Usiedli na sofie za 50 dolarów, którą kupiłem w lumpeksie. Brenda przesunęła dłonią po materiale, zupełnie nieświadoma lekkiego zapachu kociego moczu, który wyczułem w sklepie.
„Te meble są o wiele wygodniejsze niż te sztywne, skórzane, które miała Kesha” – powiedziała Brenda. „Zawsze za bardzo starała się zaimponować ludziom. Wy dwoje wiecie, jak stawiać na pierwszym miejscu wygodę i rodzinę”.
Upiłem łyk kawy, mocno ściskając kubek w dłoni. Przerabiali rzeczywistość w czasie rzeczywistym. Mój ciężko wywalczony luksus był zimny i pretensjonalny, podczas gdy nędza Taszy była ciepła i autentyczna. Musieli uwierzyć w to kłamstwo, żeby usprawiedliwić kradzież. Marcus pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Spojrzał z Taszy na Kyle’a, a jego wyraz twarzy był poważny i konspiracyjny.
„Świetnie sobie poradziliście” – powiedział niskim, intensywnym głosem. „Stawiliście czoła. Mówiłem twojej matce, że musimy być twardzi wobec Keshy. Jeśli dasz tej dziewczynie palec, ona weźmie całą. Musisz jej pokazać, kto tu rządzi. Musisz jej przypomnieć, że rodzina jest najważniejsza, czy jej się to podoba, czy nie”.
Wykonał gest wskazujący na pomieszczenie, zaznaczając przestrzeń gestem dłoni.
„Od teraz to mieszkanie jest twoje” – oznajmił Marcus. „Nie myśl już o nim jak o jej. Straciła do niego prawo, kiedy odwróciła się od nas. Ma mnóstwo pieniędzy. Może kupić inne, jeśli zechce, ale to… to twoje wcześniejsze dziedzictwo”.
Tasha się uśmiechnęła, jej oczy były chciwe i błyszczące.
„Dzięki, tato. Wiedziałem, że to naprawisz.”
„Zostało tylko jedno do zrobienia” – kontynuował Marcus, ściszając głos do szeptu. „Nie możemy pozwolić, żeby wróciła tu za dwa miesiące i próbowała siać zamęt. Dała ci klucz, ale prawdopodobnie ma kopię”.
Kyle skinął głową i pochylił się.
„Pomyślałem o tym samym. Prawa przybyszów są silne, ale posiadanie to dziewięć dziesiątych prawa”.
„Dokładnie” – powiedział Marcus. „Posłuchaj mnie. Jutro rano, przede wszystkim, chcę, żebyś zadzwonił po ślusarza. Nie czekaj. Wymień wszystkie zamki w drzwiach wejściowych. Zamontuj zasuwkę, do której ona nie ma klucza. Zanim wróci z Nowego Jorku, ustalisz miejsce zamieszkania i będzie zamknięta na klucz. Jeśli spróbuje wejść, zadzwoń na policję i pokaż im swoją pocztę”.
O mało nie parsknęłam śmiechem w ciszy mojego pokoju hotelowego. Planowali wymienić zamki jutro rano. Planowali na zawsze zablokować kradzież, odciąć mnie od własnego życia. Nie mieli pojęcia, że jutro rano o 10:00 rzeczywiście przyjedzie ślusarz – ale nie będzie przez nich zatrudniony. A ludzie, którzy się z nim pojawią, nie będą na miejscu, żeby chronić mieszkanie Tashi.
„To świetny pomysł, tato” – powiedziała Tasha, klaszcząc w dłonie. „Zrobimy to pierwsi. Wtedy nie będzie mogła nas wyrzucić”.
Brenda się uśmiechnęła i poklepała Tashę po kolanie.
„Bóg jest dobry. Zapewnił dom mojemu dziecku”.
Patrzyłem, jak rozkoszują się zwycięstwem, planując przyszłość w domu, który już został sprzedany. Czuli się tak bezpiecznie, tak pewnie. Myśleli, że wygrali wojnę. Sprawdziłem godzinę. Było południe 27-go. Zostało im mniej niż 22 godziny.
„Wymień zamki” – szepnęłam do ekranu. „Proszę, zrób to. Będzie jeszcze śmieszniej, kiedy nowy właściciel je wywierci”.
Popołudniowe słońce zaczęło słabnąć, rzucając długie cienie na mieszkanie, które pod opieką nowych mieszkańców szybko niszczało. Tasha wyszła kupić więcej tanich ozdób, płacąc kartą kredytową mojej mamy, zostawiając Kyle’a samego ze swoją artystyczną wizją. Stał pośrodku jadalni, wpatrując się w sufit krytycznym spojrzeniem. Obok niego na podłodze leżał monstrualny żyrandol, który musiał przywlec ze złomowiska. Był to splątany zardzewiały metal i sztuczne kryształy, ciężki i groteskowy – przedmiot, który pasowałby do nawiedzonej wiktoriańskiej rezydencji, a nie do nowoczesnego apartamentowca.
