Szybko poszedłem do głównej sypialni, znalazłem sejf i wyjąłem jego zawartość. Potem wślizgnąłem się do jednego z ukrytych przejść, które Frank nakreślił na mapie, zamykając za sobą wejście – akurat w chwili, gdy usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła z frontu domu.
Rozpoczęło się polowanie.
Ale nie zdawali sobie sprawy, że ta rzekomo bezbronna staruszka znała teraz każdy sekret tego domu kłamstw.
Nie byłem już ofiarą.
Byłem pułapką.
Przemierzałem wąski korytarz, kierując się słabym światłem awaryjnym wbudowanym w podłogę. Frank pomyślał o wszystkim. Korytarz opadał w dół, prowadząc głębiej do fundamentów domu.
Słyszałem stłumione głosy dochodzące z góry – przynajmniej trzech różnych mężczyzn – metodycznie przeszukujących każdy pokój.
„Musi gdzieś tu być” – warknął głos. „Jej samochód stoi na zewnątrz. Sprawdź za meblami. Pod łóżkami. Szef powiedział, że mogła coś znaleźć”.
Szef. Nathan albo ktoś wyżej postawiony w spisku, który odkrył Frank.
Przejście prowadziło do małego, betonowego pomieszczenia wypełnionego sprzętem do monitoringu. Na wielu ekranach wyświetlano różne części domu, uwieczniając moich prześladowców w trakcie poszukiwań. Mężczyźni byli ubrani w ciemne ubrania i poruszali się z wojskową precyzją, niektórzy uzbrojeni w broń, która z pewnością nie była legalna do użytku cywilnego.
Na głównej konsoli widniał czerwony przycisk z napisem „EMERGENCY”. Obok niego znajdowała się odręczna notatka Franka:
„Tylko w sytuacjach kryzysowych. 30 sekund na wyjście przez tunel.”
Nie wiedziałam, co to wywoła, ale miałam to na uwadze, oceniając swoją sytuację.
Zawartość sejfu była teraz zabezpieczona w małym plecaku, który znalazłem wiszący na haczyku: gotówka, paszporty z moim zdjęciem, ale na innych nazwiskach, naładowany pistolet. Frank wiedział, że przez lata od czasu do czasu chodziłem z nim na polowanie, chociaż nigdy nie miałem broni. I kilka pendrive’ów z napisem DOWÓD.
Mapa na ścianie pokazywała cały system tuneli. Jedna z tras prowadziła do wyjścia oddalonego o pół mili, które wychodziło w kępie drzew w pobliżu małego strumienia. Inna łączył się z czymś, co wyglądało na stary tunel górniczy, ciągnący się przez kilka mil i z wieloma punktami wyjścia.
Nie miałem złudzeń, że ucieknę przed tymi ludźmi w lesie – zwłaszcza po ciemku. Moją najlepszą szansą było ukrywanie się, dopóki nie zrezygnują z poszukiwań.
Albo… nagle mnie to uderzyło.
Ci ludzie byli tu po to, by znaleźć dowody i wyeliminować świadków. Ale co, jeśli uda im się zrealizować tylko jeden z tych celów? Skrupulatne planowanie Franka dało mi pewien pomysł. Gdyby uwierzyli, że zniszczyli wszystko, być może zgłosiliby misję zakończoną sukcesem, nie potwierdzając mojej śmierci.
Na ekranie monitoringu widziałem, jak pewien mężczyzna odkrył wejście do tajnego pokoju.
„Znalazłem coś” – zawołał do pozostałych.
Zbliżyli się do siebie i zaczęli przeglądać dowody zebrane przez Franka.
„To już wszystko” – powiedział jeden z nich, wyciągając telefon. „Zadzwoń”.
Nie mogłem usłyszeć drugiej strony rozmowy, ale wyraz twarzy mężczyzny pociemniał.
„Rozumiem. Żadnych śladów.”
Zaczęli gromadzić dokumenty i dyski twarde.
„A co ze starszą panią?” – zapytał ktoś inny.
„Gdzieś tu jest. Znajdź ją, a potem spal to wszystko”.
Krew mi zamarła.
Zamierzali zniszczyć dom razem ze mną w środku, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Znów spojrzałem na przycisk alarmowy, podejmując decyzję. Cokolwiek Frank sfabrykował, mogła to być moja jedyna szansa. Ale najpierw potrzebowałem czegoś, co mogłoby mnie odwrócić uwagę.
Wśród sprzętu znajdował się mały panel z napisem STEROWANIE DOMEM. Przełączyłem kilka przełączników i z satysfakcją obserwowałem, jak dom pogrąża się w ciemności, a potem słychać pisk uruchamianego systemu alarmowego. Mężczyźni na ekranie drgnęli z zaskoczenia, krzycząc do siebie, gdy światła awaryjne rzucały upiorne cienie na cały dom.
Nacisnąłem przycisk alarmowy.
Wiadomość nagrana głosem Franka była spokojnie przekazywana przez głośnik.
„Protokół alarmowy uruchomiony. Kontrolowane wyburzenie za trzydzieści sekund. Natychmiast udać się w bezpieczne miejsce”.
