Ona po prostu szła szybciej.
Półmilowa droga do przystanku autobusowego wydawała się dłuższa niż zwykle. Samochody pędziły obok niej po popękanym chodniku – SUV-y, pickupy, eleganckie sedany. Jeden za drugim.
Stella nie raz wspominała czasy, gdy siadała na miejscu pasażera w samochodzie Gabe’a i słuchała, jak przechwala się wygranymi sprawami i klientami, których zaimponował.
Teraz była po prostu kolejnym pieszym na nierównym chodniku, stojącym w kurzu na drodze.
Pot zebrał się jej na skroniach, mimo chłodnego powietrza. To nie była pogoda, tylko strach.
Jej wyobraźnia wciąż przeniosła się w stronę sali sądowej.
Widziała Gabe’a w szytym na miarę garniturze, otoczonego przez kolegów w drogich krawatach, mówiącego ostrym, pewnym głosem prawnika, którego słuchali sędziowie.
Zobaczyła siebie po drugiej stronie pokoju, samą, mozolnie tłumaczącą terminologię prawną, której nawet nie rozumiała.
A co, jeśli powiem coś nie tak? – pomyślała. Co, jeśli sędzia uwierzy w wersję Gabe’a o naszym małżeństwie? Co, jeśli naprawdę wyrzucą mnie z niczym? Dokąd pójdę?
Kiedy dotarła na przystanek autobusowy, jej odwaga była już całkowicie wyczerpana.
Opadła na zardzewiałą metalową ławkę i chwyciła za pasek swojej starej torby podróżnej. Wokół niej ludzie byli zajęci swoimi sprawami – przewijali telefony, ziewali po nocnych zmianach, patrzyli bezmyślnie w przestrzeń.
W tym porannym ruchu ulicznym Stella nigdy nie czuła się bardziej samotna.
Lśniąca, czarna limuzyna przejechała obok przystanku autobusowego i na chwilę zwolniła na skrzyżowaniu.
Przyciemniane szyby. Znajoma tablica rejestracyjna.
Samochód Gabe’a.
Serce Stelli zamarło.
Samochód płynnie minął przystanek autobusowy i włączył się do ruchu. Gabe prawdopodobnie siedział w klimatyzowanym wnętrzu, być może sprawdzając na telefonie maile od ważnych klientów. Tymczasem Stella czekała na stary autobus miejski, który kaszlał czarnym dymem, jadąc do tego samego sądu.
Kontrast nie mógł być bardziej brutalny ani bardziej amerykański.
„Boże” – modliła się Stella w duchu, a jej oczy płonęły, gdy wpatrywała się w asfalt. „Jeśli to rozstanie to rzeczywiście najlepsza droga, to wzmocnij moje serce. Nie pozwól, żebym rozpadła się na jego oczach.
„Proszę… daj mi dziś choć jeden znak Twojej pomocy, żebym nie czuł się taki samotny”.
Kilka minut później autobus miejski w końcu pojawił się w polu widzenia, charcząc i zatrzymując się. Za nim buchnął obłok spalin.
„Centrum! Sąd! Zróbcie miejsce, jedziemy!” – krzyknął kierowca przez otwarte drzwi.
Stella nabrała powietrza, wzięła torbę i weszła na pokład.
Najpierw uderzył ją zapach – mieszanka potu, starych perfum, stęchłego dymu papierosowego przylegającego do kurtek i miejskiego kurzu wpadającego przez uchylone okna.
Autobus był zatłoczony.
Stella znalazła wąską przestrzeń w przejściu między mężczyzną niosącym duży worek a grupą nastolatków głośno rozmawiających przez słuchawki. Za każdym razem, gdy autobus szarpnął do przodu, musiała walczyć, żeby utrzymać się w pionie.
Z przodu rząd miejsc priorytetowych, przeznaczonych dla osób starszych i kobiet w ciąży, był pełny. Jak na ironię, większość z nich zajmowali młodzi, zdrowi ludzie, pochyleni nad telefonami, udający, że śpią lub zatopieni w muzyce.
Ciężarna kobieta z tyłu kurczowo trzymała się metalowego słupa. Starszy mężczyzna z przodu mocno trzymał się drugiego słupa, aż pobielały mu kostki palców.
Nikt im nie zaproponował miejsca.
Autobus zwolnił w pobliżu targowiska niedaleko centrum miasta. Drzwi hydrauliczne otworzyły się z jękiem.
„Dalej, jeśli wsiadasz, to rusz się!” – warknął kierowca.
Z krawężnika wyszedł starszy mężczyzna, próbując wdrapać się na pokład.
