„Trzymam cię przy sobie, żeby ułatwić sobie życie, a nie żeby mnie wypytywać” – warknęła. Powiedziałem: „Ciekawe” i puściłem to mimo uszu. Spakowałem jej rzeczy w weekend, kiedy jej nie było. Wróciła do domu, a tam pudła i moja notatka: „Znajdź kogoś innego, żeby się mną opiekować”. – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

„Trzymam cię przy sobie, żeby ułatwić sobie życie, a nie żeby mnie wypytywać” – warknęła. Powiedziałem: „Ciekawe” i puściłem to mimo uszu. Spakowałem jej rzeczy w weekend, kiedy jej nie było. Wróciła do domu, a tam pudła i moja notatka: „Znajdź kogoś innego, żeby się mną opiekować”.

Patrząc wstecz, wyraźnie widzę ten schemat. W tamtym czasie każdy incydent wydawał się odosobniony – drobne konflikty, które można było załagodzić, trudne chwile, które przeminęły.

Założyłem, że jesteśmy partnerami doświadczającymi przejściowej nierównowagi.

Jeszcze nie rozumiałem, że sednem sprawy jest właśnie ta nierównowaga.

W tym czasie znalazłem Post-it.

Żółty.

„90 DNI”, które napisałem kilka miesięcy wcześniej, wciąż wisiało na lodówce pod magnesem w kształcie flagi, z podwiniętymi brzegami i wyblakłym tuszem.

W pewnym momencie Sarah dodała do tego własnoręcznie: małą uśmiechniętą buźkę i serduszko.

Jakby to było słodkie.

Jakby nic się nie stało.

Przyglądałem się temu dłużej, niż powinienem, i coś we mnie znów się ścisnęło – nie złość, a rozczarowanie.

Ponieważ dziewięćdziesiąt dni zamieniło się w dziewięć miesięcy.

A jedyne, co się zmieniło, to lista rzeczy, których się spodziewała.

Incydent z grypą powinien być dla mnie przebudzeniem.

Naprawdę się rozchorowałem – gorączka, dreszcze, choroba, która przykuwa do materaca, a sufit wydaje się oddalony o mile. Zadzwoniłem do pracy, że jestem chory i spędziłem dzień, próbując przeżyć o wodzie i silnej woli.

Sarah przyszła do sypialni przed wyjściem do pracy, już ubrana i przeglądająca zawartość telefonu.

„Jaki jest plan na kolację?”

Ledwo mogłem unieść głowę. „Resztki w lodówce”.

Wydała z siebie zirytowany dźwięk. „Nie chcę resztek. Możesz coś zamówić, zanim wrócę do domu?”

„Sarah, ledwo mogę się ruszyć.”

„To tylko twój telefon” – powiedziała. „Trzy kliknięcia. Dasz radę?”

Ciężkie westchnienie. „Chyba tak. Potrzebujesz czegoś ze sklepu?”

„Może jakieś lekarstwo” – powiedziałem chrapliwym głosem.

Sprawdziła godzinę na ekranie. „Właściwie to się spóźnię. Napisz do mnie, jeśli coś ci przyjdzie do głowy”.

Ona odeszła.

Nie „Jak się czujesz?”

Brak oferty odebrania leków na przeziębienie.

Żadnego przyznania, że ​​mam problemy.

Wróciła do domu osiem godzin później z jedzeniem na wynos dla siebie i wydawała się zirytowana tym, że wciąż leżałem w łóżku.

„Nadal jesteś chory?” zapytała, jakby było to dla niej uciążliwe.

„Nigdy nie byłem wolny od choroby” – powiedziałem.

„No cóż” – powiedziała, wzruszając ramionami – „mogłeś chociaż zamówić coś porządnego. To pachnie niesamowicie”.

Usiadła na brzegu łóżka, postawiła jedzenie na wynos na mojej szafce nocnej i jadła, podczas gdy ja wpatrywałem się w ścianę.

Później, gdy zasnęła, leżałem bezsennie i próbowałem przekonać samego siebie, że to nie oznacza tego, co oznacza.

Nie warto wszczynać konfliktu.

Dwa miesiące później przeziębiła się — łagodnie, z jakimi większość ludzi radzi sobie bez problemu.

Przyniosłem jej lekarstwo, zanim o nie poprosiła. Gotowałem zupę od podstaw, siekałem warzywa z dbałością kogoś, kto próbuje coś udowodnić. Sprawdzałem, co u niej, poprawiałem poduszki, utrzymywałem ciszę w mieszkaniu.

