Mój ojciec powiedział: „Nie ma tu dla ciebie miejsca”, a cała rodzina go poparła, więc wyszedłem z pustymi rękami, tylko z kluczami i poczuciem własnej wartości. Nie błagałem. Kiedy wzeszło słońce, cicha umowa, którą wynegocjowałem, została sfinalizowana: dom za 95 milionów dolarów na prywatnej wyspie. A kiedy w końcu zorientowali się, gdzie jestem, cisza w tym domu należała do mnie. – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Mój ojciec powiedział: „Nie ma tu dla ciebie miejsca”, a cała rodzina go poparła, więc wyszedłem z pustymi rękami, tylko z kluczami i poczuciem własnej wartości. Nie błagałem. Kiedy wzeszło słońce, cicha umowa, którą wynegocjowałem, została sfinalizowana: dom za 95 milionów dolarów na prywatnej wyspie. A kiedy w końcu zorientowali się, gdzie jestem, cisza w tym domu należała do mnie.

Jonas się wyprostował.

„Zbliżają się.”

Spojrzałem na otaczający mnie zamek – zimny kamień, migoczące światło pochodni, mury zbudowane tak, by wytrzymać burze o wiele starsze ode mnie.

I coś we mnie się uspokoiło.

„Niech przyjdą” – powiedziałem.

Jonas przyglądał mi się przez chwilę, zaskoczony, po czym skinął głową.

A gdy statek się zbliżył, wiatr się wzmagał, a morze w dole wzburzyło, uświadomiłem sobie, że bez względu na to, jaka prawda czekała za zamkniętymi stalowymi drzwiami na górze, bez względu na to, jakie sekrety zostawił mi William, nie były już czymś, czego się bałem.

To było coś, czego potrzebowałem.

Ponieważ w chwili, gdy postawiłem stopę na tej wyspie, moje życie przestało należeć do Gregory’ego Hawthorne’a.

I po raz pierwszy zaczęło należeć do mnie.

Burza nadciągnęła szybciej, niż się spodziewałem, zasłaniając horyzont szarą zasłoną, przez którą morze wydawało się głębsze i groźniejsze. Zanim Jonas i ja skończyliśmy sprawdzać zabezpieczenia zamku, wiatr zaczął szarpać okiennicami, wydając długie, głuche jęki w starych kamiennych korytarzach.

Stałam obok niego przy ogromnym oknie z widokiem na wschodnie klify, obserwując ciemną sylwetkę nieznanego statku, który kontynuował swoją powolną, drwiącą pętlę wokół wyspy.

„Testują nas” – powiedział cicho Jonas. „Testują naszą obronę. Testują twoją reakcję”.

„Moja reakcja” – powtórzyłem, jakby to słowo należało do kogoś innego.

Odwrócił się do mnie z czymś w rodzaju współczucia, złagodzonego nutą ostrożności.

„Nie jesteś tylko mieszkanką tej wyspy, panno Hawthorne. Jesteś jej właścicielką. A to oznacza, że ​​każdy, kto tu przybywa, reaguje na ciebie”.

Prawda ta ogarnęła mnie jednocześnie jak lód i ciepło. Objęłam się ramionami i odsunęłam od okna.

„Jeśli mój ojciec ich wysłał, żeby mnie zastraszyć”, powiedziałem, „zmarnował podróż. Już mnie tak łatwo nie przestraszyć”.

Na ustach Jonasa pojawił się półuśmiech — pierwszy cień ciepła, jaki u niego dostrzegłam.

„Nie” – mruknął. „Jesteś o wiele bardziej podobny do Williama, niż się spodziewałem”.

Powietrze znieruchomiało. Serce podeszło mi do gardła.

„Ciągle to powtarzasz” – powiedziałem. „Że mnie znał. Że to wszystko dla mnie przygotował. Ale nigdy go nie spotkałem. Ani razu. Dlaczego miałby…”

Jonas uniósł rękę, by mnie zatrzymać.

„Rozumiem twoje pytania i potrzebę odpowiedzi. Ale archiwum nie było jedynym miejscem, gdzie William zostawił swoje intencje”.

Skinął głową w stronę przeciwległego skrzydła.

