„To takie słodkie, mamo” – powiedział szybko Grant. „Ale już zrobiłaś wystarczająco dużo. Powinnaś odpocząć. Damy sobie radę stąd”.
„Właściwie” – wtrąciła Emily, a jej uśmiech stał się mocniejszy – „myślę, że byłoby dobrze, gdyby Lorine została na noc. Przemiany bywają nieprzewidywalne. Obecność większej liczby członków rodziny… to pomaga”.
Grant spojrzał na nią zaskoczony. To nie był oryginalny scenariusz. Ale potem skinął głową.
„Ma rację” – powiedział. „Jeszcze jedna noc. Tylko dla pewności”.
Coś w tonie Emily, w sposobie, w jaki patrzyła na mnie, jakbym była meblem, który sama ustala, gdzie postawić, sprawiło, że ścisnęło mnie w żołądku. To nie była życzliwość. To było powstrzymywanie.
„Oczywiście” – powiedziałem. „Zostanę”.
Resztę dnia spędziliśmy jak w sztuce teatralnej, której kwestie wszyscy znaliśmy, z wyjątkiem mnie, która wiedziała, że zakończenie zostało zmienione.
Emily rozpakowała, sprawdziła butelki z lekami, posortowała fiolki na blacie, jakby nakładała posiłek. Grant siedział z otwartym laptopem, przekładał pieniądze między kartami, a palce latały po klawiszach. Przy kolacji zamówili chińszczyznę z jakiejś knajpy w mieście i usiedli przy stole w stylu wiejskim, jakby to był zwykły niedzielny wieczór.
W połowie posiłku telefon Granta zawibrował. Spojrzał na ekran i uśmiechnął się.
„Dobra wiadomość” – zapytała lekko Emily.
„Linia rejsowa potwierdziła nasz awans” – powiedział zadowolonym tonem. „Apartament typu penthouse. Prywatny balkon. W końcu dostaniemy zasłużony odpoczynek”.
Spojrzał na mnie.
„Jesteśmy bardzo zestresowani stanem Maryanne” – powiedział. „Potrzebujemy resetu”.
„Brzmi nieźle” – powiedziałem, starając się stłumić gorycz. „Oboje zasługujecie na odpoczynek”.
Rozmawiali o portach, do których zawinęli, o degustacjach win na pokładzie i o wschodach słońca nad Morzem Śródziemnym. Mówili o tym, jak wdzięczni będą, że będą mogli „pójść naprzód” po tak „trudnym sezonie”. A wszystko to z Maryanne leżącą sześć metrów od stołu, przy którym planowali wakacje, jakie miała kupić po jej śmierci.
Później, gdy w wielkim telewizorze w salonie leciał ściszony mecz NFL, Emily zwróciła się do mnie. Jej twarz była poważna i łagodna.
„Lorine, naprawdę doceniamy wszystko, co zrobiłaś” – powiedziała. „Większość ludzi nie znalazłaby się w takiej sytuacji. To dla nas bardzo wiele znaczy”.
„Zawsze byłaś niezawodna, mamo” – dodał Grant, obdarzając mnie tym swoim starym, wyćwiczonym uśmiechem, którego używał, gdy czegoś chciał. „Nawet gdy byłem dzieckiem, zawsze byłaś przy mnie, kiedy cię potrzebowałem”.
Ironia sytuacji prawie mnie rozśmieszyła.
„Chcę po prostu pomóc” – powiedziałem.
„Pomogłeś” – powiedziała Emily. „Ale muszę być z tobą szczera. Lekarze powiedzieli nam, że czasami, gdy stan pacjentów takich jak Mama wydaje się stabilny przez jakiś czas, sytuacja może się szybko zmienić. Nie chcę, żebyś była zszokowana, jeśli… jeśli ten tydzień nie skończy się tak, jak mamy nadzieję”.
„Co masz na myśli?” zapytałem.
Grant pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.