Przyjęła to wszystko jako naturalny porządek.

Nie przyszło jej do głowy, że ta dysproporcja jest aż tak drastyczna.

Gdzieś w środku tego wszystkiego moje życie zaczęło się kurczyć.

Moi znajomi przestali mnie gdzieś zapraszać, bo byłam ciągle „zajęta”. Nie mówiłam im, że jestem zajęta kupnem ulubionego mleka owsianego Sary po drugiej stronie miasta albo czekaniem w kolejce w sklepie po świeczkę, którą uznała za niezbędną.

Moje korki do piłki nożnej zbierały kurz w szafie.

Motocykl stał w garażu jak pytanie.

A moje mieszkanie – mieszkanie mojej babci, moje ciężko wypracowane sanktuarium – zaczęło sprawiać wrażenie mniej domu, a bardziej maszyny, której zadaniem jest zapewnianie komfortu komuś, kto jej nie szanuje.

Tydzień przed tym, jak wszystko się zawaliło, zrobiłem coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.

Stworzyłem arkusz kalkulacyjny.

Nie jako broń.

Nie jako sposób na wygraną.

Aby nie zwariować.

Bo kiedy ciągle słyszysz, że „liczysz punkty” za zauważanie rzeczywistości, zaczynasz wątpić we własną percepcję.

Więc otworzyłem laptopa, stworzyłem prostą tabelę i przez siedem dni śledziłem to, co robiłem.

Kawa: siedem poranków.

Dania: sześć nocy.

Pranie: dwa wsady.

Zakupy spożywcze: jedno.

Sprawunki: jedenaście przystanków.

Przygotowano: pięć posiłków.

Rzeczy, które zrobiła Sarah: jeden Venmo za dwadzieścia dolarów.

Wpatrywałem się w te liczby, jakby były dowodem na to, że sobie tego nie wyobrażam.

I wtedy dotarło do mnie – mocniej niż jakikolwiek argument – ​​że nie byłem po prostu zmęczony.

Byłem wyczerpany.

Fizycznie nie.

Egzystencjalnie.

Był wtorek wieczorem i czułam to w kościach.

Siedziałam w swoim salonie, przeglądając nieodebrane połączenia od znajomych, których kiedyś widywałam co tydzień, i nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zrobiłam coś po prostu dlatego, że sprawiło mi to przyjemność.

Sarah wróciła z pracy, nie przywitała się ze mną i zapytała: „Odebrałeś moją receptę?”

Miałem.

Jasne, że tak.

Bo zawsze tak robiłem.

I w tym momencie zrozumiałem coś z doskonałą jasnością:

To nie było partnerstwo.

To była praca, o którą się nie ubiegałem i za którą nie otrzymywałem wynagrodzenia.

Walka miała miejsce w czwartek wieczorem.

Wróciłem do domu około szóstej trzydzieści po ciężkim dniu w pracy, awarii systemu, która sprawiła, że ​​zostałem po godzinach, pracując w porze lunchu i rozwiązując kryzysy innych. Byłem wyczerpany w sposób, który sprawia, że ​​skóra staje się zbyt napięta.

Mieszkanie zostało zniszczone.

Jej poranną kawę wciąż stawiała na stole.

Jej ubrania, które miała na sobie wcześniej, wisiały na meblach.

Poczta rozrzucona po ladzie.

Naczynia piętrzą się w zlewie.

Sarah siedziała na kanapie w swoim roboczym ubraniu i oglądała Netflixa.

„Hej” – powiedziała, nie podnosząc wzroku.

„Hej” – powiedziałem. „Zjadłeś kolację?”

„Nie” – odpowiedziała zirytowana. „Wróciłam do domu jakąś godzinę temu. Odpoczywałam”.

Spojrzałem na kubek kawy, na pierścionek na stole, na dowód jej długotrwałej obecności. „Planowałaś to posprzątać?”

„Co wyczyścić?”

Wskazałem na chaos. „To. Twoje rzeczy wszędzie”.

Natychmiastowa postawa obronna. „Miałem zamiar. Usiadłem tylko na chwilę.”

„Godzinę temu”.

Jej oczy się zwęziły. „Naprawdę mierzysz mi czas w tej chwili?”

„Pytam, czy posprzątasz po sobie.”

Wyciszyła telewizor i odwróciła się do mnie twarzą, krzyżując ramiona. „Jaki masz dziś problem?”

