Tego wtorkowego popołudnia na oddziale intensywnej terapii w szpitalu St. Mary’s w Nashville panował zupełnie inny klimat – powietrze było zbyt zimne, światła zbyt białe, a nieustanny szmer maszyn połykał każdą modlitwę, zanim dotarła do sufitu. Wcześniej przejechał wózek wolontariuszy, a ktoś zostawił na stoliku nocnym tani długopis, taki z maleńką amerykańską flagą przyklejoną do skuwki niczym mały żart o odwadze.
Przybyłem, by spełnić to, czego, jak myślałem, żądała miłość.
Moje palce zawisły nad długopisem. Jeden podpis i moja młodsza siostra zostanie „puszczona”, jak wszyscy powtarzali, jakby puszczanie było czymś delikatnym. Potem dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku – mała, drżąca, ale żelazna w swojej pewności.
Oczy pielęgniarki były szeroko otwarte ze strachu, który próbowała ukryć, lecz jej się to nie udawało.
„Nie podpisuj” – wyszeptała. „Daj mi dokładnie dziesięć minut. Proszę”.
Dziesięć minut. Tylko o to prosiła, i brzmiało to jak nic – dopóki nie zobaczyłem, jak uśmiech mojego szwagra się zacisnął, jakby węzeł zaciśnięty zbyt szybko.
Bo prawda jest taka, że weszłam do tego pokoju wierząc, że tracę siostrę przez jej ciało.
Nie miałem pojęcia, że za chwilę dowiem się, że ktoś celowo próbuje ukraść jej życie.
Dziesięć minut może wystarczyć na przerwę na kawę — do momentu, w którym stanie się ona jedyną szansą na pożegnanie lub ratunek.
Trzy dni wcześniej mój spokojny poranek na emeryturze w Ohio przerwał telefon. Płukałem kubek w zlewie w kuchni, okno było uchylone akurat na tyle, by wpuścić zimowe powietrze i słychać było odległy dźwięk dmuchawy do liści sąsiada, gdy mój telefon rozświetlił się, wyświetlając imię Richarda.
Richard Thornton — mąż Diany. Elegancki głos, eleganckie garnitury, typ mężczyzny, który zawsze zdawał się wiedzieć, gdzie są wyjścia.
Brzmiał niepewnie. „Martha… to Diana. Upadła. Jest podtrzymywana przy życiu. Mówią, że to tętniak mózgu”.
Przez sekundę słowa nie dosięgnęły celu. Unosiły się w powietrzu, nieważkie, jak coś z czyjegoś życia.
„Moja siostra miała się dobrze” – powiedziałem, bo ostatnim razem, kiedy widziałem Dianę – dwa tygodnie temu, na naszym comiesięcznym lunchu – śmiała się z tego, że skończyła pięćdziesiąt osiem lat, jakby to był jakiś wtajemniczony żart. Znów mówiła o Włoszech, jak zawsze, malując je w swojej głowie niczym pocztówkę, którą trzymała w portfelu.
Głos Richarda się załamał. „Lekarze nie dają nadziei. Oni… oni nie sądzą, że się obudzi”.
Nie pamiętam, kiedy się rozłączyłam, tylko uczucie kluczy w dłoni i to, jak drżały mi dłonie, gdy zarzucałam płaszcz na ramiona. Byłam pielęgniarką na ostrym dyżurze przez czterdzieści lat, zanim przeszłam na emeryturę. Słyszałam najróżniejsze formy żałoby. Widziałam rodziny włamujące się na korytarzach. Ale nic z mojego szkolenia nie przygotowało mnie na wizję Diany – mojej młodszej siostry – leżącej nieruchomo pod jarzeniówkami, podczas gdy maszyna dyktowała jej oddech.
Jechałem nocą do Nashville, kilometr za kilometrem autostrady międzystanowej, z bladymi kostkami na kierownicy. Na stacji benzynowej gdzieś w Kentucky, z przyzwyczajenia, kupiłem kubek słodkiej mrożonej herbaty, a potem zostawiłem ją nietkniętą w uchwycie na kubek, podczas gdy kolejne kilometry mijały.
Każdy kilometr sprawiał wrażenie, jakbym ścigał się z czymś, czego nie potrafiłem nazwać.
