„Potrzebujemy tylko ludzi sukcesu” – powiedziała moja siostra o swoim przyjęciu zaręczynowym, a mama w pełni ją poparła. Nie kłóciłem się – zadzwoniłem do mojego dyrektora ds. zaopatrzenia. Chwilę później narzeczony mojej siostry otrzymał e-mail: „Pani Wallace rozwiązała z Państwa firmą roczny kontrakt na 2 miliony dolarów ze skutkiem natychmiastowym”. – Page 3 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

„Potrzebujemy tylko ludzi sukcesu” – powiedziała moja siostra o swoim przyjęciu zaręczynowym, a mama w pełni ją poparła. Nie kłóciłem się – zadzwoniłem do mojego dyrektora ds. zaopatrzenia. Chwilę później narzeczony mojej siostry otrzymał e-mail: „Pani Wallace rozwiązała z Państwa firmą roczny kontrakt na 2 miliony dolarów ze skutkiem natychmiastowym”.

Najtrudniejszą rzeczą było uświadomienie sobie, że sukces nie zapewnia automatycznie szacunku ludzi, którzy uznali, że jesteś rozczarowaniem, gdy byłeś jeszcze nastolatkiem.

Nie ma znaczenia, ile kontraktów uda Ci się podpisać, jeśli w głowie Twojej matki obraz sukcesu to tytuł na wizytówce.

Nie ma znaczenia, ile przychodów generujesz, jeśli zdjęcie „stabilnej” osoby, które ma Twoja siostra, to formularz W-2 od firmy, którą zna.

I nie ma znaczenia, jak wiele osób na tobie polega, jeśli twoja rodzina nie wyobraża sobie, że to ty możesz trzymać linę.

Kiedy zakładałem Wallace Strategic Solutions, nie robiłem tego dlatego, że chciałem im coś udowodnić.

Zrobiłem to, bo byłem zmęczony tym, że traktowano mnie tak, jakbym potrzebował pozwolenia na istnienie.

Mając nieco ponad dwadzieścia lat, pracowałem w dziale zaopatrzenia w firmie produkcyjnej, w której wszystko robiono tak, jak robiono to od dwudziestu lat, co oznaczało, że zawsze jeden kryzys dzielił firmę od upadku.

Za każdym razem, gdy dostawa się opóźniała, dyrektor operacyjny krążył w kółko. Kierownicy zakładów obwiniali się nawzajem. Dział sprzedaży obiecywał rzeczy, których nie był w stanie zrealizować. A ci sami ludzie, którzy ignorowali dział zaopatrzenia, gdy wszystko było w porządku, nagle zaczęli patrzeć na niego, jakbyśmy mieli zdziałać cuda.

Wtedy dowiedziałem się, że zaopatrzenie to nie „kupowanie rzeczy”. To dźwignia finansowa.

To było ryzyko.

Chodziło o relacje.

Chodziło o świadomość, że „przyjazny rabat” sprzedawcy może kryć w sobie klauzulę, która po sześciu miesiącach okaże się dla ciebie zbyt kosztowna.

Chodziło o świadomość, że jedna spóźniona dostawa może kosztować firmę utratę największego klienta.

Chodziło o świadomość, że jeśli nie będziesz kontrolować swojego łańcucha dostaw, zrobi to ktoś inny.

Odszedłem z tej pracy po tym, jak starszy menedżer przypisał sobie zasługi za renegocjację, którą przeprowadziłem, a potem powiedział mi, że powinienem być wdzięczny za „to doświadczenie”.

Wyszedłem z laptopem, notesem pełnym kontaktów i cichą furią, która przeradza się w strategię.

Moim pierwszym klientem był znajomy znajomego, którego mała firma produkcyjna tonęła w opłatach za transport. Płacił więcej za wysyłkę niż zarabiał.

Nie potrzebował przemówienia motywacyjnego.

Potrzebował kogoś, kto to naprawi.

Naprawiłem to.