„Jest jeszcze coś, co musisz zobaczyć. Coś, co, jak twierdził, będzie miało znaczenie, kiedy twój ojciec w końcu się od ciebie odwróci”.

„Ostatecznie” – powtórzyłem. „Więc to nie było „jeśli”?

„Nie” – powiedział Jonas. „William nigdy nie użył słowa „jeśli”.

Błyskawica przecięła niebo, oświetlając korytarz na chwilę, po czym znów pogrążyła go w mdłym blasku ognia. Jonas poprowadził mnie długim korytarzem, którego wcześniej nie zauważyłem – wąskim korytarzem z wysokimi, szklanymi oknami, które oprawiały burzę niczym ruchomy portret.

Każdy błysk pioruna rzucał nasze cienie na kamienną podłogę, przyjmując nierówne kształty.

Na końcu korytarza Jonas zatrzymał się przed wysokimi drewnianymi drzwiami wzmocnionymi stalowymi opaskami. Pośrodku wisiał ciężki zamek – nie stary, ale zaawansowany technologicznie, taki, jakiego korporacje używają do ochrony poufnych archiwów.

„William nazywał ten pokój cichym skarbcem” – powiedział Jonas, wyciągając kartę-klucz z kieszeni płaszcza. „To tam umieszczał dokumenty, o których istnieniu nie chciał, żeby dowiedziała się rodzina Hawthorne”.

„To brzmi jak wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowałem” – mruknąłem.

Tym razem się nie uśmiechnął. Zamiast tego zeskanował kartę i wpisał kod na klawiaturze.

W sali rozległ się cichy odgłos kliknięcia, po którym nastąpiło mechaniczne buczenie, gdy zamek się otworzył.

Drzwi się otworzyły.

Powietrze w środku było chłodniejsze, spokojniejsze, jakby nikt tu nie wchodził od lat. Ściany od podłogi do sufitu ciągnęły się wzdłuż półek, na każdej z nich piętrzyły się pudełka o różnych rozmiarach – niektóre oprawione w skórę, inne w stal, jeszcze inne w papier.

Nad głowami świeciło słabe światło, oświetlając drobinki kurzu, które powoli unosiły się w powietrzu.

Jonas odsunął się.

„Chciał, żebyś to zobaczył jako pierwszy.”

Na małym postumencie, blisko środka pokoju, leżał pakiet dokumentów owinięty w ciemną tkaninę. Podszedłem do niego powoli, z bijącym sercem, i uniosłem tkaninę.

W środku była księga rachunkowa – stara. Jej brzegi były postrzępione, okładka zniszczona, a strony grube pod palcami.

Usiadłem na drewnianej ławce obok cokołu i otworzyłem ją.

Pierwsza strona zaparła mi dech w piersiach.

To nie były dokumenty finansowe. Nie była to lista transakcji, nieruchomości ani umów powierniczych.

Był to dziennik – pisany ręcznie – należący do Williama Hawthorne’a.

Atrament w niektórych miejscach wyblakł, a pismo było ostre i nieregularne – zdecydowane i pilne.

Przeczytałam pierwsze akapity i poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz.

Dziś podjąłem decyzję. Nie pozwolę Gregory’emu odziedziczyć pełnię władzy w Hawthorne. Nie, dopóki buduje swoje imperium na manipulacji. Nie, dopóki wierzy, że nikt nigdy mu nie zagrozi.

Ścisnęło mnie w gardle.

Przewróciłem stronę.

Jest ktoś inny, kto może to zrobić. Ktoś, kogo nie może kontrolować, ktoś, kogo już się boi.

Jonas, stojący obok mnie, wziął głęboki oddech.

„Nie zapisał imion” – powiedział. „Nie w tym dzienniku. Nie na wypadek, gdyby ktoś do niego doszedł. Ale znaczenie nie jest subtelne”.

Miałam wrażenie, że każde słowo na tej stronie dociera do mnie, wnikając w moje żebra.

„Miał na myśli mnie” – powiedziałem.

„Tak.”

Zamknęłam dziennik, przyciskając dłoń do skórzanej okładki, jakby to mogło mnie podtrzymać.

„Ale dlaczego?” – zapytałem. „Dlaczego miałby wybrać mnie?”