„Ostrzegali nas, że jej ciało może zacząć odmawiać posłuszeństwa” – powiedział. „Oddychanie, serce, wszystko. To rozdziera serce. Ale to może być też zrządzenie losu. Jest w tym stanie od tak dawna”.
Kiwałam głową, jakbym po raz pierwszy w życiu przyswajała ich słowa. W rzeczywistości zapamiętywałam każdą sylabę.
Około dziesiątej Emily wstała i się przeciągnęła.
„Powinienem podać mamie wieczorne leki” – powiedziała. „Lorine, powinnaś na nią uważać. Jeśli kiedykolwiek będziemy potrzebować twojej pomocy, dobrze by było, gdybyś wiedziała, jak to działa”.
W pokoju Maryanne ciche pikanie maszyn i szum linii tlenowej wypełniały powietrze. Emily układała fiolki na stoliku przy łóżku, każda z starannie wydrukowaną etykietą, poruszając się płynnie i z wprawą.
„Ten pomaga na ból” – powiedziała, nabierając płyn do strzykawki. „To na skurcze mięśni, żeby nie sztywniała. A ten pomaga jej odpocząć. Sen jest teraz dla niej najłagodniejszy”.
Sen. To słowo źle smakowało mi w ustach.
„Jak długo to potrwa?” zapytałem.
„Piętnaście minut, góra” – powiedziała Emily. „Potem idzie spać. Tak jest lepiej. Nic nie czuje”.
Patrzyłem, jak wstrzykuje miksturę do portu wkłucia dożylnego. Ten widok sprawił, że poczułem się, jakbym miał kręgosłup ze szkła.
Grant pojawił się w drzwiach, opierając się swobodnie o framugę.
„Jak się mają moje dziewczynki?” zapytał. „Wszystko w porządku?”
„Już wszystko gotowe” – powiedziała Emily. „Będzie mogła wygodnie odpocząć”.
Przesunęła dłonią po kocu Maryanne.
„Słodkich snów, mamo” – wyszeptała.
Gdybym nie znał prawdy, pewnie bym się rozpłakał. Zamiast tego stłumiłem wściekłość.
Wróciwszy do salonu, Grant nalał sobie drinka i zapadł się w kanapę. Emily zrobiła herbatę, po czym oznajmiła, że jest wyczerpana.
„Pokój gościnny jest już gotowy, Lorine” – powiedziała. „Świeża pościel. Możesz sobie pozwolić na wszystko, co masz w kuchni”.
Zanim zdążyłem wstać, Grant odstawił szklankę z cichym hukiem.
„Właściwie” – powiedział – „musimy chwilę porozmawiać”.
Coś w jego tonie sprawiło, że stanęły mi włosy na rękach. Podszedł do okna i zaciągnął zasłony, odcinając światło latarni ulicznych świecących nad kalifornijską ślepą uliczką.
„Mamo” – powiedział, odwracając się do mnie – „muszę ci dokładnie wyjaśnić, co się tu dzieje”.
Emily stanęła obok niego. Stali ramię w ramię, tworząc zjednoczony front.
„Co masz na myśli?” zapytałem.
„Chodzi o stan Matki” – powiedział. „I o twoją rolę w… tym, co nadchodzi”.
„Moja rola?” powtórzyłem.
Uśmiechnął się. Uśmiech nie dotarł do jego oczu.
„Maryanne umrze w tym tygodniu” – powiedział spokojnie. „A ty pomożesz nam upewnić się, że wszyscy uwierzą, że stało się tak, jak miało się stać”.
Słowa te wywołały odgłos tłuczonego szkła.
„Grant” – powiedziałem ledwo słyszalnym głosem. „O czym ty mówisz?”
„Nie rób tego” – powiedział, a jego ton stał się ostrzejszy. „Jesteś mądrzejsza, mamo. Nie przystoi ci udawać głupiej”.
Odezwał się głos Emily, gładki jak olej.
„Widziałeś ją” – powiedziała. „Ona nigdy się nie obudzi. Jest uwięziona. Trzymanie jej w takim stanie jest okrutne. Po prostu… pozwalamy naturze działać. I potrzebujemy twojej pomocy, żeby ludzie to zrozumieli”.