„Nie mam problemu” – powiedziałem i od razu zdałem sobie sprawę, że to było kłamstwo.

„Cały tydzień byłeś dziwny” – kontynuowała, jakby czytała z kartki. „Zdystansowany. Opryskliwy wobec mnie. Zapominający o rzeczach”.

„Nie zapominam o niczym” – powiedziałem cicho. „Postanowiłem tego nie robić”.

Zamrugała, jakbym mówiła w obcym języku. „Jaka jest różnica?”

Coś we mnie pękło.

„Kiedy ostatnio gotowałeś obiad?” – zapytałem.

„Nie wiem. Dlaczego to takie ważne?”

„Kiedy ostatnio sprzątałeś łazienkę? Byłeś na zakupach? Robiłeś tu coś, co nie było przeznaczone wyłącznie dla ciebie?”

„Prowadzisz rachunki?” Jej głos stał się ostry. „O to chodzi? Liczysz, kto co robi?”

„Nie liczę punktów” – powiedziałem. „Wspominam tylko, że sam wszystko robię”.

„To nieprawda.”

Ale wahała się, szukając przykładów.

„Ja… ja się dokładam” – powiedziała w końcu. „Czasami płacę za zakupy spożywcze”.

„Raz w miesiącu wysyłasz mi dwadzieścia dolców przez Venmo” – powiedziałem. „Rachunek za zakupy to dwieście”.

Jej twarz poczerwieniała. „Nie mogę uwierzyć, że tak na mnie naskakujesz. Ja też pracuję, Jake. Ja też jestem wyczerpana”.

„To dlaczego wracasz do domu i nic nie robisz, a ja wracam do domu i robię wszystko?”

Pytanie zawisło na włosku, surowe i nie do odpowiedzi.

Zmieniła taktykę, przechodząc z obrony do ataku.

„Wiesz, o co mi tak naprawdę chodzi?” – powiedziała. „Masz do mnie pretensje. Masz pretensje, że mam życie poza tym apartamentem. Że mam przyjaciół i zainteresowania, a nie zadowalam się porządkowaniem garażu przez cały weekend, tak jak ty”.

„To nie jest—”

„Lubisz być odpowiedzialny” – kontynuowała, nabierając tempa. „To sprawia, że ​​czujesz się lepszy, jakbyś był o wiele lepszy ode mnie, bo przygotowujesz posiłki i oznaczasz szafę kolorami”.

Spojrzałem na nią.

„Przygotowuję posiłki” – powiedziałem – „bo inaczej byśmy nie jedli. Utrzymuję mieszkanie w czystości, bo inaczej byłaby katastrofa”.

„Widzisz, jest” – powiedziała, a jej oczy błyszczały. „Nie chciałyśmy jeść. Jakbym była jakimś bezbronnym dzieciakiem, który nie potrafi sam się wyżywić”.

Kiedy ostatni raz robiłeś sobie obiad, kiedy mnie nie było?

„Potrafię o siebie zadbać.”

„To dlaczego tego nie zrobisz?”

Zaśmiała się – cicho i z zadowoleniem. „Bo nie muszę”.

Słowa wypowiedział głośno, niemal triumfalnie. „Bo tu jesteś. Tak właśnie robią partnerzy. Pomagają sobie nawzajem”.

„Pomoc działa w obie strony, Sarah.”

„Pomagam ci” – nalegała, ale przekonanie to chyliło się ku upadkowi. „Wspieram cię emocjonalnie. Jestem przy tobie”.

„Kiedy?” zapytałem. „Kiedy byłeś przy mnie?”

„Cały czas.”

„Miałam grypę dwa miesiące temu” – powiedziałam. „Ani razu mnie nie sprawdziłeś. Prosiłeś, żebym zamówiła ci kolację do łóżka, bo nie chciałeś resztek”.

„Byłam zajęta” – powiedziała.

„Zawsze jesteś zajęty” – powiedziałem. „Ale ja jakoś nigdy nie jestem zbyt zajęty, żeby coś dla ciebie zrobić”.

Jej głos stał się zimny. Kliniczny. „Wiesz, jaki masz problem, Jake? Myślisz, że wykonywanie prostych prac domowych czyni cię wyjątkowym. Tak jak gotowanie i sprzątanie to wielkie osiągnięcia”.

„Nie sądzę, żeby to były osiągnięcia” – powiedziałem. „Myślę, że to rzeczy, które dorośli robią, żeby utrzymać się przy życiu”.

„No cóż, gratuluję dorosłości” – powiedziała z nutą sarkazmu. „Chcesz puchar?”