Jonas zawahał się.

„Bo William wierzył, że Gregory w końcu się od ciebie odwróci. Bo wierzył, że prawda cię odnajdzie. I bo ufał ci bardziej niż komukolwiek innemu w tym, co odkrył”.

Ponownie otworzyłem dziennik, przeglądając wpisy z ponad dziesięcioletnim odstępem. To nie były codzienne zapiski. To były fragmenty – obserwacje, ostrzeżenia, badania, podejrzenia.

Im więcej czytałem, tym bardziej zaczynałem dostrzegać pewien schemat.

William śledził działania Gregory’ego na długo, zanim ktokolwiek inny dowiedział się, do czego jest zdolny.

I były listy – kopie, które William napisał i nigdy nie wysłał. Jeden zaadresowany do prawnika. Jeden zaadresowany do dziennikarza. I jeden zaadresowany do mnie.

Podniosłem go delikatnie i zauważyłem, że w przeciwieństwie do pozostałych, był zapieczętowany.

„Czy mogę?” wyszeptałem.

Jonas skinął głową.

Złamałem pieczęć.

List był krótki — składał się tylko z kilku linijek — ale każda z nich wryła się we mnie z niepokojącą precyzją.

Claro, jeśli to czytasz, to nadszedł dzień, którego się obawiałam. Gregory nigdy nie będzie tolerował sprzeciwu – ani ze strony mojej, ani twojej matki, ani z twojej. Ale jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, a ta wyspa jest tego dowodem. Wszystko tutaj zostało zbudowane, by chronić prawdę, w tym prawdę o tobie. Znajdź ludzi, których uciszył. Znajdź to, co ukrył. Jesteś tą, którą wybrałam.

Na chwilę mój wzrok się zamazał.

„Moja matka” – powiedziałam cicho, a słowo zapadło mi w pamięć. „Wspomniał o mojej matce”.

Jonas spuścił wzrok.

„Są rzeczy, które powinieneś wiedzieć” – powiedział – „ale nie wszystkie dzisiaj. Jeszcze nie”.

Chwyciłem krawędź ławki.

„Powiedział, że Gregory ją uciszył.”

Milczenie Jonasa było wystarczającą odpowiedzią.

Błyskawica znów błysnęła, a grzmot zagrzmiał tak głośno, że podłoga pod nami zadrżała. Burza na zewnątrz przybierała na sile – fale uderzały w klify niczym pięści.

Spojrzałem na Jonasa.

„Opowiedz mi resztę.”

Wahał się na tyle długo, że zacząłem się zastanawiać, czy odmówi.

Potem powiedział: „Twoja matka nie była problemem. Twój ojciec był”.

Poczułem gorąco za oczami.

„Co on zrobił?”

„Sprawił, że zniknęła.”

Zaparło mi dech w piersiach.

„Nie” – wyszeptałem. „Powiedział mi, że ona umarła. Powiedział mi…”

„Skłamał” – powiedział Jonas. „A William spędził lata, próbując odkryć, co naprawdę się wydarzyło. Wyspa Bastion stała się jego azylem, archiwum, salą wojenną. A teraz jest twoja”.

Szok przeszył mnie na wskroś, tak ostry, że świat rozmazał mi się w oczach. Stałem, potrzebując ruchu, powietrza, które nie było aż tak ciężkie.

Jonas poszedł za mną do drzwi i nagle się zatrzymał.

Na korytarzu nie było już cicho.

W powietrzu rozbrzmiewał dziwny, niski dźwięk — ledwo słyszalny, lecz bez wątpienia mechaniczny.

„Co to jest?” zapytałem.

Jonas powoli zrobił krok naprzód i oparł rękę na ścianie.

„Dochodzi z zewnętrznych czujników. Statek jest blisko. Za blisko.”

Szum stawał się coraz głośniejszy, rezonując przez kamienie pod naszymi stopami. Jonas pospieszył do okna na końcu korytarza i otworzył okiennice.

Światło reflektora omiatało klify, przecinając burzę i rzucając poszarpane cienie na mury zamku.

„Skanują obwód” – powiedział. „Szukają punktów wejścia do budynku”.

Mój puls przyspieszył.