„O co mnie prosisz?” – wyszeptałem.
„Nic skomplikowanego” – powiedział Grant. „Po prostu powiesz prawdę po naszemu. Kiedy odejdzie – a to nastąpi wkrótce – powiesz wszystkim, że nie dawała żadnych oznak powrotu. Że była spokojna. Że robiliśmy wszystko „zgodnie z przepisami”. Że byliśmy kochający i oddani. Że nie ma nic dziwnego w tym, co się działo w tym domu”.
„A co jeśli tego nie zrobię?” – zapytałem.
Twarz Granta złagodniała w sposób, który nadał mu niemal łagodny wygląd. To było jakoś gorsze niż gdyby krzyknął.
„Daj spokój, mamo” – powiedział cicho. „Masz sześćdziesiąt cztery lata. Mieszkasz sama. Schody, prysznice, nocne wypady do sklepu… ludziom w twoim wieku ciągle przytrafiają się złe rzeczy. Wypadki. Upadki. Kłopoty z samochodem na ciemnych drogach”.
Powietrze opuściło moje płuca.
„Nie zrobiłbyś tego” – wyszeptałem.
„Naprawdę mamy nadzieję, że nie będziemy musieli” – powiedziała radośnie Emily. „To by nam złamało serca. Rodzina powinna trzymać się razem. Wolelibyśmy, żebyś był z nami, niż przeciwko nam”.
Siedziałem tam, gapiąc się na dwie osoby, które miały to samo nazwisko i siedziały przy moim rodzinnym stole, ale nic nie było w moim sercu. Czułem się, jakby całe moje ciało było z zimnej wody.
„Ja… ja potrzebuję trochę czasu” – wydusiłem. „Żeby pomyśleć”.
„Oczywiście” – powiedział Grant. Wstał i poklepał mnie po ramieniu, naciskając palcami odrobinę za mocno. „Wykorzystaj noc. Ale zaczynamy jutro. Musimy wiedzieć, że możemy na ciebie liczyć”.
Szedłem korytarzem do pokoju gościnnego na nogach, które wydawały się zupełnie inne niż moje. Za sobą słyszałem ich głosy, które zdawały się przechodzić w cichy szmer. Nie mogłem rozróżnić słów, tylko ton – taki sam, jaki słyszałem już kiedyś, gdy grupa nastolatków w autobusie miejskim dyskutowała, która kobieta wygląda na najłatwiejszy cel.
Będąc w pokoju gościnnym, zamknąłem drzwi i oparłem się o nie, czując, jak serce wali mi jak młotem.
Właśnie grozili mi śmiercią, jakby mówili o przełożeniu spotkania.
Przeleżałam bezsennie przez większość nocy, wpatrując się w wentylator sufitowy, nasłuchując każdego skrzypnięcia i westchnienia domu. Wyobrażałam sobie Emily wślizgującą się do pokoju ze strzykawką. Wyobrażałam sobie Granta otwierającego okno i wpuszczającego zimne powietrze, przez co wyglądało to tak, jakbym się poślizgnęła i upadła, próbując je zamknąć.
Ale nadszedł ranek. Słońce przebijało się przez żaluzje. Gdzieś na zewnątrz z cichym sykiem włączył się system zraszania. Wciąż oddychałem.
O godzinie siódmej ktoś cicho zapukał do drzwi.
„Mamo?” zapytał Grant. „Wstałaś już?”
Otworzyłam drzwi, ocierając oczy, jakbym dopiero co wstała z łóżka. Stał tam z kubkiem kawy i tym wyćwiczonym, zatroskanym spojrzeniem.
„Przyniosłem ci to” – powiedział. „Wiem, że wczorajszy wieczór był ciężki”.
„Dziękuję” – powiedziałem, biorąc kubek dłońmi, które tylko lekko drżały.
„Czy pomyślałeś o tym, o czym rozmawialiśmy?” zapytał.
Spojrzałam mu prosto w oczy i zmusiłam się, żeby nie odwrócić wzroku.