Serce waliło mi jak młotem, gdy chwytałem plecak i pędziłem w stronę tunelu oznaczonego jako główna droga ucieczki. Za sobą słyszałem dźwięki mechaniczne – otwierane zamki, opuszczane metalowe okiennice.
Byłem jakieś dwadzieścia jardów w tunelu ewakuacyjnym, gdy pierwsza eksplozja wstrząsnęła fundamentami. Nie była duża, raczej kontrolowana niż destrukcyjna, ale usłyszałem gdzieś za sobą trzask betonu.
Frank zaprojektował go tak, aby zamknąć ukryte pomieszczenia i przejścia, pozostawiając konstrukcję domu w większości nienaruszoną. Mężczyźni mieli zostać uwięzieni w głównym domu, oddzieleni zarówno ode mnie, jak i od dowodów, które zbierali.
Szedłem dalej, tunel stopniowo zmieniał się z betonowego w zgrubnie ociosany kamień – część starego systemu górniczego, który Frank włączył do swoich dróg ucieczki. Powietrze robiło się chłodniejsze i bardziej wilgotne, w miarę jak zagłębiałem się w górę.
Przez prawie godzinę podążałam za światłami awaryjnymi, a w mojej głowie kłębiły się pytania i rewelacje. Całe moje życie wywróciło się do góry nogami w ciągu jednego dnia. Mój mąż nie zginął. Moja córka była przestępczynią. A ja zbiegiem.
Kiedy w końcu wyszedłem z tunelu, znalazłem się na zalesionym zboczu z widokiem na posesję. W oddali widziałem migające światła – policyjne lub strażackie wozy reagujące na wybuch. Z zewnątrz chata wyglądała na nienaruszoną, choć wiedziałem, że jej sekrety zostały już skrywane.
Czy intruzi uciekli? Czy teraz przeszukują las, żeby mnie znaleźć?
Nie mogłem ryzykować, że się dowiem.
Według mapy, kolejne dwie mile na północ znajdowała się mała chatka myśliwego, którą Frank oznaczył jako Bezpieczną Lokalizację B. Ustaliłem swoją pozycję za pomocą gwiazd i ruszyłem.
Noc Montany otulała mnie swoją bezkresnością – koc gwiazd nad głową, sylwetki gór na horyzoncie, szelest dzikich zwierząt w zaroślach. W innych okolicznościach uznałbym ją za piękną.
Idąc, myślałem o szyderczej twarzy Nathana, gdy mnie wyrzucił.
„Jesteś za słaby, żeby sobie poradzić samemu” – powiedział.
Może on w to wierzył. Może ja też, po dekadach wygodnego uzależnienia. Ale z każdym krokiem przez dzicz coś długo uśpionego budziło się we mnie.
Determinacja.
Odporność.
Gniew.
Kiedy dotarłem do chaty myśliwego, moje stopy były pokryte pęcherzami, mięśnie bolały, a płuca paliły od wysokości. Ale udało mi się dotrzeć o własnych siłach.
W środku znalazłem podstawowe zapasy: konserwy, wodę butelkowaną, apteczkę i telefon satelitarny z jednym zaprogramowanym numerem. Drżącymi palcami wybrałem numer.
Zanim odebrał mężczyzna, telefon zadzwonił trzy razy.
„Protokół bezpieczeństwa” – zażądał głos.
Przypomniałem sobie to zdanie z listu Franka.
„Czapla błękitna o północy”.
Pauza.
A potem: „Abigail, to ty?”
Moje serce się zatrzymało.
„Frank” – szepnąłem.
„Dzięki Bogu” – wyszeptał mój nieumarły mąż. „Jesteś bezpieczna? Udało ci się wydostać?”
Łzy spływały mi po twarzy – ulga, złość, całkowity absurd tej całej sytuacji.
„Żyję” – powiedziałem. „Nie, dzięki naszej córce i jej mężowi”.
„Przepraszam bardzo, Abby, za wszystko. Gdzie jesteś?”
„Nie mogę ci jeszcze powiedzieć. Nie za tę linię, ale wkrótce”.
„Przyszli po mnie, Frank. Ludzie z bronią.”
„Obawiałem się tego”. Jego głos stał się spięty. „Czy aktywowałeś protokół awaryjny?”
„Tak. Albo są uwięzieni, albo wezwali posiłki. Tak czy inaczej, nie możesz tam zostać długo.”
„W sypialni, pod materacem, jest urządzenie śledzące z satelitą. Aktywuj je, a w ciągu sześciu godzin ktoś po ciebie przyjedzie”.
Powinienem był się poczuć przytłoczony. Powinienem się załamać.
Zamiast tego poczułem dziwną jasność.
„Nie” – powiedziałem stanowczo.
„Nie, Abby, jesteś w niebezpieczeństwie.”
„Jadę do Kalispell” – przerwałem. „Do tego agenta federalnego, o którym wspominałeś”.
„Ci ludzie – w tym nasza córka – próbowali mnie dziś zabić. Nie ucieknę. Sprawię, że zapłacą”.
Między nami zapadła cisza.