W ciągu trzech miesięcy zaoszczędziłem mu wystarczająco dużo pieniędzy, żeby opłacić całość czesnego za pierwszy rok.

Tak to się zaczęło.

Nie przy użyciu wymyślnego pitch decku.

Z wynikami.

A w ciągu pięciu lat wyniki te uległy pomnożeniu.

Piętnastu klientów.

Sześć stanów.

Dyrektor ds. zaopatrzenia, taka jak Jennifer, potrafiłaby zarządzać systemem bez żadnych problemów.

Analitycy potrafiący rozpoznać złą klauzulę, jakby była etykietą zawierającą truciznę.

Reputacja ta nie wzięła się z mediów społecznościowych ani przechwałek rodzinnych.

Pochodziło od producentów, którzy po cichu mówili innym producentom: „Zadzwoń do Kennedy. Ona to naprawi”.

Co oznaczało, że kiedy Audrey siedziała w kawiarni i powiedziała mi, że ośmieszę wydarzenie networkingowe Garretta, nie tylko mnie obraziła.

Obrażała to, co zbudowałem bez nich.

Obrażała każdego klienta, który mi zaufał.

Obrażała mnie za każdym razem, gdy późno w nocy próbowałam zmienić porządek w chaos.

I robiła to za błogosławieństwem mojej matki.

Ludzie lubią mówić, że nie należy mieszać biznesu z rodziną.

Zgadzam się.

Dlatego usunąłem nakładkę.

Moja rodzina nie rozumiała, że ​​nie rozwiązałem umowy z Morrison and Associates z powodu tego, że zostałem ranny.

Rozwiązałem z nimi umowę, bo nie mogłem już ufać, że decyzje mojej firmy będą czyste.

Jeśli masz dostawcę, którego menedżer ds. obsługi klienta poślubi kogoś z twojej rodziny, podejmujesz ryzyko.

Jeśli coś pójdzie nie tak — faktura będzie zawyżona, rekomendacja okaże się stronnicza, klient zapyta, dlaczego korzystasz z usług tej firmy — nie chcesz, żeby twoja odpowiedź zawierała słowa: „Cóż, to mój szwagier”.

Nawet jeśli jest uczciwy.

Nawet jeśli jest kompetentny.

Nawet jeśli nigdy nie miał zamiaru wywołać konfliktu.

Ponieważ postrzeganie ma znaczenie.

Optyka ma znaczenie.

Audrey mnie tego nauczyła.

Nie spodziewała się, że zastosuję jej logikę do czegoś, na czym jej naprawdę zależy.

Następnego dnia Jennifer do mnie zadzwoniła.

Nie ma sensu się kłócić.

Nie po to, by wywoływać poczucie winy.

Aby potwierdzić.

„Kennedy” – powiedziała spokojnym głosem – „Morrison i Wspólnicy się z nami skontaktowali. Garrett chce, żeby do niego zadzwonić. Twierdzi, że doszło do nieporozumienia”.

„Nie ma” – powiedziałem.

„Mówi, że zrywasz z nim kontakt z powodów osobistych” – kontynuowała.

„Powiedz mu prawdę” – powiedziałem. „Wychodzimy, żeby uniknąć konfliktu interesów”.

Zapadła cisza.

„Chcesz, żebym dokumentowała całą komunikację?” – zapytała Jennifer.

„Tak” – powiedziałem. „I skieruj wszystko do prawnika, jeśli sytuacja się zaostrzy”.

Jennifer nie brzmiała zaskoczona.

„Już zrobione” – powiedziała.

To była kolejna rzecz, której moja rodzina nie rozumiała.

Prowadząc firmę, nie tylko podejmujesz decyzje. Bronisz ich.

Dokumentujesz.

Ty planujesz.

Przygotowujesz się na to, że ludzie będą ci rzucać wyzwania.

Nie dlatego, że jesteś paranoikiem.