„Tak” – powiedziałem. „I rozumiem, czego ode mnie potrzebujesz”.
Na jego twarzy odmalowała się ulga.
„Wiedziałem, że tak będzie” – powiedział. „Rodzina, prawda?” Uśmiechnął się. „Zawsze byłaś przy nas. Tym razem nie jest inaczej”.
„Oczywiście” – powiedziałem.
Wewnątrz moja krew była jednocześnie lodem i ogniem.
Powiedział mi, że Emily zacznie „dokumentować zmiany” w stanie Maryanne tego dnia. Że mogą potrzebować mnie jako świadka, żeby potwierdzić szczegóły, gdyby ktoś zadał pytania.
Oboje wiedzieliśmy, co oznacza „później”.
W pokoju Maryanne Emily pochylała się już nad kartą choroby leżącą u stóp łóżka i pisała notatki dla wyimaginowanego lekarza.
„Jak się czuje?” zapytałem.
„Martwię się” – powiedziała Emily, marszcząc brwi. „Dziś rano oddychała z większym trudem. A jej cera… jest matowa. Możliwe, że to początek pogorszenia, przed którym ostrzegali nas lekarze”.
„Czy powinniśmy zadzwonić do pani Patterson?” zapytałem.
„Już to zrobiłam” – powiedziała Emily. „Przyjdzie dziś po południu, żeby to zbadać. Zostawiłam też wiadomość w gabinecie neurologa. Zobaczymy, co zasugerują”.
Krążyła wokół łóżka, sprawdzając rurki i wenflony jak współczująca pielęgniarka. Gdybym nie wiedział, co naprawdę robi, mógłbym uwierzyć, że jest aniołem.
Usiadłem i wziąłem Maryanne za rękę, muskając kciukiem jej kostki. Dla każdego, kto obserwował, wyglądało to jak gest pocieszenia. W rzeczywistości czekałem na najmniejszy uścisk, na umówiony sygnał.
Było. Ledwo, ale wyraźnie. Była tam, rozbudzona, nasłuchująca.
Reszta dnia stała się dla nich misternym przedstawieniem, a dla nas – skrupulatnym ćwiczeniem dokumentacyjnym.
Emily dzwoniła do kuchni, rozmawiając o „niepokojących zmianach” i „subtelnych przesunięciach” oraz o tym, że po prostu chce tego, co najlepsze dla swojej matki. Jej głos drżał w odpowiednich miejscach. Grant spędzał godziny przy laptopie, wysyłając e-maile z tematami w stylu „Plany po świętach” i „Harmonogram sprzedaży nieruchomości”.
Pani Patterson przyjechała po południu, wjeżdżając wózkiem. Sprawdziła saturację tlenu, tętno i ciśnienie krwi.
„Ma trochę za mało tlenu” – powiedziała, patrząc na monitor. „A jej rytm serca jest nieco nieregularny. To mogą być oznaki zwiększonego obciążenia organizmu. Czy zauważyłeś coś nietypowego?”
„Wydawało się, że dziś rano ciężej pracowała, żeby oddychać” – powiedziała Emily, płynnie i z wyczuciem. „Bardzo się martwiłam”.
„Dobrze zrobiłaś, dzwoniąc do mnie” – powiedziała pielęgniarka. „Poinformuję jej lekarza. Mogą chcieć zmienić pewne aspekty jej opieki albo omówić dalsze kroki”.
Następne kroki. Oczy Emily zabłysły na ułamek sekundy.
Tego wieczoru, podczas kolacji, Grant otworzył butelkę wina i nalał trzy kieliszki.
„Za rodzinę” – powiedział, unosząc głowę.
„Do rodziny” – powtórzyła Emily.
„Do rodziny” – powiedziałem, a słowo załamało się i straciło sens w moich ustach.
Rozmawiali teraz otwarcie o przyszłości, jakby Maryanne już była w ziemi. Może na Florydzie. Albo w Teksasie. Gdzieś, gdzie nie ma zimy i jest mnóstwo przestrzeni. Dom z basenem, gabinet dla niego, siłownia dla niej. Ja też byłam częścią scenariusza.