„Po co?”

„Wejść do środka.”

„Po to, czego chce twój ojciec” – odpowiedział Jonas. „On nie wysyła ludzi, żeby obserwowali. On wysyła ich, żeby aportowali”.

Pospiesznie zbiegliśmy krętymi schodami w stronę głównej sali, a odgłos burzy był coraz głośniejszy z każdym zakrętem.

Gdy dotarliśmy na dół, Jonas uruchomił wewnętrzny system obronny – stalowe okiennice zasłonęły okna, wzmocnione drzwi zablokowały się, a przyćmione światła zmieniły barwy na awaryjne.

Stałem pośrodku sali i patrzyłem, jak zamek wokół mnie zamienia się w twierdzę.

„Panno Hawthorne” – powiedział ostrożnie Jonas – „musimy założyć, że sytuacja się zaostrzy”.

„Dlaczego?” zapytałem. „Czego oni mogliby tak bardzo chcieć?”

Spojrzał na mnie z wyrazem smutku i ostrzeżenia w oczach.

“Wszystko.”

Znów rozległ się grzmot, wzbijając kurz z krokwi. Jonas ruszył w stronę panelu sterowania, wpisując komendy, których nie potrafiłem rozszyfrować.

„Zamek wytrzyma” – powiedział. „Zawsze tak było”.

„A ja?” – zapytałem.

Odwrócił się i spojrzał mi w oczy z niezachwianą pewnością.

„Ty też wytrzymasz. Jesteś Hawthorne’em, ale nie jego pokroju.”

Drżąco wypuściłem powietrze. Burza uderzyła w szyby. Snop światła statku raz jeszcze omiótł dziedziniec, tym razem zatrzymując się, jakby przyglądał mi się przez ściany.

„Jonas” – wyszeptałam. „On nigdy mnie nie puścił. Naprawdę. Ani razu w życiu”.

„On też nie pozwolił Williamowi odejść” – powiedział Jonas. „A William walczył o ochronę prawdy do ostatniego dnia”.

Dreszcz przeszedł mnie po ciele — nie był to strach, ale coś bardziej stałego.

Coś ostrzejszego.

Rozstrzygać.

Podszedłem bliżej do okna. Statek unosił się tuż za skałami, czekając, obserwując, krążąc jak zagrożenie w stalowej szacie.

„Mam już dość pozwalania mu decydować o tym, co się ze mną stanie” – powiedziałem.

Jonas skinął głową, jakby właśnie na to czekał.

Potem powiedział: „Dobrze. Bo dziś wieczorem, panno Hawthorne, twój ojciec właśnie wypowiedział wojnę”.

Wiatr wył. Światła migotały. A gdzieś głęboko w zamku coś, co milczało od lat, w końcu się poruszyło.

Jonas znalazł mnie w bibliotece tuż po świcie, choć tak naprawdę nie spałem. Burza ucichła gdzieś nad ranem, pozostawiając po sobie dziwną ciszę, która wydawała się cięższa niż sam wiatr.

Ogień wypalił się doszczętnie, rzucając jedynie słabą pomarańczową poświatę na rzeźbione regały i zniszczone skórzane fotele. Siedziałem skulony przy kominku z dziennikiem Williama w dłoniach, śledząc pochyłe pismo, aż słowa się rozmazały.

Wszystko, co przeczytałem, nie dawało mi spokoju — ostrzeżenia, obserwacje, podejrzenia — wszystko krążyło wokół tej samej prawdy.

William przygotowywał się na moment, w którym Gregory zwróci się przeciwko mnie na długo, zanim ktokolwiek uwierzył, że to możliwe.

Jonas wszedł do środka i zniżył głos.

„Panno Hawthorne, powinniśmy porozmawiać.”

Spojrzałam na niego, niepewna, czy wyczerpanie jest widoczne na mojej twarzy.

„O statku?” zapytałem.

„Po części” – zawahał się – „głównie o czymś innym”.

Skinął w stronę małego stolika obok mnie, gdzie stała nietknięta taca z herbatą. Odłożyłem dziennik i poszedłem za nim w głąb biblioteki.

Był ogromny, z wysokimi oknami, przez które można było podziwiać szary poranny widok na morze.