Kiedy dotarłem do szpitala St. Mary’s, była 2:00 w nocy, a w szpitalu unosił się zapach środka dezynfekującego i przepalonej kawy. Richard już tam był, z zaczerwienionymi oczami i zgarbionymi ramionami, co sugerowało katastrofę. Przytulił mnie w sposób, który wydawał się wyćwiczony, jak człowiek, który wie, jak wyglądać na załamanego, gdy to się liczy.
„Mówią, że mózg nie pracuje” – powiedział cicho, kierując mnie w stronę pokoju Diany, jakby moje ciało miało zapomnieć, jak się chodzi. „Martho, ona by tego nie chciała. Zawsze powtarzała, że pragnie godności. Spokoju”.
Diana leżała w łóżku, z twarzą gładszą, niż miała prawo być, jakby sen wymazał ostatnie trzy dni jej życia. Jej dłoń była ciepła, kiedy ją wziąłem. Monitory mrugały i westchnęły. Respirator wykonywał swoją miarową, cierpliwą pracę.
Płakałam w jej kocyk jak dziecko.
Następne dwa dni zlewały się w jedno: lekarze ze współczującymi minami, których nie dało się do końca określić, Richard dzwoniący na korytarzu, moje krzesło przysunięte do łóżka Diany, aż bolały mnie plecy i piekły oczy.
I mimo wszystko, pod ciężarem żalu, coś we mnie nie chciało się rozluźnić.
Nie chodziło o jedną rzecz. Chodziło o to, jak lekarze unikali mojego wzroku, mówiąc o „prognozie”. Chodziło o to, jak Richard wciąż wracał do papierkowej roboty, do podpisów, do „po prostu sformalizowania sprawy”, jakby jedynym ratunkiem było nałożenie tuszu na linię.
I to właśnie ta kobieta pojawiała się o dziwnych porach.
Była młodsza – może na początku trzydziestki – zawsze z idealnie ułożoną fryzurą i zadbanymi paznokciami. Nosiła markową torebkę, która nie pasowała do oddziału intensywnej terapii, i stała blisko Richarda w sposób, który nie był medyczny, nie był profesjonalny, nie usprawiedliwiał tego szpitalny identyfikator.
Kiedy zapytałem Richarda, kim ona jest, odpowiedział zbyt szybko.
„Och, to Cassidy” – powiedział. „Doradczyni w żałobie przydzielona przez szpital. Była dla mnie ogromnym wsparciem”.
Doradca ds. żałoby.
Ale terapeuci żałoby nie dotykają ramienia męża pacjentki, jakby sprawdzali puls. Nie patrzą na niego tak, jak ona patrzyła na Richarda – jak na przyszłość, ku której oboje już zmierzali.
We wtorek po południu Richard zadzwonił do mojego pokoju hotelowego, a jego jasność nie pasowała do sytuacji.
„Martho” – powiedział – „myślę, że już czas. Lekarze mówią, że powinniśmy podjąć decyzję dzisiaj. Mam już gotowe formularze. Możesz teraz przyjść?”
Mój żołądek ścisnął się tak mocno, że miałem wrażenie, jakbym połknął lód.
Każda komórka mojego ciała uparcie twierdziła, że coś jest nie tak, ale żal potrafi sprawić, że wątpisz we własne instynkty. Powtarzałam sobie, że po prostu trzymam się nadziei, bo alternatywa jest nie do zniesienia.
Więc poszedłem.
O 15:30 wróciłem do sali intensywnej terapii Diany i zobaczyłem Richarda i Cassidy czekających tam, wyglądających na ludzi, którzy odbyli próbę.
Na stoliku nocnym leżał schludny stosik papierów. Na nim leżał długopis – zwykły długopis z maleńką amerykańską flagą na skuwce, jaskrawy na tle sterylnej bieli, jakby ktoś próbował rozjaśnić tę chwilę.
Richard rozpoczął swoją przemowę w chwili, gdy mnie zobaczył.
„Martho, dziękuję, że przyszłaś. Wiem, jakie to trudne, ale lekarze dali nam jasno do zrozumienia. Diana odeszła. Te formularze pozwolą nam usunąć maszyny i pozwolić jej spokojnie odejść. Jako jej siostra i pełnomocnik ds. opieki zdrowotnej, musisz podpisać się tutaj… i tutaj… i tutaj”.
Wskazał na trzy charakterystyczne wersy, stukając palcem jak metronom, a słowa wylewając zbyt szybko. Cassidy stał tak blisko, że prawie stykali się ramionami.