„Chcę partnera.”

Zaśmiała się gorzko i ostro. „Partnera? Nie chcesz partnera”.

„Czego jeszcze mógłbym chcieć?”

Spojrzała na mnie jak na idiotę. Jakby odpowiedź była tak oczywista, że ​​nie trzeba jej było wypowiadać.

„Chcesz mieć kogoś, o kogo mogłabyś się zatroszczyć” – powiedziała. „Kogoś, kto sprawi, że poczujesz się potrzebna. To cała twoja tożsamość”.

„Moja tożsamość to troska o ciebie” – powiedziałem, a mój głos zaskoczył mnie tym, jak spokojny był.

„Tak” – powiedziała, pstrykając palcami, jakby rozwiązała zagadkę. „Uwielbiasz to. Musisz czuć się potrzebny. Bo inaczej, kim jesteś?”

Okrucieństwo tego nie było głośne.

To było skuteczne.

„Nie muszę być potrzebny” – powiedziałem. „Właściwie to byłoby wspaniale, gdybyś choć raz się postarał”.

„To dlaczego to robisz?” – zapytała. „Nikt cię nie zmusza”.

„Podajesz mi listy” – powiedziałem. „Denerwujesz się, kiedy nie robię ci kawy”.

„I robisz to” – odparła – „bo w głębi duszy tego chcesz. Bo dzięki temu czujesz się ważny”.

Poczułem, jak coś pęka — czysto i ostatecznie.

„Nie wiesz już, kim jestem” – powiedziałam. „Nie byłam sobą od miesięcy, bo jestem zbyt zajęta byciem twoją…”

„Bycie twoim czym?” naciskała, wyczuwając krew.

„Mój asystent” – powiedziałem.

„O, i mamy to” – prychnęła. „Kompleks ofiary”.

„Nie gram ofiary” – powiedziałem. „Stwierdzam fakt”.

„Myślisz, że jesteś moim asystentem?” – zapytała z niedowierzaniem. „Naprawdę?”

„Jak inaczej byś to nazwał?”

Odchyliła się do tyłu, jakby chciała dojść do wniosku, który nosiła w sobie od dłuższego czasu.

„Niektórzy przewodzą, a inni wspierają” – powiedziała. „Ty wspierasz. Taka jest rzeczywistość”.

Słowo to zabrzmiało jak policzek.

„A jaka jest twoja rola?” – zapytałem.

„Moją rolą jest żyć swoim życiem” – powiedziała, a w jej oczach pojawiło się coś, co wcale nie było wstydem – „i mieć kogoś, kto ułatwia mi to życie”.

Zrobiło mi się sucho w ustach.

Spojrzałem na nią prosto, a pytanie stało się ostre i nieuniknione.

„Tak, czy nie, Sarah?” – zapytałem. „Widzisz mnie jako partnera, czy jako kogoś, kto ułatwia ci życie?”

Została osaczona.

Zobaczyłem to w jej oczach, gdy tylko zdała sobie sprawę, że zdobyła się na szczerość.

Powiedziała to jasno i rzeczowo, jakby była to najrozsądniejsza rzecz na świecie.

„Trzymam cię przy sobie, żeby ułatwić sobie życie” – warknęła. „A nie po to, żeby mnie przesłuchiwać”.

Nastąpiła całkowita cisza.

Wydawała się zaskoczona, że ​​powiedziała to na głos.

Ja też byłem zaskoczony.

Ale oto była prawda, naga, między nami.

Zachowałem spokój. Złość odpłynęła, zastąpiona czymś chłodniejszym i o wiele bardziej ostatecznym.

Przejrzystość.

„Ciekawe” – powiedziałem.

Jej wyraz twarzy natychmiast się zmienił. „Nie miałam na myśli… nie, to naprawdę interesujące. Naprawdę rozjaśniające, Jake”.

Podniosłem rękę.

„Idę na spacer.”

„Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać!” – zawołała za mną.

„Tak” – powiedziałem, już chwytając kluczyki. „Tak”.

Nie oglądałem się za siebie.

Szedłem ponad godzinę przez chłodny wieczór, mijając znajome ulice, które teraz wydawały się inne, jakbym patrzył na nie z zewnątrz. Reflektory samochodów przemykały po mokrym chodniku. Gdzieś na ganku przez otwarte okno rozgrywany był mecz piłki nożnej. Gdzie indziej czyjś pies szczekał, jakby chronił coś, co warto zachować.