Bo widziałeś, co się dzieje z ludźmi, którzy myślą, że dobre intencje wystarczą.

Garrett próbował się do mnie dodzwonić tego popołudnia.

Nie odpowiedziałem.

Nie dlatego, że nie potrafiłem poradzić sobie z rozmową.

Bo nie byłam mu nic winna.

Byłem winien moim klientom podejmowanie właściwych decyzji.

Zawdzięczałem stabilność mojemu zespołowi.

Uznałem, że powinienem zachować godność i nie dać się wciągnąć w dyskusję na temat tego, czy wstyd mojej siostry powinien decydować o liście dostawców mojej firmy.

Przeczytałem jednak e-mail, którego wysłał.

To było długie.

To było uprzejme.

Pełno w nim było stwierdzeń typu: „Szanuję twoje stanowisko”, „Jestem pewien, że uda nam się rozwiązać to polubownie” i „Cenię sobie naszą współpracę”.

Znalazło się tam również zdanie, które powiedziało mi o nim wszystko.

Napisał, że nie rozumie, dlaczego miałbym „narażać interesy firmy na szwank z powodu nieporozumienia rodzinnego”.

Narazić.

Jakby moja firma istniała po to, żeby chronić jego numery.

Jakby moje kontrakty były jego siatką bezpieczeństwa.

Jakby mój sukces był prawdziwy tylko wtedy, gdy wspierał jego.

To zdanie uświadomiło mi, że nawet gdyby Audrey nigdy nie wycofała mojego zaproszenia, to małżeństwo ostatecznie postawiłoby moją firmę w niezręcznej sytuacji.

Ponieważ Garrett nie chciał poślubić kogoś z mojej rodziny.

On wchodził w ich związek małżeński, zakładając, że to ja zawsze będę tą, która się dostosuje.

I skończyłem się przystosowywać.

Dwa dni później mama pojawiła się w moim biurze.

Nie jest to „biuro” w wydaniu koleżanek mojej mamy, gdzie na kuchennym stole leży laptop.

Moje prawdziwe biuro.

Apartament ze szklanymi ścianami w odnowionym budynku w centrum miasta.

Recepcjonistka.

Sala konferencyjna.

Rząd oprawionych referencji klientów, które powiesiłem nie po to, by się chwalić, lecz by w gorsze dni przypominać zespołowi, że praca ma znaczenie.

Mama weszła, jakby znalazła się w innym wszechświecie.

Jej oczy śledziły wszystko — czyste linie, cichą pewność siebie moich pracowników, sposób, w jaki ludzie poruszali się bez pośpiechu, ponieważ system działał.

Zawahała się przy recepcji.

Moja recepcjonistka, Tasha, się uśmiechnęła.

„Cześć. Masz umówione spotkanie?”

Mama mrugnęła.

„Jestem matką Kennedy’ego Wallace’a” – powiedziała, jakby to było jakieś hasło.

Uśmiech Tashi się nie zmienił.

„Dobrze. Mogę jej dać znać, że jesteś. Masz umówione spotkanie?”

Policzki mamy zarumieniły się.

„Nie” – powiedziała.

Tasha skinęła głową.

„Pozwól mi sprawdzić jej dostępność” – powiedziała.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Amiszowe miękkie bułeczki – hit każdej imprezy

FAQ 1. Czy mogę użyć świeżych drożdży? Tak, zamiast suchych drożdży użyj 25 g świeżych drożdży i postępuj zgodnie z ...

Zagadka: Ta kobieta urodziła się w 1975 roku

Bo w rzeczywistości nigdzie nie jest powiedziane, że „1975” to rok. To tylko interpretacja… i wszystko od niej zależy. Jakie ...

Ojej, to zupełnie umknęło mojej uwadze

Powód 5: Czynniki estetyczne i brandingowe Podczas gdy funkcjonalność jest głównym czynnikiem stojącym za okrągłym wgnieceniem, estetyka i branding również ...

Leave a Comment