Sięgnąłem po długopis.
Ledwo koniuszki moich palców dotknęły plastiku, gdy czyjaś dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku.
„Proszę pani” – wyszeptała pielęgniarka – „nie podpisuj niczego. Proszę. Po prostu mi zaufaj”.
Była młoda – pod koniec dwudziestki – z ciemnymi, mocno zaczesanymi do tyłu lokami. Na jej odznace widniał napis JENKINS. Jej uścisk drżał, ale nie rozluźnił się.
Twarz Richarda poczerwieniała. „Przepraszam, siostro Jenkins, ale to sprawa rodzinna. Przekroczyła pani granice”.
Cassidy zrobiła krok naprzód, unosząc brodę. „Pan Thornton przeszedł już wystarczająco dużo bez ingerencji personelu”.
Jenkins nawet nie mrugnął. „Protokół szpitalny wymaga, żebym porozmawiał z rodziną prywatnie o pewnych sprawach. To zajmie dziesięć minut”.
Jej oczy spotkały się z moimi i to, co w nich zobaczyłem, nie było dramatem ani ego. To był rodzaj strachu, który rodzi się, gdy wiesz coś i jesteś z tym sam na sam.
„Dziesięć minut” – wyszeptała.
Coś we mnie – starsze niż logika, starsze niż papierkowa robota – podjęło decyzję.
Odłożyłem długopis.
„Richard” – powiedziałem, wymuszając spokój w głosie – „i tak potrzebuję chwili. To… dużo. Daj mi dziesięć minut, żeby z nią porozmawiać”.
Patrzyłem, jak zaciska szczękę. Patrzyłem, jak Cassidy pochyla się i szepcze mu coś do ucha. Przez chwilę myślałem, że odmówi – ale potem jakby się opamiętał.
„Dziesięć minut” – powiedział sztywno Richard. „Ale Marto, Diana cierpi. Każda chwila zwłoki jest okrutna”.
Jenkins wyprowadziła mnie z gabinetu tak szybko, że moje buty zaskrzypiały na podłodze. Zaprowadziła mnie do małego gabinetu na końcu korytarza i zamknęła za nami drzwi. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że z trudem otwierała zasuwkę.
Gdy się odwróciła, jej twarz wydawała się blada w świetle jarzeniówek.
„Pani Reynolds” – powiedziała łamiącym się głosem – „mogłabym za to stracić pracę. Mogłabym stracić prawo jazdy. Ale nie mogę stać i patrzeć, jak celowo pozbawiają życia pani siostrę”.
Te słowa podziałały jak cios w twarz.
„Celowo?” – zapytałem. „O czym ty mówisz?”
„Lekarze nie wiedzą tego, co ja” – powiedziała, przełamując strach, jakby to była ściana, którą już raz dzisiaj pokonała. „Jestem główną pielęgniarką Diany od siedemdziesięciu dwóch godzin. Panno Reynolds, pani siostra nie jest w stanie śmierci mózgowej. Jest w śpiączce farmakologicznej”.
Próbowałam przejąć kontrolę dzięki treningowi — automatycznemu, praktycznemu, tej części mnie, która potrafiła wkroczyć do akcji w środku chaosu.
„To poważne roszczenie” – zdołałem wykrztusić.
„Wiem” – powiedział Jenkins. „I nie powiedziałbym tego, gdybym nie był pewien. Jej EEG wykazuje aktywność. Odruchy są obecne. Dwa dni temu, kiedy pana Thorntona i tej kobiety nie było w pokoju, pocierałem mostek. Twoja siostra skrzywiła się. To reakcja bólowa. To się nie zdarza, gdy naprawdę nic tam nie ma”.
Serce waliło mi tak mocno, że aż dzwoniło mi w uszach.
„Ale doktor Carlson powiedział…”
„Oceny doktora Carlsona zostały przeprowadzone, kiedy pan Thornton nalegał na swoją obecność” – wtrącił Jenkins. „Widziałem też pana Thorntona z nim. Widziałem, jak koperta zmienia właściciela”.
Wyciągnęła telefon, choć nie mogła utrzymać równowagi w dłoniach.
„Dwie noce temu, wróciłem około 2:00 w nocy i nie mogłem spać. Zastałem pana Thorntona i Cassidy’ego samych w pokoju twojej siostry. Worek z kroplówką został wymieniony, ale nie było to zgodne z harmonogramem, który przygotowałem. Sprawdziłem worek później.”