Każda sprawa, którą dla niej załatwiłem. Każdy obiad, który ugotowałem, gdy ona przeglądała telefon. Każdy weekend, który poświęciłem.

Wszystko miało sens.

Nie traktowała mnie jak coś oczywistego, jak to mówią ludzie.

Naprawdę wierzyła, że ​​to naturalny porządek rzeczy.

Niektórzy ludzie byli budowniczymi.

Niektórzy ludzie byli infrastrukturą.

Byłem infrastrukturą.

Uświadomienie sobie tego nie było bolesne.

To było wyzwalające.

Usiadłam na ławce przed sklepem na rogu i obserwowałam ludzi wchodzących i wychodzących, niosących torby, śmiejących się, rozmawiających, żyjących swoim życiem, jakby należało do nich.

Złożyłam sobie cichą obietnicę: jeśli będzie chciała niewidzialną belkę wspierającą, może jej poszukać gdzie indziej.

Potem zrobiłem coś, czego unikałem przez miesiące.

Zaplanowałem.

Wykonałem dwa telefony.

Pierwszą wiadomość wysłałem do Marcusa, mojego przyjaciela, który był właścicielem małej firmy przeprowadzkowej.

Marcus był typem przyjaciela, który na początku nie zadawał zbyt wielu pytań, ponieważ nauczył się, że czasami nie potrzeba pytań – potrzeba działania.

Powiedziałem krótko. „Potrzebuję pomocy w przeprowadzce. W sobotę rano. Dasz radę?”

Zapadła cisza.

Marcus poznał Sarę.

„Ona?” zapytał.

„Tak” – powiedziałem. „Wreszcie”.

„O której godzinie?”

„Ósma rano. Już jej nie będzie. Konferencja służbowa w Chicago. Wraca w niedzielę wieczorem”.

„Wezmę furgonetkę i brata” – powiedział Marcus. „Wszystko w porządku?”

“Jestem dobry.”

Drugi telefon był do ślusarza.

„W sobotę po południu” – powiedziałem. „Muszę wymienić zamki”.

„Apartament?” zapytał facet.

“Tak.”

„Jesteś właścicielem?”

“Ja jestem.”

„Wpisałem cię do harmonogramu.”

Potem siedziałem tam przez dłuższą chwilę, trzymając telefon w ręku, i poczułem dziwną ulgę.

Nie ulga, że ​​wszystko się kończy.

Ulga, że ​​decyzja została podjęta.

Wróciłem do domu około dziesiątej.

Sarah wciąż nie spała, siedziała na kanapie z tym swoim napiętym, zmartwionym wyrazem twarzy, który przybierała, gdy czuła, że ​​traci kontrolę.

„Gdzie byłeś?” zapytała.

„Spaceruję” – powiedziałem. „Przez dwie godziny”.

Stała, jakby próbowała pojednać się samą postawą. „Słuchaj, co do tego, co powiedziałam…”

„Jestem zmęczony” – powiedziałem. „Porozmawiamy jutro”.

„Powinniśmy porozmawiać teraz.”

„Jutro, Sarah.”

„Dobra” – warknęła. „Nieważne”.

W łóżku próbowała zainicjować jakąś formę ponownego połączenia – przeprosiny, perswazję, nawyk. Leżałem twarzą do ściany, nie reagując. W końcu dała za wygraną.

Nie spałem.

Zaplanowałem.

W piątkowy poranek powietrze na zewnątrz było tak ostre, że aż parzyło.

Zrobiłem kawę — tylko swoją.

Kubek marynarski pozostał pusty.

Zauważyła to od razu.

„Więc” – powiedziała od progu kuchni – „porozmawiamy?”

„A co z wczorajszą nocą?”

„Jeśli chodzi o to, co powiedziałam” – sprostowała.

„Co z tym?” zapytałem.

„Byłam zła” – powiedziała. „Nie miałam tego na myśli”.

„Co miałeś na myśli?”

„Nie, że… że cię nie cenię.”

“Czy ty?”

„Oczywiście, że tak” – odpowiedziała szybko. „Wiesz o tym”.

„Okej” powiedziałem.

Czekała na coś więcej — gniew, przebaczenie, negocjacje.

Nic jej nie dałem.

„To wszystko?” zapytała z niedowierzaniem.

„Co chcesz, żebym powiedział?” zapytałem.

„Nie wiem. Przebaczenie. Zrozumienie.”

Wziąłem łyk kawy. „Miłej podróży do Chicago”.