„To jest centralny punkt” – mruknął do siebie Kyle, chwytając drabinę. „To spaja cały pokój w całość”.
Obserwowałem przez obiektyw kamery, jak wciąga drabinę na miejsce. Nie zadał sobie trudu sprawdzenia, czy nie ma kołków ani przewodów. Po prostu chwycił swoją ciężką wiertarkę, wybrał największe wiertło, jakie udało mu się znaleźć, i wspiął się na górę. Przycisnął wiertło do sufitu tuż obok głównej belki nośnej i nacisnął spust. Wycie wiertarki było ogłuszające. Kurz opadł mu na twarz, ale nie przestawał naciskać, wbijając wiertło głębiej w tynk. Nagle opór ustąpił. Wiertło szarpnęło do przodu, a pomieszczenie wypełnił wyraźny, mdły syk. Kyle zamarł. Cofnął wiertło, a za nim cienki, jednostajny strumień wody, pryskający prosto na jego twarz. Zakrztusił się i otarł oczy, wpatrując się w otwór z niedowierzaniem.
„Co do cholery?” krzyknął, schodząc po drabinie.
Stał tam przez chwilę, obserwując, jak woda spływa po ścianie, wsiąka w tanią płytę gipsowo-kartonową i kapie na stół w jadalni z płyty wiórowej. To nie był gejzer, ale spływ był regularny – stały, podstępny wyciek z przebitej rury doprowadzającej wodę.
„Strzelaj! Strzelaj! Strzelaj!” Kyle spanikował, rozglądając się za czymś, co mogłoby zatrzymać napływ krwi.
Wyciągnął z pasa z narzędziami rolkę taśmy klejącej. Wspiął się z powrotem na drabinę i zakleił dziurę kawałkiem taśmy. Woda przebiła się przez klej. Dodał kolejną warstwę i kolejną. W końcu, po owinięciu połowy rolki wokół złączki i tynku, kapanie zmniejszyło się do wilgotnej mazi.
„Wystarczająco dobrze” – wysapał, wycierając mokre dłonie o dżinsy. „Potrzyma, dopóki właściciel tego nie naprawi. Och, czekaj. Teraz ja jestem właścicielem”.
Zaśmiał się z własnego żartu, zupełnie nieświadomy, że woda już zbierała się pod farbą, po cichu niszcząc integralność sufitu. Nie wezwał hydraulika. Nie zakręcił wody. Po prostu zszedł na dół, przesunął stół lekko w lewo, żeby krople nie uderzały w niego bezpośrednio, i wrócił do piwa.
„Nikt nie zauważy” – mruknął, podkręcając głośność muzyki, by zagłuszyć cichy dźwięk kapania, który wciąż dobiegał zza taśmy.
Obserwowałem to z pokoju hotelowego, a na moich ustach błąkał się zimny uśmiech. W przeszłości wpadłbym w panikę. Dzwoniłbym po pogotowie, martwiłbym się o szkody spowodowane zalaniem, stresowałbym się roszczeniami ubezpieczeniowymi. Ale teraz – teraz po prostu upiłem kolejny łyk herbaty.
„No dalej, Kyle” – wyszeptałem. „Niech przecieka. Niech zgnije płyta gipsowo-kartonowa. Niech odkształci podłogi. Zniszczy wszystko. Bo za niecałe 20 godzin ta szkoda wodna będzie problemem kogoś innego. A konkretnie, problemem Apex Holdings, a oni mają bardzo dobrych prawników, którzy doskonale wiedzą, kogo pozwać za szkody majątkowe spowodowane przez nieautoryzowanych lokatorów”.
Woda nadal sączyła się, niezauważona i ignorowana – niczym tykająca bomba zegarowa w ścianach domu, który już nie należał do mnie. Kyle siedział na kanapie, podziwiając dzieło swoich rąk, nieświadomy, że właśnie udokumentował własne zaniedbanie na potrzeby sali sądowej przyszłości.
„Kopaj sobie dalej grób, Kyle” – pomyślałem. „Robisz fantastyczną robotę”.