Jego włosy były zupełnie białe. Jego ciało było szczupłe. Miał na sobie wyblakłą kraciastą koszulę i eleganckie spodnie, które wisiały na nim zbyt luźno. Jego pomarszczone dłonie drżały, gdy sięgał po metalową poręcz.
Jego kroki były powolne.
„Proszę pana, proszę trochę szybciej” – mruknął niecierpliwie kierowca. „Mamy rozkład jazdy”.
Nie ruszył się, żeby pomóc.
Pozostali pasażerowie zerknęli w tamtą stronę, poirytowani opóźnieniem, po czym wrócili do swoich telefonów i marzeń.
Staruszkowi w końcu udało się postawić jedną stopę na podłodze autobusu, ciężko dysząc. Właśnie znalazł słupek, gdy kierowca gwałtownie dodał gazu.
Autobus szarpnął do przodu.
Kruche ciało starca gwałtownie się cofnęło.
„Uważaj!” krzyknęła kobieta stojąca przy drzwiach, ale się nie ruszyła.
Ze środka zatłoczonego przejścia Stella zobaczyła, jak stopa staruszka się poślizgnęła. Zobaczyła, jak jego ręka puszcza drążek. Zobaczyła otwarte drzwi autobusu kilka centymetrów za nim.
Jej własny strach, jej wstyd, jej złamane serce – wszystko to na chwilę zniknęło.
Jej ciało poruszyło się, zanim umysł zdążył to nadążyć.
Przepchnęła się obok nastolatków, chwytając ich za ramiona i oparcia siedzeń, gdy autobus się zakołysał. W chwili, gdy starszy mężczyzna zaczął się cofać w stronę otwartych drzwi, Stella do niego dobiegła.
Jej dłonie mocno zacisnęły się na jego ramieniu, pociągając go do przodu z całą siłą, jaką miała.
„Uważaj, panie!” – wyszeptała.
Ciało starca uderzyło w nią, pozbawiając ją oddechu. Mimo to trzymała się go, podtrzymując, aż odzyskał równowagę.
„Dziękuję… dziękuję, moja droga” – wyszeptał. Jego głos był ochrypły i drżący.
Stella uśmiechnęła się do niego lekko i pocieszająco.
„W porządku. Proszę, przytrzymaj mnie jeszcze chwilę.”
Spojrzała na miejsca priorytetowe.
Wszystkie zajęte.
Jej wzrok padł na młodego mężczyznę siedzącego na jednym z przednich siedzeń, wpatrzonego w grę wideo w telefonie. Miał na uszach słuchawki i najwyraźniej przegapił moment, w którym omal nie doszło do wypadku.
„Przepraszam” – powiedziała Stella łagodnym, ale stanowczym głosem. „Czy mógłby pan ustąpić miejsca temu panu? Naprawdę nie powinien stać”.
Młody mężczyzna podniósł wzrok, a na jego twarzy malowała się irytacja. Przewrócił oczami.
Mimo to wstał – powoli – i zaczął się przesuwać w stronę tyłu, mamrocząc pod nosem.
„Proszę usiąść, panie” – powiedziała Stella, ostrożnie prowadząc starszego mężczyznę na teraz już puste miejsce.
Odetchnął z ulgą, gdy jego plecy dotknęły popękanej winylowej poduszki. Jego dłonie wciąż drżały, gdy pocierał kolana.
Kiedy jego oddech się uspokoił, spojrzał na Stellę.
„Bardzo ci dziękuję, moja droga” – powiedział ponownie. „Gdyby nie ty, pewnie wyleciałbym za te drzwi”.
Z tak bliska Stella widziała jego twarz wyraźnie. Zmarszczki wyżłobiły głębokie bruzdy na jego skórze, ale jego oczy były spokojne i bystre. Emanowała z niego cicha godność, która nie pasowała do jego znoszonego ubrania.
„Nic takiego” – odpowiedziała Stella. „Powinniśmy sobie nawzajem pomagać”.
Nagle poczuła się skrępowana i poprawiła torebkę, instynktownie chowając lewą rękę – tę, na której nie było już obrączki.
„Rzadko spotyka się młodych ludzi, którym wciąż tak zależy” – mruknął staruszek. „Zwłaszcza w tak dużym amerykańskim mieście”.
Jego wzrok zamyślił się, przyglądając się Stelli: jej prostej, ale schludnej sukience, ładnej twarzy pokrytej cieniem smutku, opuchnięciom wokół oczu.
Starszy mężczyzna nazywał się Arthur Kesler , choć Stella jeszcze o tym nie wiedziała.