Jej twarz stwardniała. „Jake, spóźnisz się”.

Wyszła sfrustrowana i zdezorientowana.

Patrzyłem, jak jej samochód współdzielony odjeżdża od okna, i nie czułem nic poza determinacją.

Następnie zdjąłem karteczkę Post-it z lodówki.

„90 DNI”.

Wziąłem go między palce, spojrzałem na wyblakły atrament i przedarłem go na pół.

To był jedyny dramatyczny gest, jaki sobie wykonałam.

I to wystarczyło.

W piątek po południu wyszedłem wcześniej z pracy i zabrałem się za sortowanie.

A co było jej?

A co było moje?

Podział był łatwiejszy, niż się spodziewałem. Rozłożyła się i zajęła przestrzeń w każdym pokoju, ale tak naprawdę nie przyniosła ze sobą zbyt wielu rzeczy. Ubrania, kosmetyki, dekoracje – rzeczy, które wypełniały przestrzeń, nie dodając jej wartości.

Ale przepełniła apartament sobą w sposób, który trudniej było zaszufladkować.

Małe oczekiwania.

Drobne urazy.

Ciągłe poczucie, że jestem w tyle z listą, na którą się nie zgodziłam.

Wyciągałem wszystko etapami.

Najpierw łazienka.

Następnie szafa w przedpokoju.

Następnie drugą sypialnię przejęła na „miejsce pracy”, choć głównie używała jej do przechowywania rzeczy.

Na dnie jednej z szuflad znalazłam pasującą do kubka granatową podstawkę, tę, na którą nalegała, żebyśmy kupili, bo „sprawiała, że ​​wszystko wyglądało ładniej”. Miała też nadrukowaną małą amerykańską flagę, jakbyśmy kolekcjonowali symbole, których nie szanowaliśmy.

Odłożyłem to na bok.

W sobotę rano Marcus przyjechał o ósmej rano ze swoim bratem i furgonetką.

Poruszaliśmy się szybko i cicho, jakbyśmy rozmontowywali scenografię.

Marcus nie żartował. Jego brat nie gwizdał. Po prostu pracowali.

Zajęło nam sześć godzin, żeby wszystko odpowiednio spakować i przetransportować do magazynu. Zapłaciłem za pierwszy miesiąc z góry.

Magazyn był oświetlony świetlówkami i pachniał kurzem i plastikiem. Kierownik przesunął dokumenty po ladzie, a ja bez wahania się podpisałem.

Jednostka 47.

Prosta liczba.

Czysta granica.

Ślusarz przyszedł o drugiej.

O trzeciej zamontowano nowe zamki.

O godzinie czwartej po południu jej pudełka były już starannie ułożone przed moimi drzwiami wejściowymi, ułożone w równym szeregu niczym skończona myśl.

Przykleiłem kopertę do górnego pudełka, w której znajdował się jej stary klucz i notatka, którą napisałem starannym, pozbawionym emocji językiem.

Sara,

Twoje rzeczy są przechowywane w magazynie przy Aurora Avenue, w lokalu 47. Pierwszy miesiąc jest opłacony. Wymieniłem zamki. Nie jesteś tu mile widziany.

Mówiłeś, że trzymasz mnie przy sobie, żeby ułatwić sobie życie. Znajdź kogoś innego, żeby mieć mnie przy sobie.

Nie kontaktuj się ze mną.

—Jake

Po zaklejeniu koperty stałam tam jeszcze przez sekundę, opierając rękę na górnym pudełku.

Nie czułem się zwycięzcą.

Poczułem się precyzyjnie.

Potem wszedłem do środka.

Zamówiłem pizzę.

Włączyłem film dokumentalny.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Woda imbirowa: najzdrowszy napój do spalania tłuszczu z brzucha, szyi, ramion, pleców i ud!

Wystarczy zagotować wodę i dodać korzeń imbiru. Gotuj na małym ogniu przez około 10-15 minut i lekko ostudź. Przefiltruj mieszaninę, ...

Czekoladowe ciasto z serem

Wykonanie Białka jajek przekładamy do misy miksera, dodajemy szczyptę soli i ubijamy na wysokich obrotach na puszystą pianę. Ciągle ubijając, ...

Schudnij 10 funtów w 10 dni – uzyskaj płaski brzuch

Ćwiczenia rdzenia: Podczas gdy redukcja punktowa (utrata tłuszczu tylko w jednym obszarze) nie jest możliwa, ćwiczenia rdzenia, takie jak deski, ...

Leave a Comment