Jonas zatrzymał się przy rogu, gdzie stały stare mapy morskie, i gestem pokazał mi, żebym usiadł.

„Wczoraj pytałeś, dlaczego William ci zaufał” – powiedział. „Prawda jest taka, że ​​nie tylko ci ufał, ale wręcz w ciebie wierzył. Często o tobie mówił, jeszcze zanim byłeś wystarczająco dorosły, by zrozumieć, co tak naprawdę oznacza nazwisko Hawthorne”.

Mrugnęłam.

„Dobrze go znałeś.”

„Służyłem mu prawie dwadzieścia lat” – powiedział Jonas. „Wystarczająco długo, by zobaczyć ciężar, jaki dźwigał. Wystarczająco długo, by zobaczyć cenę”.

Podszedł do półki i zdjął z niej małe, zakurzone pudełko. Obchodził się z nim z zaskakującym szacunkiem.

„To należało do niego” – powiedział cicho Jonas. „Prosił mnie, żebym ci to dał, kiedy nadejdzie czas”.

„Kiedy nadszedł czas” – powtórzyłem. „Co to znaczy?”

Otworzył pudełko.

W środku znajdowała się zapieczętowana koperta. Moje imię widniało na przedniej stronie wypisane ciasnym, starannym pismem – staranniejszym niż w dzienniku, bardziej przemyślanym. Pod kopertą leżał prosty klucz – stary i zniszczony żelazem – przywiązany do czerwonej wstążki.

Powietrze w mojej piersi zgęstniało.

„To zostało dla mnie?” – zapytałem.

„Wiele lat temu” – powiedział Jonas. „Na długo przed zniknięciem Williama”.

Słowo „zniknęło” uderzyło mnie jak zimne ostrze.

„Nikt nigdy nie wyjaśnił, co się z nim stało”.

„Nie” – powiedział Jonas – „ponieważ nikt nie wiedział”.

Dziś rano grzmoty nie wstrząsnęły zamkiem, ale coś we mnie czuło się równie niestabilne.

Wsunąłem kciuk pod klapkę koperty i rozłożyłem list.

Claro, jeśli to trzymasz, to moja nieobecność trwała dłużej, niż zamierzałem. Są tu prawdy, które należą tylko do ciebie. Prawdy, których nie mogłem wypowiedzieć, gdy wpływ twojego ojca sięgał tak daleko. Zaufaj Jonasowi. Zaufaj wyspie. Ale przede wszystkim zaufaj swojemu instynktowi. On cię ochroni, gdy zawiodą ci, którzy powinni byli to zrobić.

—William

Wpatrywałem się w atrament, aż zaczął drżeć.

„Dlaczego nie wrócił?” – zapytałem cicho. „Dlaczego zostawił to wszystko mnie, zamiast zostać i to chronić?”

Wyraz twarzy Jonasa uległ zmianie — ból, wspomnienie, coś głębszego.

„Bo twój ojciec uczynił to miejsce zbyt niebezpiecznym, żeby mógł tam wrócić” – powiedział. „I bo William wiedział, że pewnego dnia będziesz potrzebował schronienia, którego on już nie miał”.

Pokój zdawał się kurczyć wokół mnie.

Przesunąłem palcami po klawiszu, czując jego ciężar.

„Co otwiera?” – zapytałem.

„Drzwi, do których nikomu innemu nie pozwalał wejść”. Jonas wskazał gestem na odległy korytarz. „Prywatny gabinet Williama”.

Zesztywniałem.

„Ten, który jest połączony z zamkniętym skrzydłem na górze.”

“Tak.”

Wstałem z krzesła, ściskając klucz tak mocno, że krawędzie wbiły mi się w dłoń niczym półksiężyce. Jonas wyprowadził mnie z biblioteki przez oświetlone pochodniami korytarze, w górę krętymi kamiennymi schodami, aż dotarliśmy do wąskiego podestu tuż pod najwyższą wieżą.

Stały tam drzwi – drewniane, wzmocnione pasami ciemnego metalu. Ich powierzchnia była miejscami wyżłobiona, jakby ktoś dawno temu próbował je wyważyć.

„To jest to” – powiedział Jonas.

Oddech zamarł mi w piersi.