Światła Chicago migotały pod oknem mojego hotelu, zimne i obojętne, odbijając lodowatą determinację w mojej piersi. Była godzina 23:00, 27 grudnia. W mieszkaniu 42B Tasha i Kyle spali, rozciągnięci na nierównym materacu, który im kupiłem, prawdopodobnie zagrzebani pod drogą kołdrą, którą moja matka obciążyła swoją maksymalnie wykorzystaną kartę kredytową. Wyobrażałem sobie, jak marzą o nowym życiu: urządzają przyjęcia, ignorują rachunki, żyją wiecznie w zamku, za który nie zapłacili. Pewnie myśleli, że pokonali system. Na pewno myśleli, że pokonali mnie. Siedziałem przy mahoniowym biurku w moim apartamencie, a blask mojego laptopa oświetlał ciemny pokój. Nadszedł czas, by zerwać ostatnie więzy łączące mnie z tą nieruchomością. Najpierw zalogowałem się do portalu dostawcy energii. Konto wciąż było na moje nazwisko, a automatyczna płatność sumiennie co miesiąc pobierała pieniądze, żeby ogrzać moją siostrę. Przeszedłem do strony z informacją o zakończeniu usługi. Kursor najechał na kalendarz. Wybrałem 28 grudnia. Godzina: 10:00 rano. Kliknąłem „Wyślij”. Pojawiło się okno potwierdzenia z pytaniem, czy jestem pewien. Nigdy w życiu nie byłem niczego bardziej pewien. Potwierdziłem.
Następnie dostawca internetu. Tasha siedziała w telefonie, przeglądając media społecznościowe i oglądając reality show. Potrzebowała internetu jak tlenu. Zalogowałem się i zaplanowałem odłączenie dokładnie na tę samą godzinę: 10:00. Dokładnie w tym momencie ich świat miał się pogrążyć w ciemności – dosłownie i cyfrowo. Ogrzewanie miało zostać wyłączone, światła miały zgasnąć, a Wi-Fi miało zniknąć. To było może drobiazgowe, ale jednocześnie stanowiło niezbędną przewagę taktyczną dla zespołu ochrony. Zamieszanie rodzi uległość. Po raz ostatni włączyłem obraz z kamery. W mieszkaniu panowała ciemność, z wyjątkiem migającego niebieskiego światła routera i słabego blasku księżyca padającego na zacieki na suficie po awarii hydraulicznej Kyle’a. Obserwowałem, jak kołdra na łóżku unosi się i opada. Wyglądali tak spokojnie, tak roszczeniowo. Spali snem niesprawiedliwych, wierząc, że świat jest im winien komfort. Nie musiałem już tego oglądać. Następnym razem, gdy ktoś zobaczy to mieszkanie, będzie to oczami zespołu ds. odzyskiwania aktywów Apex Holdings. Przeszedłem do ustawień i cofnąłem dostęp administratora, przenosząc dane logowania na adres e-mail podany przez prawnika Sterlinga. Ekran mojego tabletu zamigotał i zrobił się czarny.
Połączenie przerwane. Nie byłem już obserwatorem. Byłem tylko duchem. Otworzyłem nową kartę w przeglądarce: odprawa Qatar Airways dostępna. Wybrałem miejsce. Okienko w pierwszej klasie. Cel podróży: Malé, Malediwy. Podczas gdy moja rodzina marzła na chodniku w chicagowską zimę, ja popijałem starego szampana nad Atlantykiem w drodze do prywatnego bungalowu na wodzie. Potwierdziłem kartę pokładową i wysłałem ją na telefon. Bilet kosztował fortunę, ale to było świętowanie mojej wolności. Nie uciekałem. Wspinałem się. Sięgnąłem po telefon i otworzyłem grupowy czat rodzinny. Przez cały dzień panowała cisza. Żadnych podziękowań, żadnych aktualizacji – tylko cisza ludzi, którzy myślą, że udało im się oszukać ofiarę i starają się jej nie spłoszyć. Musiałem się upewnić, że nie śpią. Musiałem się upewnić, że są gotowi otworzyć drzwi, żeby zespół Sterlinga nie musiał ich od razu rozwalać. Napisałem ostatnią wiadomość, spokojnie przesuwając kciukami po ekranie.
„Mam nadzieję, że się zadomowiliście. Tylko mała uwaga: jutro o 10 rano ktoś przyjdzie na konserwację. Proszę, otwórzcie im drzwi.”