Nie był zwykłym pasażerem. Kiedyś, lata temu, jego nazwisko było wymawiane z szacunkiem na wydziałach prawa w całych Stanach Zjednoczonych. Napisał książki o etyce i sprawiedliwości, które sędziowie do dziś cytują.
Ale dziś celowo kazał kierowcy zostać w domu. Bez samochodu z szoferem. Bez garnituru. Po prostu starszy pan znowu wsiadł do autobusu CTA, tak jak dekady wcześniej, gdy jako młody obrońca z urzędu po raz pierwszy wszedł do budynku sądu hrabstwa Cook.
Nie spodziewał się, że omal nie upadnie. I na pewno nie spodziewał się, że uratuje go młoda kobieta, która wyglądała, jakby dźwigała ciężar całego świata.
„Kochana” – zapytał cicho – „dokąd jedziesz taka wystrojona autobusem?”
Stella zawahała się.
Jak powiedziałeś nieznajomemu w komunikacji miejskiej, że zamierzasz zakończyć swoje małżeństwo?
„Mam do załatwienia pewne sprawy” – odpowiedziała ostrożnie. „Śródmieście”.
Pan Kesler skinął głową, jakby rozumiał, że chciała powiedzieć coś więcej.
Jego oczy, wyćwiczone przez dziesięciolecia obserwowania zeznań świadków, odczytały to, czego nie powiedziała. Dostrzegł strach, wstyd i głęboki ból w jej wyrazie twarzy.
„Twoja twarz jest pochmurna, moja droga” – powiedział łagodnie. „Jak niebo przed burzą. Ktoś tak dobry jak ty nie powinien być taki smutny”.
To proste, szczere zdanie podziałało na mnie drażniąco w Stelli.
Obrona, którą budowała wokół serca od wczoraj, zaczęła się sypać. Odwróciła się, żeby spojrzeć przez okno, żeby nie zobaczył jej łez.
„Wszystko w porządku?” zapytał cicho.
Stella wzięła drżący oddech.
„Jadę do sądu okręgowego Cook County” – wyszeptała w końcu, ledwie słyszalnie, by zagłuszyć ryk silnika.
„Wydział Spraw Wewnętrznych”.
Pan Kesler przez chwilę milczał.
„Rozumiem” – powiedział. „Chyba nie chodzi o to, żeby złożyć wniosek o licencję małżeńską dla kogoś innego”.
Stella pokręciła głową, a na jej ustach pojawił się gorzki uśmiech.
„Nie, proszę pana” – powiedziała. „Żeby zakończyć swoją własną sprawę. Dzisiaj jest moja pierwsza rozprawa”.
Sprzedawcy na zewnątrz oferowali przechodzącym klientom wodę butelkowaną i chusteczki. Ich głosy dobiegały przez uchylone okno, przerywając krótką ciszę.
„Mój mąż już mnie nie chce” – kontynuowała Stella drżącym głosem. „Teraz odnosi sukcesy. Jest ważnym człowiekiem. Mówi, że przynoszę wstyd jego karierze”.
Przełknęła ślinę.
„Mówi, że jestem tylko kurą domową z innego świata, a on teraz jakimś wielkim prawnikiem. Chce się ze mną rozwieść i zatrzymać wszystko”.
Dłoń pana Keslera zacisnęła się na główce drewnianej laski. Widział już wcześniej różne wersje tej historii – w podręcznikach prawa, w ciasnych salach sądowych, w prywatnych komnatach.
Ale gdy usłyszał to od kobiety, która właśnie uratowała go przed upadkiem, emocje się zmieniły.
„Popełnia bardzo głupi błąd” – powiedział w końcu pan Kesler.
Stella mrugnęła.


Yo Make również polubił
Nigdy nie jedz jajek z „tym jednym”, który powoduje raka i demencję! 3 najlepsze i najgorsze przepisy
Nie chcieli, żeby o tym mówił…
W Wigilię przyjechałem do domu babci z moim dziewięcioletnim synem. Mama uchyliła drzwi, zmierzyła nas wzrokiem od stóp do głów i powiedziała chłodno: „Idźcie do domu. Nie ma miejsca”. Więc wyszliśmy. Piętnaście minut później zadzwoniła babcia – wściekła. „Odwróćcie się. Natychmiast”. Kiedy wróciliśmy, stanęła przed wszystkimi i podjęła decyzję, która kompletnie oszołomiła moich rodziców i brata.
Mieszanka Imbiru, Cebuli, Czosnku, Soku z Cytryny i Miodu – Naturalny Eliksir Zdrowia