Podniosłem klucz, wsunąłem go do starego żelaznego zamka i przekręciłem.

Mechanizm zaskoczył z niskim, starożytnym jękiem.

Przez chwilę nic się nie działo.

Wtedy drzwi otworzyły się pod wpływem własnego ciężaru.

Gabinet Williama zupełnie nie przypominał tego, czego się spodziewałem.

Nie było to miejsce okazałe ani onieśmielające. Nie było wypełnione artefaktami ani drogimi meblami.

To było ludzkie.

Małe biurko zawalone papierami. Popękany skórzany fotel. Szkice planów architektonicznych przyczepione do przeciwległej ściany.

A wszędzie – na biurku, na półkach, nawet na podłodze – leżały stosy teczek przewiązanych sznurkiem.

„To tutaj spędził swoje ostatnie dni na wyspie” – powiedział cicho Jonas.

Potem zniknął, zostawiając mnie samą w pokoju.

Coś w mojej piersi się ścisnęło.

„Nad czym on pracował?” – zapytałem w pustkę.

„Przygotowuję się” – głos Jonasa dobiegł zza drzwi. „Dokumentuję i szukam dowodów, które twój ojciec desperacko próbował wymazać”.

Weszłam głębiej do pokoju i poczułam delikatny podmuch muskający moje kostki. W powietrzu unosił się delikatny zapach cedru i kurzu. Mój wzrok powędrował po przypiętych schematach – planach wyspy, warstwach notatek nabazgranych na marginesach. Jedna fraza powtarzała się na kilku stronach:

SKARB AWARYJNY — DOSTĘP TYLKO DLA NASTĘPCÓW.

Poczułem mrowienie na skórze.

„Następca” – wyszeptałem. – „Mam na myśli mnie”.

Jonas skinął głową, stojąc w drzwiach.

„William wyznaczył cię na długo przed aktywacją funduszu. Wierzył, że odziedziczysz nie tylko wyspę, ale i jego walkę”.

Ciężar tego wszystkiego przygniótł mnie niczym drugi kręgosłup – ciężki, konieczny, niemożliwy do zrzucenia.

Uklęknąłem obok stosu teczek i otworzyłem ten na górze. W środku były zdjęcia – ziarniste nagrania z monitoringu, na których mój ojciec wchodził do budynku, którego nie rozpoznawałem.

Zaparło mi dech w piersiach.

Na kolejnym zdjęciu widać, jak wychodzi z teczką.

Następna sytuacja — przekazanie ręki mężczyźnie, którego twarz była częściowo zasłonięta.

„Co to wszystko znaczy?” wyszeptałem.

Jonas przykucnął obok mnie.

„Dowody na ludzi, których Gregory wykorzystał. Pieniądze, które przelał. Groźby, które wypowiedział.”

Zaczęło mi się kręcić w głowie.

„A William utrzymywał to wszystko w tajemnicy”.

„Musiał” – powiedział Jonas. „Twój ojciec zniszczyłby każdy jego skrawek”.

Przerzucałam stronę za stroną, a z każdą kolejną żołądek ściskał mi się coraz bardziej. Podejrzewałam, że Gregory zrobił straszne rzeczy, ale widząc to tak otwarcie, czułam się jak w lodowatej wodzie.

I wtedy coś zrozumiałem:

Wyspa nie była prezentem.

To była tarcza.

Gdy przewróciłam ostatnią stronę, mały skrawek papieru wypadł mi z ręki i upadł na podłogę.

Podniosłem to.

William napisał ręką jeden wiersz.

Ona musi odkryć prawdę, zanim on to zrobi.

„Ona” – wyszeptałem. „Kto?”

Ale zanim zdążyłem dokończyć pytanie, Jonas wstał i gestem wskazał mi biurko.

„To nie wszystko.”

Otworzył dolną szufladę i wyjął zapieczętowaną kopertę z moimi inicjałami. W środku znajdował się mniejszy notes – cienki, oprawiony w skórę – pełen szkiców kobiecej twarzy.

Szkice były niepokojąco znajome.

Kobieta o łagodnych oczach, wyrazistych rysach, z cichym smutkiem wyrytym w wyrazie twarzy. Rysy jej twarzy przypominały moje, aż zaparło mi dech w piersiach.

