankowy, każdy e-mail. Zatrudniłem biegłych księgowych. Zweryfikowałem świadków i powoli dostrzegłem nieścisłości – schematy, które nie do końca pasowały, harmonogramy, które nie miały sensu.
Ktoś wrobił Daniela Fitzgeralda i mogłem to udowodnić.


Yo Make również polubił
sałatka z ogórków:
Wystarczy wymieszać 200 ml WODY z SODĄ OCZYSZCZONĄ i nie trzeba już wydawać pieniędzy w markecie
Dalekowzroczność? 10 wskazówek, jak żyć lepiej z dalekowzrocznością
Wazelina i pasta do zębów: Nie spodziewałem się, że będą miały tak magiczny efekt! Natychmiastowe rozwiązywanie problemów