„Nie musisz tego robić” – powiedział w końcu Frank. „Moglibyśmy zniknąć razem i zacząć od nowa gdzie indziej”.
„Po to to wszystko zrobiłeś?” – zapytałem. „Żebyśmy mogli spędzić nasze złote lata, patrząc sobie przez ramię?”
„Nie, Frank. Chcę sprawiedliwości. Chcę odzyskać nasze życie.”
Kolejna długa pauza.
„Zawsze byłeś silniejszy, niż ci się wydawało” – powiedział cicho. „W porządku. Zajmę się tym, ale proszę, bądź ostrożny. Ci ludzie nie przestaną przychodzić”.
Zakończyłem rozmowę i usiadłem w małej chatce otoczonej dziczą, wiele mil od wszystkiego, co znajome.
Nathan wyrzucił mnie, wierząc, że się złamię.
Zamiast tego mnie uwolnił.
Gdy nadejdzie ranek, wyruszę w podróż do Kalispell – nie jako ofiara szukająca pomocy, ale jako kobieta niosąca broń, która zniszczy tych, którzy ją zlekceważyli.
Niech polują dalej.
Tym razem będę gotowy.
Świt wstał nad górami, malując niebo akwarelowymi pociągnięciami różu i złota. Spałem niespokojnie na wąskim łóżku polowym, budząc się gwałtownie przy każdym skrzypieniu i szeleście dochodzącym z otaczającego lasu. Telefon satelitarny milczał po mojej rozmowie z Frankiem – żadnych dalszych instrukcji, żadnych ostrzeżeń o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
Zrobiłem inwentaryzację swoich zapasów: plecak z gotówką i dokumentami, podstawowy zestaw pierwszej pomocy, zapas żywności w puszkach na trzy dni i pistolet, który trzymałem w zasięgu ręki, mimo że miałem niewielkie doświadczenie w posługiwaniu się bronią palną.
Według mapy Kalispell znajdował się około sześćdziesięciu kilometrów dalej – niemożliwa do pokonania pieszo przez górzysty teren. Jedyne okno chaty wychodziło na wschód, zapewniając widok na dolinę w dole i, co najważniejsze, drogę prowadzącą do posiadłości Franka.
Przez lornetkę, którą znalazłem na półce, dostrzegłem jakąś aktywność. Kilka pojazdów zaparkowanych chaotycznie. Mężczyźni w ciemnych mundurach wyznaczali granicę – nie policja. Żadnych oznakowanych samochodów ani migających świateł. To były te same prywatne siły co wczoraj wieczorem, teraz w większej liczbie. Metodycznie przeszukiwali las, poruszając się po siatce od domu.
Jeśli będą wytrwali, nie zajmie im dużo czasu odkrycie chaty myśliwskiej.
Potrzebowałem transportu, i to szybko.
Mapa pokazywała małą osadę osiem mil na północ, niewiele więcej niż skupisko domów i sklep wielobranżowy obsługujący rozproszone rancza i domki letniskowe w okolicy. Gdybym zdołał dotrzeć tam niepostrzeżenie, być może znalazłbym pomoc – albo przynajmniej podwózkę do Kalispell.
Szybko się spakowałem, nie zostawiając śladu po sobie, i wymknąłem się z chaty. Poranne powietrze niosło ze sobą powiew jesiennego chłodu, gdy orientowałem się w terenie, korzystając z mapy i kompasu z mojego ekwipunku.
Najkrótsza trasa wiodłaby przez grzbiety gór. Zamiast tego wybrałem dłuższą ścieżkę przez gęstszy las i koryta strumieni, które zapewniałyby osłonę.
Mijały godziny, gdy przedzierałem się przez dzicz, a moje miejskie nogi protestowały na każdym wzniesieniu i skalistym odcinku. Nie wędrowałem od lat, odkąd Frank i ja wybraliśmy się na weekendowe wycieczki do Yellowstone, gdy Sophia była mała. Wspomnienie tych szczęśliwszych czasów sprawiło, że poczułem ukłucie w piersi.
Jak to się stało, że moja mała córeczka stała się osobą gotową pozwolić na zabicie własnej matki dla pieniędzy?
Około południa dotarłem do drogi gruntowej, która według mapy prowadziła w stronę osady. Ostrożnie nią jechałem, gotowy zanurzyć się w zaroślach na pierwszy znak pojazdów.
Droga zakręcała wokół zbiornika wodnego i nagle naszym oczom ukazała się osada: kilkanaście zniszczonych przez pogodę budynków skupionych wokół skrzyżowania, a za nimi majestatycznie wznosiły się góry.
Poprawiłem swój wygląd najlepiej, jak potrafiłem – wygładziłem włosy, otrzepałem ubrania z brudu – zanim podszedłem. W mojej głowie uformowała się prosta historia: turysta, któremu zepsuł się samochód, oddzielony od mojej grupy, potrzebujący pomocy.
Prosty.
Wiarygodne.
A co najważniejsze – niczym się nie wyróżnia.
Drzwi do sklepu zaskrzypiały, gdy wszedłem. Starszy mężczyzna podniósł wzrok zza lady, a na jego zniszczonej twarzy malowało się lekkie zdziwienie na mój widok.