Przesunęła palcem po ekranie i skierowała go w moją stronę.
Zdjęcia. Oznaczone datą.
Richard pochyla się nad stojakiem na kroplówkę Diany. Cassidy stoi na straży przy drzwiach, z przechyloną głową, jakby nasłuchiwała kroków. Kolejne zdjęcie – zbliżenie na etykietę kroplówki, pokazujące środki uspokajające, które nie powinny znaleźć się w żadnym rutynowym harmonogramie.
„Zgłosiłem to” – powiedział Jenkins, ściszając głos. „Mój przełożony podniósł sprawę wyżej w hierarchii. Dr Carlson powiedział, że się pomyliłem – że zlecił zmianę leków i zapomniał zaktualizować kartę. Ostrzegł mnie, że jeśli jeszcze raz kogoś oskarżę, zostanę zwolniony za niesubordynację”.
Przełknęła ślinę.
„Ale panno Reynolds… ktoś ciągle zwiększa dawkę środka uspokajającego Diany – na tyle, żeby utrzymać ją w stanie bezprzytomności, ale nie na tyle, żeby wszcząć alarm. Chcą, żeby była cicho, dopóki te formularze nie zostaną podpisane”.
Mój umysł próbował to odrzucić. Richard był w naszym życiu od piętnastu lat. To on przynosił Dianie kwiaty na święta, trzymał ją za talię podczas rodzinnych zdjęć, obiecywał na głos, że się nią zaopiekuje.
„Dlaczego?” zapytałem, bo mój głos potrzebował jakiegoś słowa, by się uchwycić.
Jenkins zawahał się, ale mimo to powiedział.
„Podsłuchałem ich wczoraj na korytarzu. Ta kobieta nie jest terapeutką żałoby. Nazwała go „dzieckiem”. Rozmawiali o wolności. O polisie na życie. O przeprowadzce na Kajmany, jak już to wszystko się skończy”.
Świat się przechylił.
Ubezpieczenie na życie Diany – trzy miliony dolarów, polisa, którą wykupiła pięć lat temu po tym, jak przestraszyła się nadciśnienia. Dom, który kochała, wart co najmniej dwa miliony. Konta inwestycyjne. Wszystkie ciche cegiełki życia.
Nagle Richard przestał być pilnym celem żałoby.
To było odliczanie.
Smutek czyni cię bezbronnym, ale instynkty nie odzywają się bez powodu.
„Masz dowody?” – zapytałem, zmuszając się do spokojnego tonu, jak na ostrym dyżurze, gdy w sali robiło się za głośno. „Coś, co się sprawdza, gdy ktoś zaczyna wszystkiemu zaprzeczać?”
Jenkins zacisnęła usta. „Za mało. Moje zdjęcia, moje notatki. Moje słowo przeciwko lekarzowi i bogatemu człowiekowi. Ale… jeśli podpiszesz te formularze, w ciągu godziny cofną ci wsparcie. A jeśli się nie mylę – jeśli odpowiednio zmniejszymy dawkę środka uspokajającego – twoja siostra może się obudzić”.
Wpatrywałem się w zamknięte drzwi, jakby mogły otworzyć się na inną rzeczywistość.
Wtedy coś we mnie zaczęło działać, ta część, która sprawdzała kody i sprawdzała czas zgonu, a mimo to poszła do domu, żeby zrobić obiad.
„W takim razie potrzebujemy silniejszego dowodu” – powiedziałem. „Teraz. Zanim zorientuje się, że mnie odciągnąłeś”.
Jenkins skinęła głową, a na jej twarzy malowały się walka strachu i determinacji.
Zrodził się pomysł — niebezpieczny, być może kończący karierę, ale taki, który jest ryzykiem, jakie podejmujesz, gdy alternatywą jest obserwowanie, jak życie ucieka pod kontrolą kogoś innego.
„Czy ma pan dostęp do nagrań z monitoringu?” – zapytałem.
Jenkins zawahał się, po czym powoli skinął głową. „Nagrania są w biurze ochrony. Ja… ja przyjaźnię się z Marcusem, jednym ze strażników. Jeśli powiem mu, że muszę przejrzeć nagranie pod kątem potencjalnego incydentu…”
„Zrób to” – powiedziałem. „Wyciągnij wszystko z pokoju Diany z ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin. Skup się na chwilach, kiedy Richard był z nią sam na sam. Albo z Cassidy”.