„Oczywiście, chcielibyśmy, żebyś często nas odwiedzał”, powiedziała słodko Emily. „Może nawet w końcu się przeprowadzisz. Wszyscy będziemy się potrzebować po tym wszystkim”.
Chcieli, żebym był wystarczająco blisko, żeby mieć mnie na oku. Wystarczająco blisko, żeby mnie kontrolować. Nie na tyle blisko, żeby mnie kochać.
Około dziewiątej Emily wstała i powiedziała, że nadszedł czas, aby podać Maryanne wieczorne leki.
„To może być ostatnia dawka, jaką jej podamy” – powiedziała cicho.
W sypialni ponownie ustawiła fiolki w rzędzie. Tym razem była jeszcze bardziej drobiazgowa – odmierzała, sprawdzała i robiła notatki. Strzykawka, którą przygotowała, była większa. Płyn w środku wydawał się nieco bardziej mętny.
„Dostosuję jej leki” – powiedziała. „Jej ciało wykazuje oznaki przeciążenia. To pomoże jej się zrelaksować. Ułatwi jej to wyjście, jeśli jej ciało tak zdecyduje”.
Przesunęła się w kierunku wenflonu, trzymając igłę nad portem.
„Poczekaj” – powiedziałem szybko.
Zatrzymała się, spojrzała na mnie zirytowana.
„Chcę się pożegnać” – powiedziałem, podchodząc bliżej. „Na wypadek… na wypadek, gdyby nie przeżyła nocy”.
Twarz Emily złagodniała.
„Oczywiście” – powiedziała. „Nie spiesz się”.
Grant skinął głową i stanął u stóp łóżka.
Pochyliłem się tak, że moje usta znalazły się tuż przy uchu Maryanne.
„Teraz” – wyszeptałem.
Jej oczy się otworzyły.
Efekt w pomieszczeniu był natychmiastowy i katastrofalny.
Emily krzyknęła i upuściła strzykawkę. Uderzyła o podłogę, a płyn rozprysnął się na polerowanym drewnie. Grant zatoczył się do tyłu, uderzając dłonią w stolik nocny i o mało nie przewracając monitora.
„Cześć, Emily” – powiedziała Maryanne czystym i spokojnym głosem, powoli podnosząc się z ziemi. „Zaskoczona moim widokiem?”
Usta Emily poruszały się bezgłośnie. Przez chwilę wyglądała jak dziecko, które właśnie odkryło, że straszydło jest prawdziwe i stoi w jej sypialni.
„Ty… ty nie możesz…” wyjąkała. „Byłeś… nie powinieneś…”
„Myśleć?” zapytała Maryanne, przerzucając nogi – sztywne, ale stabilne – przez krawędź łóżka. „Rozmawiać? Pamiętać?”
Jej wzrok był przenikliwy, przecinał lata udawanej bezradności, jakby były bibułką.
„Och, mój kochany” – powiedziała – „pamiętam wszystko”.
Grant pokręcił głową.
„Ma jakiś epizod” – powiedział podniesionym głosem. „To nie dzieje się naprawdę. Jest zdezorientowana”.
„Naprawdę?” zapytała Maryanne.
Sięgnęła po mały dyktafon na stoliku nocnym – ten, który postawiliśmy tam na widoku, ukryty pod maską zwykłego urządzenia. Uniosła go.
„W takim razie nie będziesz miał nic przeciwko temu, żeby pomóc mi to zrozumieć” – powiedziała.
Nacisnęła przycisk „play”.


Yo Make również polubił
🍰 Ciasto Boston Cream Poke 🍰
Mydło marsylskie pod prześcieradłem na bóle stawów i mięśni oraz bezsenność.
Sernik gotowany na biszkopcie
Moje pięty pękają – żaden balsam nie pomaga. Co jeszcze mogę zrobić? Czy powinnam pójść do lekarza?