„Dzień dobry, proszę pani” – przywitał się. „Nieczęsto tu przychodzą goście. Wszystko w porządku?”
„Kłopoty z samochodem” – wyjaśniłem, siląc się na nieśmiały uśmiech. „Fotografowałem dziką przyrodę, kiedy jakieś pięć mil stąd zepsuł mi się samochód z wypożyczalni. Mój telefon nie ma tu zasięgu”.
Przytaknął ze współczuciem.
„To się często zdarza. Dokąd chcesz dotrzeć?”
„Kalispell. Przyjaciele na mnie czekają.”
„No cóż, zaproponowałbym, że obejrzę twój samochód, ale moje kolana nie są już takie jak kiedyś. Mój syn prowadzi holowanie, ale jest na wezwaniu”. Spojrzał na zegarek. „Za godzinę będzie tam wóz pocztowy. Margie może cię podwieźć przynajmniej na część drogi”.
Podziękowałem mu i za gotówkę kupiłem kilka rzeczy: wodę, kanapkę w opakowaniu i czapkę baseballową, która pomoże mi ukryć twarz.
Czekając, zerkałem na tablicę ogłoszeń przy wejściu, pokrytą lokalnymi ogłoszeniami i reklamami. Świeżo wywieszona ulotka przykuła moją uwagę i krew zamarła mi w żyłach.
Spojrzałam na swoją twarz obok napisu ZAGINIONY napisanego pogrubionymi literami.
W tekście opisano mnie jako sześćdziesięcioośmioletnią kobietę z prawdopodobną demencją, która oddaliła się od rodzinnej posiadłości w Montanie. Jako osobę kontaktową podano Nathana, który twierdził, że jest głęboko zaniepokojony bezpieczeństwem swojej teściowej.
Właściciel sklepu zauważył moją uwagę.
„Właśnie wróciłem dziś rano” – skomentował. „Jakiś facet w wypasionym SUV-ie rozstawił je po całym mieście. Powiedział, że jego biedna teściowa się pogubiła i gdzieś odeszła. Wysłali ekipy poszukiwawcze”.
Moje myśli krążyły.
Zacierali ślady, tworząc narrację, która wyjaśniłaby moje zniknięcie – lub śmierć – gdyby mnie znaleźli. Gdybym znalazł się martwy na pustkowiu, wszyscy obwiniliby o zamieszanie i ujawnienie, a nie o przestępstwo.
„Straszna rzecz” – mruknąłem, odwracając twarz.
„Mam nadzieję, że ją znajdą.”
„Mówiła, że może być zdenerwowana albo mieć paranoję” – kontynuował mężczyzna. „Gadała bzdury o tym, że ktoś ją ściga. Choroba Alzheimera to okrutny proceder”.
Idealne rozwiązanie.
Gdybym zwrócił się do władz z oskarżeniem o spisek, Nathan już zasiałby we mnie ziarno urojeń. Kto uwierzyłby starszej kobiecie, a nie szanowanemu biznesmenowi z politycznymi powiązaniami?
Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał. Napiąłem się, a potem zmusiłem do rozluźnienia, gdy weszła starsza kobieta – żadnych mężczyzn w czarnych SUV-ach.
„Dzień dobry, Earl” – powitała sklepikarza. „Jakieś paczki dla mnie dzisiaj?”
„Poczty jeszcze nie ma, Doris. Chociaż Margie powinna wkrótce nadejść.”
Rozmawiając, rozważałem swoje możliwości. Czekanie na samochód pocztowy wydawało się teraz ryzykowne. Jeśli ludzie Nathana byli tu i roznosili ulotki, mogli wrócić – albo właściciel sklepu mógł powiązać zaginioną kobietę z nieznajomym w swoim sklepie.
Doris skończyła swoje sprawy i wyszła. Pod wpływem impulsu poszedłem za nią.
„Przepraszam” – zawołałem cicho.
Odwróciła się i spojrzała na mnie zmrużonymi oczami w blasku słońca.
“Tak kochanie?”
„Nie mogłem się powstrzymać od podsłuchania. Mieszkasz w pobliżu?”
„Tuż za rogiem” – odpowiedziała, gestykulując niejasno. „Dlaczego pytasz?”
Podjąłem szybką decyzję.
„Mam problemy z samochodem i naprawdę muszę dziś dotrzeć do Kalispell. Chętnie zapłacę za podwózkę, jeśli jedziesz w tamtą stronę.”
Doris przyglądała mi się przez chwilę.
„Obawiam się, że nie dzisiaj, ale mój syn wpada dziś po południu z zapasami. Mieszka w Columbia Falls, niedaleko Kalispell. Prawdopodobnie mógłby ci pomóc”.
Poczułem ulgę.
„To byłoby cudowne. Byłabym bardzo wdzięczna.”
„Chodźmy więc” – powiedziała, kierując się w stronę starego pickupa. „Nie ma sensu czekać tu na słońcu. Możesz zjeść lunch, a my na niego poczekamy”.
Jadąc tak krótki dystans do jej domu na ranczu, nerwowo zerkałem na każdy przejeżdżający pojazd, spodziewając się zobaczyć czarne SUV-y z posiadłości Franka. Ale drogi pozostały ciche, a góry obojętne na mój los.