Oczy Jenkins rozszerzyły się, ale nie cofnęła się.
„I jeszcze jedno” – dodałem, wyciągając telefon. „Potrzebujemy kogoś, kto natychmiast sprawdzi poziom sedacji Diany – bez dr. Carlsona kontrolującego narrację. Czy jest jakiś inny neurolog, któremu ufasz?”
„Doktorze Patel” – odparł natychmiast Jenkins. „Jest szefem neurologii. Nie jest pod opieką doktora Carlsona. Jest staromodny. Nie toleruje nieprawidłowości”.
„Złapcie go” – powiedziałem. „I wszystko nagrajcie. Jeśli Richard i Cassidy powiedzą coś odkrywczego, kiedy będę w tym pokoju, musimy to nagrać”.
Jenkins zacisnął szczękę. „W pokoju jest monitoring audio dla bezpieczeństwa pacjentów. Jeśli go włączę na stanowisku pielęgniarskim, zacznie nagrywać”.
„To aktywuj to” – powiedziałem. „Wrócę i będę grał na zwłokę. Będę zadawał pytania. Będę go nękał.”
Wziąłem oddech, który przypominał połykanie szkła.
„Prosiłeś o dziesięć minut” – powiedziałem. „Daję ci dwadzieścia”.
Niektóre obietnice składa się słowami. Inne składa się sposobem, w jaki uspokajasz ręce, gdy jesteś przerażony.
Dwadzieścia minut później wróciłam do pokoju Diany z bijącym sercem i twarzą zastygłą w spokoju, który udało mi się zachować przez dziesięciolecia w trudnych sytuacjach.
Richard natychmiast wstał, a na jego twarzy zbyt szybko pojawiła się ulga.
„Marto. Dzięki Bogu. Jesteś gotowa?”
„Prawie” – powiedziałem, podnosząc papiery. „Muszę najpierw zrozumieć kilka rzeczy”.
Oczy Richarda drgnęły.
Cassidy podeszła bliżej i po raz pierwszy nie zawracali sobie głowy ukrywaniem splecionych palców.
„Co tu jest do zrozumienia?” – zapytał Richard, a w jego głosie pobrzmiewała nuta goryczy. „Lekarze nie mają żadnych wątpliwości. Nie ma nadziei”.
„Wiem, co powiedział dr Carlson” – odpowiedziałam, udając, że czytam, i prześlizgując wzrokiem po liniach, które już widziałam. „Ale jako pielęgniarka muszę mieć pewność. Druga opinia jest ważna. Diana zawsze powtarzała, że chce, żeby rozważono każdą opcję”.
„Nie ma na to czasu” – powiedziała Cassidy zbyt szybko, po czym spróbowała złagodzić ton. „Chodzi mi o to… że to tylko przedłużyłoby cierpienie”.
Richard skinął głową. „I szczerze mówiąc, Martho, koszty rosną. Każdy dzień na OIOM-ie kosztuje tysiące. Diana nie chciałaby drenować swojego majątku na daremność”.
I oto był — taki mały, a tak wiele mówiący.
Jej majątek.
Nie ona.
„Oczywiście” – powiedziałam cicho, starając się zachować łagodny ton. „Chcę tylko zrozumieć chronologię wydarzeń. Mówiłeś, że zemdlała w domu. Co robiła, kiedy to się stało?”
Richard otworzył usta, ale zaraz zamilkł, jakby przeglądał historię, z której nie spodziewał się być sprawdzany.
„Była na górze” – powiedział w końcu. „Usłyszałem głuchy odgłos”.
„O której godzinie?”
„Około dziewiątej rano.”
„I natychmiast zadzwoniłeś pod numer 911?”
Kolejna pauza.
„No cóż… najpierw sprawdziłem, co u niej. Upewniłem się, że oddycha. Byłem w szoku.”
„Jak długo minęło zanim zadzwoniłeś?” zapytałem.
„Nie wiem” – warknął, a niecierpliwość przebijała z jego ust. „Dziesięć minut. Może”.
Dziesięć minut.
Liczba ta przypadła nam do gustu niczym zapałka.
„Dziesięć minut to dużo czasu, kiedy ktoś jest w kryzysie” – powiedziałem, obserwując go. „Każda sekunda się liczy”.