„To jest…” wyszeptałam.

„To moja matka.”

Jonas skinął głową.

„William nie tylko ją znał. Próbował ją chronić”.

Paliło mnie w gardle.

„Od Gregory’ego.”

“Tak.”

Pokój się przechylił, prawda wygięła świat na krawędziach. Przycisnęłam notatnik do piersi.

„Sprawił, że zniknęła” – wyszeptałem.

Jonas nie odpowiedział.

Nie było mu to potrzebne.

Burza na zewnątrz znów się rozpętała – wiatr szarpał stare okiennice. Przełknęłam ślinę, by stłumić narastający ból w piersi, i zmusiłam się do oddechu.

„Musisz zobaczyć coś jeszcze” – powiedział Jonas.

Zaprowadził mnie w najdalszy kąt gabinetu, gdzie wąskie drzwi były na wpół ukryte za wiszącym gobelinem. Pchnął je, odsłaniając strome kamienne schody wiodące w ciemność.

„To prowadzi na niższy poziom” – powiedział. „Do pokoju zaprojektowanego po zniknięciu twojej matki”.

Puls boleśnie pulsował mi w uszach.

„Po co?”

„Dla zachowania tajemnic” – powiedział Jonas – „i dla ochrony”.

Zeszliśmy do ciemnej klatki schodowej, każdy stopień zimniejszy od poprzedniego. Kiedy dotarliśmy na dół, Jonas zapalił latarnię i uniósł ją w górę, odsłaniając drzwi przypominające skarbiec, ze skanerem biometrycznym i staromodnym zamkiem.

„Klucz, który masz, otwiera tę część” – powiedział.

Moje palce drżały, gdy wsuwałem klucz. Zamek otworzył się z głośnym trzaskiem.

Jonas przycisnął dłoń do panelu skanera, który nagle ożył.

„Twoja kolej” – powiedział.

Przycisnąłem dłoń do skanera.

Maszyna szumiała — przetwarzała, przeszukiwała.

Następnie: DOSTĘP PRZYZNANY.

Drzwi skarbca rozsunęły się.

W środku znajdowało się pomieszczenie niepodobne do żadnego innego w zamku. Ani zimnego kamienia, ani starego drewna.

Szkło i stal.

Lekkie, nowoczesne, przemyślane, cicho brzęczące z mocą.

Na centralnym stole leżał gruby segregator, zniszczony na brzegach, jakby często go używano. Nad nim, w szkle, wyryto jedno zdanie:

DLA CLARY — GDY BĘDZIE GOTOWA.

Moje kolana niemal się ugięły.

Jonas odłożył latarnię na bok.

„To jest plik, którego William nigdy nie chciał, żeby twój ojciec znalazł” – powiedział. „Plik, który tworzył przez ostatnie lata życia. Plik, który, jak sądził, będzie ci potrzebny bardziej niż cokolwiek innego”.

Podeszłam do stołu, serce waliło mi jak młotem, palce muskały okładkę. W środku, wiedziałam już, kryła się prawda na tyle wielka, by złamać wszystko, w co kiedykolwiek wierzyłam – o mojej matce, o Gregorym, o kobiecie, w którą się stawałam.

Przyciągnąłem bliżej segregator.

Jonas odsunął się, żeby zrobić mi miejsce, i przez chwilę jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu był cichy szum sklepienia i szalejąca nad nami burza, jakby sama wyspa wstrzymywała oddech — czekając, aż przewrócę stronę.

Segregator wydawał się cięższy niż powinien, jakby ciężar w jego wnętrzu nie był papierem, a prawdą, która zbyt długo czekała w ciemnościach.

Powoli otworzyłem okładkę, spodziewając się zobaczyć kolejną księgę rachunkową lub stos umów — coś finansowego, coś zimnego — ale pierwsza strona wcale nie była dokumentem.

To było zdjęcie.

Ziarnisty obraz mojego ojca stojącego obok kobiety, której nigdy wcześniej nie widziałem. Jej twarz była lekko odwrócona, rysy łagodne i rozmyte przez upływ czasu, a jednak tak znajome, że aż ścisnęło mnie w żołądku. Coś w kształcie jej szczęki. Nachylenie kości policzkowej. Podobieństwo, nad którym zastanawiałem się całe życie, nie mając na to żadnego dowodu.