Doris przyjaźnie gawędziła o lokalnej historii i swojej rodzinie, gdy podskakiwaliśmy na polnej drodze. Odpowiadałem z odpowiednim zainteresowaniem, jednocześnie starając się zachować spójność mojej wymyślonej historii: fotograf dzikiej przyrody z Minneapolis odwiedza Montanę po raz pierwszy.
Jej dom był skromny, ale wygodny, usytuowany na kilku akrach ziemi, z widoczną za nim stodołą i zagrodą.
Gdy podjechaliśmy, zauważyłem inny pojazd zaparkowany przed nami: srebrny sedan z przyciemnianymi szybami.
„Wygląda na to, że Tommy przyszedł wcześnie” – zauważyła radośnie Doris.
Jednak gdy zbliżyliśmy się do domu, drzwi wejściowe otworzyły się i ukazała się kobieta, której wygląd zrobił na mnie wrażenie fizycznego ciosu.
Zofia.
Moja córka stała na ganku, a wyraz jej twarzy zmienił się z przyjemnego na zaskoczony, gdy mnie rozpoznała.
Przez jedną, lodowatą chwilę patrzyliśmy na siebie – córka, która mnie zdradziła, i matka, którą, jak sądziła, skazała na śmierć.
Następnie jej ręka powędrowała do torebki.
I byłem pewien, do czego dążyła.
„Doris, zejdź!” krzyknęłam, odpychając starszą kobietę na bok, podczas gdy Sophia wyciągnęła pistolet z torebki.
Pierwszy strzał rozłupał drewnianą balustradę ganku, gdy ciągnąłem Doris za jej ciężarówkę, żeby się ukryć.
„Co, na litość boską?” zaczęła Doris drżącym głosem.
„To moja córka” – wyjaśniłem bez tchu, nie umknęła mi absurdalność sytuacji. „I ona próbuje mnie zabić”.
W oddali usłyszałem dudnienie nadjeżdżających pojazdów – posiłków.
Niewątpliwie pułapka się zamykała.
I tym razem nie będzie żadnych tajnych przejść, którymi można uciec.
„Twoja córka?” powtórzyła Doris, a szok odebrał jej na chwilę mowę, gdy kolejny pocisk odbił się od maski ciężarówki. „Dlaczego twoja córka…”
„To skomplikowane” – wydyszałam, a moje myśli pędziły jak szalone. „Czy jest jakieś inne wyjście stąd?”
Doris skinęła głową, a jej początkowy szok zmienił się w zaskakującą determinację.
„Stodoła łączy się z pastwiskiem z tyłu. Jest droga dojazdowa, z której korzystają pracownicy rancza.”
Poszperała w kieszeni i wyciągnęła pęk kluczy.
„Stary Jeep mojego męża stoi w stodole. Nadal jeździ.”
Z domu dobiegł głos — głos Sophii, słodki i rozsądny, nie zdradzający w żaden sposób jej morderczych zamiarów.
„Mamo, to ty? Dzięki Bogu, że cię znaleźliśmy. Wszyscy tak się martwili”.
Występ był przerażający w swojej wiarygodności. Gdyby Doris była sama, z pewnością wyszłaby stamtąd, nie podejrzewając niebezpieczeństwa.
„Musimy ruszać” – szepnąłem do Doris. „Kiedy powiem „teraz”, biegnij na tył stodoły. Trzymaj się nisko”.
Warkot silników stawał się coraz głośniejszy. Przez szczelinę pod ciężarówką dostrzegłem dwa czarne SUV-y skręcające w długi podjazd posesji.
„Teraz!” krzyknąłem.
Oboje zerwaliśmy się na równe nogi. Rozległ się kolejny strzał, gdy uciekaliśmy, a ziemia wzbijała się w górę za naszymi piętami. Doris była zadziwiająco żwawa jak na swój wiek, dotrzymując nam kroku, gdy zygzakiem zmierzaliśmy w stronę tylnego wejścia do stodoły.
Wpadliśmy przez drzwi, płosząc kury, które schroniły się w cieniu. Stodoła była na szczęście przestronna, oferując wiele kryjówek wśród ułożonych w stosy bel siana i sprzętu.
Doris wskazała na stojący w rogu pojazd przykryty plandeką.
„To jeep Harolda. Kluczyki powinny działać, ale nie był uruchamiany od miesięcy.”
Zerwałem plandekę, odsłaniając zabytkowego Jeepa Wranglera – zakurzonego, ale nienaruszonego. Podczas gdy Doris blokowała drzwi do stodoły drewnianą belką, wślizgnąłem się za kierownicę, włożyłem kluczyk i odmówiłem cichą modlitwę.
Silnik zakaszlał, zacharczał, a potem ryknął i ożył.
„Dziękuję, Haroldzie” – mruknęła Doris, przeżegnając się, po czym wsiadła na miejsce pasażera.
„Powinnaś zostać” – powiedziałem jej. „Powiedz im, że cię zmusiłem. Nie mają powodu, żeby cię krzywdzić”.