Nacisnąłem „Wyślij”. Obserwowałem, jak pojawia się mały ptaszek. To była idealna przynęta. Założą, że wysyłam kogoś, żeby naprawił przeciek spowodowany przez Kyle’a, a może nawet sprzątaczkę. Otworzą drzwi, oczekując usługi. Zamiast tego znajdą eksmisję. Wyłączyłem telefon, rzucając go na łóżko. Nie chciałem widzieć ich odpowiedzi. Nie chciałem słuchać ich wymówek. Wpełzłem do hotelowego łóżka, które było miękkie i pachniało lawendą i drogim detergentem. Po raz pierwszy od lat zasnąłem z uśmiechem na twarzy. Zegar był nastawiony. Bomba była uzbrojona, a mnie już nie było. 9:00 rano 28 grudnia nadeszła z pozornym spokojem. Zimowe słońce z trudem przebijało się przez szare chmury wiszące nisko nad Chicago, rzucając matowe, płaskie światło na główną sypialnię w apartamencie 42B. Tasha wciąż była głęboko zakopana pod kołdrą, marząc o życiu, na jakie, jak czuła, zasługiwała. Spała rozciągnięta na środku nierównego materaca, nieświadoma tykającego zegara odliczającego ostatnie minuty jej kadencji. W łazience prysznic leciał pełną parą. Kyle był tam, bez opamiętania zużywając gorącą wodę. Fałszował jakąś indie rockową piosenkę, a jego głos odbijał się echem od płytek. Uwielbiał ciśnienie wody w tym budynku. Poprzedniego wieczoru powiedział Taszy, że sam ten prysznic jest wart przeprowadzki, z rozkoszą ignorując fakt, że nic za ten przywilej nie zapłacił. Stał pod strumieniem wody, zmywając kurz po swojej fatalnej próbie wiercenia poprzedniego dnia, prawdopodobnie planując, jak zamaluje powstałą plamę, nie naprawiając przecieku. Tasha w końcu się poruszyła, wyciągając ramiona jak królowa w swoim zamku. Sięgnęła po telefon leżący na stoliku nocnym. Jej pierwszym odruchem, jak zawsze, było sprawdzenie mediów społecznościowych, ile lajków zebrał w ciągu nocy jej filmik z nowym mieszkaniem. Stuknęła w ekran, oczekując dopaminowego zastrzyku potwierdzenia. Zamiast tego aplikacja się zbuforowała. Zmarszczyła brwi i ponownie stuknęła. Nic się nie stało. Mały symbol Wi-Fi u góry ekranu zniknął, zastąpiony ponurą ikoną wyszukiwania. Usiadła zirytowana, odgarniając włosy z twarzy.
„Ugh” – mruknęła do pustego pokoju – „Kesha prawdopodobnie ma najtańszy pakiet internetowy dostępny na rynku”.
Zsunęła nogi z łóżka i podeszła do włącznika w ścianie, zamierzając zapalić światło nad umywalką i obejrzeć pory. Nacisnęła włącznik. Nic się nie stało. Nacisnęła ponownie, tym razem mocniej. W pokoju panował półmrok, oświetlony jedynie zimową szarością wpadającą przez okno. Nagle z łazienki dobiegł mrożący krew w żyłach krzyk. Nie był to krzyk bólu, lecz czystego szoku. Po nim nastąpił odgłos ciała uderzającego o ścianę prysznica i seria przekleństw, które przyprawiłyby marynarza o rumieniec. Tasha podbiegła do drzwi łazienki i zaczęła walić w nie pięścią.
„Kyle, co się stało?”
Drzwi gwałtownie się otworzyły. Kyle stał tam, ociekając wodą, z ręcznikiem pospiesznie owiniętym wokół talii, z gęsią skórką na skórze i ustami, które już przybierały odcień sinicy.
„Woda!” krzyknął, drżąc gwałtownie. „Zrobiła się lodowata – jak woda lodowcowa – i zgasło światło. O mało się nie poślizgnąłem i nie złamałem karku w ciemności”.
„Co się dzieje?” zapytała Tasha, rozglądając się po ciemniejącym mieszkaniu. „Internet też nie działa. I upał.”
Podeszła do otworu wentylacyjnego w ścianie. Panowała cisza. Jednostajny, kojący szum pieca ucichł całkowicie. Cisza w mieszkaniu była nagła i przytłaczająca. Resztki ciepła już uciekały, wysysane przez mroźne temperatury napierające na szybę.
„Nie zapłaciła rachunków?” – zapytał Kyle, szczękając zębami. „Ta skąpa wiedźma. Zarabia sześciocyfrową sumę, a nawet nie potrafi oświetlić gościom światła. Zadzwonię do niej i powiem jej, co o niej myślę. To zaniedbanie. Tasha, możemy się rozchorować”.
Tasha znowu chwyciła telefon. Zobaczyła SMS-a, którego wysłałem poprzedniego wieczoru, tego, którego idealnie zaplanowałem. Konserwacja o 10.


Yo Make również polubił
Świetnie! Dziękuję babciu!
10 objawów fibromialgii, które każdy z bólem mięśni powinien przeczytać
„Błyszczące podłogi bez chemii: odkryj sekret firm sprzątających! »
Weszłam na przyjęcie zaręczynowe mojego brata. Panna młoda pochyliła się z wymuszonym uśmiechem i szepnęła: „Nie powinieneś był przychodzić… zepsujesz zdjęcia”. Nie wiedziała, że jestem właścicielem firmy, w której pracuje ona i jej rodzina – ani że decyzja w sprawie jej kontraktu zostanie podjęta przed ślubem.