Jonas podszedł bliżej.

„William poprosił mnie, żebym chronił właśnie ten wizerunek”.

Obrysowałem wzrokiem kontur jej twarzy.

„Kim ona jest?”

„Nie znamy jej imienia” – powiedział ostrożnie Jonas. „Ale wiemy, kim była”.

Przełknęłam ślinę.

„A kim ona była?”

Jego wzrok spuścił.

„Świadek. Pewien Gregory chciał uciszyć.”

Zanim zdążyłem zapytać o więcej, światła w skarbcu zamigotały.

Jonas gwałtownie podniósł głowę.

Oboje słuchaliśmy.

Z górnego korytarza dobiegł stłumiony dźwięk dzwonka – wewnętrzny system alarmowy zamku. Nie alarm włamaniowy. Nie sygnał o zagrożeniu.

Alert komunikacyjny.

Jonas zwrócił się w stronę klatki schodowej.

„Ktoś próbuje się z tobą skontaktować.”

Wróciliśmy na górę wąskimi, kamiennymi schodami, a echo alarmu odbijało się od ścian niczym nierówne bicie serca.

Gdy dotarliśmy na parter, Jonas szybkim krokiem ruszył w stronę biblioteki, gdzie w kącie, niczym stare biurko radiooperatora, znajdowała się konsola komunikacyjna.

Ekran rozświetlały dziesiątki powiadomień.

Ale jeden się wyróżniał.

Alerty informacyjne. Zdjęcia mojej twarzy. Nagłówki przewijające się tak szybko, że moje oczy ledwo nadążały.

Dziennikarka Harper Lane publikuje oświadczenie w sprawie rodziny Hawthorne.

Dziedzic rodu Hawthorne zagroził, że zmusi go do milczenia; spór o prywatny majątek może wiązać się z tuszowaniem sprawy.

Podszedłem bliżej. Moje ręce zaczęły drżeć.

„Dlaczego tak się dzieje?”

Jonas spojrzał na ekran.

„Ponieważ twój ojciec przewidział twoją nieobecność i reaguje siłą”.

Telefon na biurku zawibrował.

Jonas odpowiedział i włączył głośnik.

Głos Evelyn był ostry i zdyszany.

„Clara, powiedz mi, że jesteś bezpieczna.”

„Nic mi nie jest” – powiedziałem, choć głos mi się trząsł.

„Jesteś na topie w całym kraju” – powiedziała Evelyn. „Twój ojciec ujawnił to publicznie dziś rano. Twierdzi, że ukradłeś poufne dokumenty z rodzinnego majątku. Nazywa cię osobą niezrównoważoną psychicznie i emocjonalnie”.

Poczułem ucisk w klatce piersiowej.

„Próbuje mnie zdyskredytować, zanim cokolwiek zdąży wyjść na jaw”.

„Dokładnie” – powiedziała Evelyn. „Ale to nie jest najgorsze”.

Zaparło mi dech w piersiach.

„Co jeszcze?”

„Gregory złożył do sądu federalnego wniosek o zamrożenie wszystkich twoich aktywów, łącznie z przeniesieniem wyspy”.

Usiadłem powoli, a świat się przechylił.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Sałatka ze świeżego tuńczyka i ziemniaków

Gotuj nieobrane ziemniaki w garnku z osoloną wodą przez 20 minut po ugotowaniu. Jajka gotuj we wrzącej wodzie przez 10 ...

Ciasto pomarańczowe: oto jak je upiec, by było miękkie i pachnące!

Sok pomarańczowy Skórka pomarańczowa 10 g (1 łyżka) proszku do pieczenia Sól Na syrop: 80 ml (1/3 szklanki) soku pomarańczowego ...

Szarlotka rozpływająca się w ustach! Wszyscy szukają tego przepisu!

Krok 1: Przygotowanie ciasta Mieszanie składników: W dużej misce wymieszaj mąkę, proszek do pieczenia, cukier oraz szczyptę soli. Następnie dodaj ...

Leave a Comment