Spojrzała na mnie stalowym wzrokiem.
„Młoda damo, mogę nie rozumieć, co się dzieje, ale wiem, że robię źle, kiedy to widzę. Nikt nie strzela do ludzi na mojej posesji”.
Jakby tego było mało, sięgnęła pod siedzenie i wyjęła zniszczoną strzelbę.
„Poza tym” – dodała – „znam te boczne drogi lepiej niż ktokolwiek inny”.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, z przodu stodoły rozległy się krzyki. Drzwi zadrżały, gdy ktoś próbował je otworzyć siłą, opierając się o barykadę.
Wrzuciłem bieg do Jeepa i skierowałem się w stronę tylnych drzwi, które były lekko uchylone.
Przebiliśmy się przez nie w deszczu drzazg, wpadając na polną drogę prowadzącą od domu w kierunku linii drzew wyznaczającej granicę posesji.
W lusterku wstecznym dostrzegłem postacie wybiegające ze stodoły, wśród nich Sophię z twarzą wykrzywioną wściekłością. Czarne SUV-y zmieniały kierunek, próbując nas odciąć.
„Skręć w lewo przy korycie potoku” – poinstruowała Doris, przygotowując się, gdy podskakiwaliśmy na nierównym terenie. „Te leśne drogi biegną przez całe góry. Nigdy nas nie złapią, jeśli będziemy trzymać się z dala od głównych dróg”.
Posłuchałem jej wskazówek, wdzięczny za lokalną wiedzę, i zanurzyliśmy się w labirynt nieoznakowanych, polnych dróg wijących się przez gęsty las. Jeep radził sobie z trudnym terenem znakomicie, choć każda kość w moim ciele protestowała przeciwko tej wyboistej jeździe.
„A teraz” – powiedziała Doris, gdy już dzieliło nas kilka mil od jej rancza – „myślę, że nadszedł czas, żebyś mi powiedziała, dlaczego twoja córka próbuje zabić własną matkę”.
Podczas naszej podróży przez odludzie Montany przedstawiłem Doris skróconą wersję wydarzeń: odkrycie korupcji przez Franka, jego sfingowaną śmierć, udział Nathana i Sophii oraz dowody, które mogą położyć kres całej ich operacji.
„Więc twój mąż wcale nie umarł?” – zapytała, a na jej zniszczonej twarzy malowało się niedowierzanie.
„Najwyraźniej nie, choć słyszałem jego głos tylko przez telefon”.
Pokręciła głową.
„A telenowele, które oglądam, wydają mi się naciągane”.
Pomimo wszystko roześmiałem się — ostry, zaskoczony dźwięk, który wydawał się obcy w moim gardle.
„Uwierz mi” – powiedziałem – „sam wciąż mam problem z zaakceptowaniem tego”.
„Dokąd zmierzamy?” zapytała Doris, gdy las zaczął się przerzedzać, ukazując przebłyski doliny w oddali.
„Kalispell. Jest tam agent federalny, który według Franka miał pomóc. Nazywa się Marcus Wilson.”
Doris pokiwała głową zamyślona.
„Znam drogę boczną, która doprowadzi nas blisko miasta bez korzystania z głównej drogi. Na pewno ludzie będą obserwować te drogi”.
Gdy wyszliśmy z lasu na grzbiet z widokiem na rozległą dolinę, Doris poleciła mi zatrzymać się pod osłoną kilku dużych sosen. Z tego punktu widokowego mogliśmy zobaczyć wiele kilometrów, w tym kłąb dymu unoszący się w oddali w kierunku rancza Doris.
„Palą go” – powiedziała cicho Doris, a w jej głosie słychać było emocje. „Mój dom”.
Ogarnęło mnie poczucie winy.
„Przepraszam bardzo. Nie miałem zamiaru przynosić tego pod twoje drzwi.”
Wyprostowała ramiona, ale jej wzrok wciąż utkwiony był w odległym dymie.
„I tak planowałem przeprowadzić się bliżej wnuków. Za dużo schodów w tym starym miejscu.”
Potem zwróciła się do mnie, a jej wyraz twarzy stwardniał.
„Ale teraz zależy mi na tym, żeby ci dranie zapłacili.”
Kontynuowaliśmy podróż przez coraz bardziej nierówny teren, a stary jeep jęczał w proteście, gdy pokonywaliśmy płytkie strumienie i wspinaliśmy się na strome nasypy. Według Doris, szlaki te były wykorzystywane głównie przez miejscowych myśliwych i okazjonalnych drwali – niewidocznych dla osób nieznających dobrze tego regionu.
Późnym popołudniem zaczęliśmy znowu dostrzegać oznaki cywilizacji: rozproszone domy, a następnie małe skupiska budynków, gdy zbliżaliśmy się do obrzeży Columbia Falls, na wschód od Kalispell.
„Powinniśmy pozbyć się tego jeepa” – zasugerowałem. „Już go pewnie szukają”.
Doris zgodziła się i wskazała mi małą restaurację z przyległym motelem na skraju miasta.
„Mój siostrzeniec zarządza tym miejscem. Jest dyskretny i może nam dać pokój, żebyśmy mogli posprzątać i wykonać kilka telefonów.”