Cassidy mocno ścisnęła jego dłoń, jakby chciała mu przypomnieć, żeby zachował kamienny wyraz twarzy.
„Przesłuchujesz go” – powiedziała, a jej uśmiech stał się ostrzejszy. „Zrobił, co mógł”.
„Jestem pewna, że on w to wierzy” – odpowiedziałam. „Cassidy, byłaś dla mnie taka wspierająca. Z jakiej agencji korzystasz? Chciałabym przesłać Ci wiadomość z podziękowaniami”.
Cassidy mrugnęła, przyłapana.
„Ja… ja pracuję w szpitalu” – powiedziała.
„To nie jest konieczne” – wtrącił Richard zbyt szybko. „Martho, te pytania są nieistotne. Liczy się tylko stan Diany. Podpiszesz, czy nie?”
Spojrzałam na moją siostrę — nieruchomą, milczącą, której życie zostało zredukowane do liczb na ekranach.
„Potrzebuję jeszcze jednej rzeczy” – powiedziałem. „Pięć minut sam na sam z nią. Chcę się z nią porządnie pożegnać”.
Nozdrza Richarda rozszerzyły się.
„Pożegnaliśmy się już” – zaprotestował.
„Proszę” – powiedziałam, pozwalając, by prawdziwe łzy wstrząsnęły moim głosem. „Ona jest jedyną rodziną, jaka mi została”.
Nie mógł odmówić, nie sprawiając przy tym wrażenia, że wygląda tak, jak tak bardzo starał się nie wyglądać.
„Dobrze” – powiedział. „Pięć minut. Poczekamy na zewnątrz”.
Wychodząc, Richard zerknął na papiery, jakby sprawdzał położenie figury szachowej. Jego palce musnęły długopis – małą amerykańską flagę kołyszącą się na skuwce – jakby musiał się upewnić, że nadal tam jest.
Kiedy drzwi się zamknęły, podszedłem do łóżka Diany i wziąłem ją za rękę.
„Czekaj, kochanie” – szepnęłam. „Jestem tutaj”.
Jej skóra była ciepła. Tętno miarowe.
Wtedy to zobaczyłam — drżenie tak niewielkie, że mogłoby być wytworem mojej wyobraźni, gdybym nie spędziła życia na obserwowaniu, jak ciała mówią prawdę.
Jej powieki poruszyły się.
Tylko raz.
Ścisnęło mi się gardło.
Jenkins miał rację.
Czasami dowodem nie jest dokument. Czasami to pojedyncze mrugnięcie, którego nie sposób zignorować.
Zanim minęło pięć minut, drzwi się otworzyły i Jenkins wślizgnął się do środka niczym cień.
Jej głos był cichy, naglący. „Dr Patel przejrzał jej dokumentację medyczną. Jest wściekły. Poziom jej sedacji jest trzykrotnie wyższy niż powinien być w jej stanie. Już zalecił zmniejszenie dawki leków, zgodnie z jego wolą”.
Trzykrotnie.
Liczba, której nie da się wytłumaczyć literówką.
„I” – dodał Jenkins, unosząc tablet, którego ręce wciąż drżały – „wyciągnęliśmy nagranie z monitoringu”.
Ekran się rozświetlił, a ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny przeleciały szybko do przodu niczym wyznanie, którego ktoś nie może cofnąć.
Richard przy stojaku z kroplówką Diany, gdy pielęgniarki nie patrzyły, z wygiętą pozycją, jakby ukrywał, co robią jego ręce. Richard i Cassidy na korytarzu, twarze zbyt blisko siebie, usta stykające się, jakby zapomnieli, gdzie są. Richard w ciemnym garażu, spotykający doktora Carlsona przy samochodzie, gruba koperta przechodząca z jednej ręki do drugiej.
Poczułem mdłości, ale Jenkins przewijał dalej.
„Czekaj” – powiedziała. „Proszę. To ten poranek, kiedy zemdlała”.


Yo Make również polubił
Orzeźwiający Ananasowo-Cytrynowy Poncz – Idealny na Każdą Okazję!
38-letni mężczyzna z rakiem żołądka ostrzega: 3 produkty, których najlepiej unikać
Starsza kobieta nie wpuszczona do klasy biznesowej, dopóki zdjęcie pilota nie wypadnie jej z torebki
Najlepsza herbata na opuchnięte nogi: naturalny środek moczopędny na kostki i stopy