Kiedy weszliśmy, bar był prawie pusty. Przy ladzie siedziało tylko kilku kierowców ciężarówek popijających kawę. Bratanek Doris, krzepki mężczyzna po czterdziestce o imieniu Pete, rzucił okiem na rozczochrany stan swojej ciotki i natychmiast zaprowadził nas do zaplecza.
„Spalili ranczo” – powiedziała mu Doris bez wstępów. „Potrzebuję pokoju. Żadnych papierów. I bezpiecznego telefonu”.
Trzeba przyznać, że Pete nie zadawał żadnych pytań, po prostu wyciągnął klucz i telefon komórkowy.
„Pokój dwunasty z tyłu. Nikt cię nie będzie niepokoił. Potrzebujesz czegoś jeszcze, ciociu D?”
„Trochę jedzenia by nie zaszkodziło” – odpowiedziała. „I uważaj na facetów w czarnych SUV-ach, którzy zadają pytania”.
Podczas gdy Doris wyjaśniała sytuację swojemu siostrzeńcowi, ja zadzwoniłem pod numer agenta Wilsona, który podał mi Frank. Dzwonek dzwonił kilka razy, zanim włączyła się poczta głosowa. Zostawiłem tajemniczą wiadomość, podając imię i nazwisko Franka oraz nazwę domku, a także dane motelu, po czym zakończyłem połączenie.
W małym, staromodnym pokoju motelu w końcu miałem chwilę, by porządnie ocenić swój stan fizyczny. Moje odbicie w lustrze w łazience było przerażające: rozczochrana kobieta z siwymi włosami, brudną twarzą i oczami naznaczonymi całodzienną dawką sytuacji zagrażających życiu i śmierci.
Trudno nazwać mnie typową babcią z przedmieścia, jaką byłam jeszcze kilka dni temu.
Po szybkim prysznicu wysypałem zawartość plecaka na łóżko, przyglądając się każdemu przedmiotowi uważniej, teraz, gdy miałem odpowiednie światło i czas. Wśród dokumentów i gotówki znajdował się mały skórzany notes, którego wcześniej nie zauważyłem, zapisany odręcznym pismem Franka – imiona, daty, numery kont i, co najważniejsze, szczegóły spotkań Nathana, Sophii i różnych urzędników państwowych. Wszystko skrupulatnie udokumentowane fotografiami przyklejonymi do kartek.
Dowody były obciążające i wyczerpujące.
Frank, jak zwykle, był dokładny.
Pukanie do drzwi sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. Gestem dałem Doris znak, żeby się cofnęła, a sam ostrożnie podszedłem, trzymając pistolet w pogotowiu.
„Kto tam?” – zawołałem.
„Agent federalny Marcus Wilson” – padła odpowiedź. „Chyba mamy wspólnego znajomego”.
Ostrożnie uchyliłem drzwi, łańcuch wciąż był napięty. Na zewnątrz stał mężczyzna po pięćdziesiątce – atletyczna budowa ciała, krótko przycięte siwe włosy i nieomylna postawa stróża prawa. Uniósł odznakę.
„Pani Reynolds, jestem agentem Wilsonem.”
„Frank się ze mną skontaktował.”
„Frank do ciebie dzwonił?” zapytałem, nie puszczając jeszcze łańcucha.
„Nie, proszę pani, ale otrzymałem powiadomienie, kiedy włączyła pani protokół alarmowy w domku. Współpracuję z pani mężem od miesięcy”.
Przyglądałem się jego twarzy, szukając jakichkolwiek oznak oszustwa.
„Udowodnij, że znasz Franka.”
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
„Powiedział, że będziesz ostrożny. Dobrze.”
Powoli sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął zdjęcie.
„Chciał, żebym ci to pokazał, gdybyś kwestionował moją tożsamość.”
Na zdjęciu widać Franka i mnie podczas naszej trzydziestej rocznicy ślubu, podczas podróży na Santorini — to była prywatna chwila na klifie o zachodzie słońca, do której nikt inny nie miałby dostępu.
W końcu odpiąłem łańcuch.
Agent Wilson wszedł do środka, skinął z szacunkiem Doris, po czym profesjonalnym okiem przyjrzał się naszym skromnym pokojom.
„Przeszła pani przez nie lada wyzwanie, pani Reynolds. Jestem pod wrażeniem, że udało się pani dotrzeć tak daleko”.
„Miałam pomoc” – powiedziałam, wskazując na Doris. „I proszę, mów mi Abigail”.
Usiadł przy małym stoliku przy oknie, ustawiając się tak, aby móc obserwować parking.
„Frank dostarczał mi informacji o operacji Nathana Blackwella przez prawie rok. Gromadziliśmy dowody ostrożnie i metodycznie, aż śmierć Franka przyspieszyła ten proces”.
„Dlaczego nie aresztowałeś Nathana kilka miesięcy temu?” – zapytałem, nie mogąc ukryć irytacji w głosie.
„Blackwell to tylko jeden element znacznie większej sieci” – wyjaśnił Wilson. „Musieliśmy zidentyfikować wszystkich głównych graczy – polityków, sędziów, liderów biznesu. Zbyt wczesne działanie pozwoliłoby uciec większym rybom”.
„Tymczasem zostałam pozostawiona w ciemnościach” – zauważyłam z goryczą – „opłakując męża, który nie umarł”.
Wilson miał na tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na zakłopotanego.
„To była decyzja Franka. Uważał, że to jedyny sposób, żeby cię chronić”.
„Czyniąc ze mnie cel?” – zapytałem.
„Upewniając się, że nie byłeś współwinny” – poprawił Wilson. „Gdybyś znał prawdę – gdybyś postąpił inaczej po jego śmierci – od razu by cię podejrzewali. Twój autentyczny żal dawał ci ochronę, dopóki nie dowiedzieliby się, co Frank ukrył w chacie”.
Przyjąłem to wyjaśnienie, nie do końca usatysfakcjonowany, ale rozumiejąc chłodną logikę, jaka za nim stoi.
„Co się teraz stanie?”
„A teraz” – powiedział Wilson – „przenosimy cię w bezpieczne miejsce, podczas gdy my przygotowujemy się do zakończenia całej operacji”. Skinął głową w stronę plecaka. „Dowód, który znalazłeś, uzupełnia naszą sprawę”.
„A Frank?” – zapytałem. „Gdzie on jest?”
„Pod opieką w bezpiecznym domu w północnym Idaho”.
„Możemy zorganizować dla ciebie dołączenie do niego, gdy tylko upewnimy się, że teren jest bezpieczny”.
Zalała mnie fala emocji: ulga, złość, tęsknota i coś w rodzaju żalu za straconym czasem.
Ale coś innego dręczyło moje sumienie.
„A co z Sophią?” zapytałem cicho. „Moja własna córka próbowała mnie dziś zabić”.
Wyraz twarzy Wilsona stał się ponury.
„Na podstawie dowodów przedstawionych przez Franka, Sophia Blackwell jest głęboko zaangażowana w działalność przestępczą swojego męża. Będzie musiała stawić czoła tym samym zarzutom co pozostali – praniu pieniędzy, spiskowi i usiłowaniu zabójstwa”.
Rzeczywistość znów mnie uderzyła.
Moja córka poszłaby do więzienia.
Moja piękna, ambitna Sophia, która kiedyś była wzorową uczennicą marzącą o zmianie świata, stała się kimś, kto dla pieniędzy był gotów zamordować własną matkę.
„Muszę zobaczyć dowody przeciwko niej” – powiedziałem w końcu. „Wszystkie”.
Wilson zawahał się, ale po chwili skinął głową.
„Masz do tego prawo. Ale muszę cię ostrzec – to jest obszerne.”
„Frank szczególnie szczegółowo dokumentował zaangażowanie Sophii, być może dlatego, że trudno mu było to zaakceptować”.
Wyjął laptopa z teczki, uruchomił go, wprowadził kilka warstw haseł, po czym zwrócił go w moją stronę.
„Akta zawierają wszystko, co wiemy na temat działalności Sophii Blackwell w ciągu ostatnich trzech lat”.
Przez następną godzinę przeglądałem druzgocące archiwum zdrady mojej córki: e-maile, w których omawiała łapówki dla urzędników państwowych, nagrania spotkań, na których spokojnie planowała strategie unikania płacenia podatków dla klientów zamieszanych w nielegalną działalność, zdjęcia, na których widać, jak przyjmuje koperty z pieniędzmi od znanych przestępców.
Najbardziej obciążające były zapisy dotyczące jej udziału w zaplanowaniu „wypadku” Franka – sfingowanego zawału serca, który zapoczątkował cały ten koszmar.
Moja córka przyczyniła się do śmierci swojego ojca.
„Ona wiedziała” – wyszeptałem głucho. „Wiedziała, że on tak naprawdę nie umarł”.
„Tak” – potwierdził Wilson. „Nasza teoria głosi, że podejrzewała, że zawał serca został sfingowany, dlatego przyspieszyli działania, aby znaleźć wszelkie dowody, które mógł ukryć”.
Doris, która przez cały czas zachowywała pełne szacunku milczenie, położyła mi na ramieniu swoją zniszczoną dłoń.
„Bardzo mi przykro, Abigail.”
Zamknąłem laptopa, wyczerpany emocjonalnie, ale dziwnie przytomny.
„Kiedy dokonacie aresztowań?”
„Współpracujemy z wieloma agencjami, aby prowadzić operacje jednocześnie” – powiedział Wilson. „Jutro rano, o szóstej rano. Zlikwidujemy wszystkich głównych graczy naraz – w tym twojego zięcia i córkę”.
„Chcę tam być” – powiedziałem nagle, zaskakując nawet siebie.
„Kiedy aresztujesz Nathana i Sophię.”


Yo Make również polubił
Robię to od lat! Zawsze budzę mojego męża. Nigdy nie wiedziałem, co jest przyczyną
Podczas Święta Dziękczynienia moi rodzice pobili mnie na oczach wszystkich, bo nie zapłaciłem czynszu mojej siostrze. Mama krzyczała: „Zapłać czynsz swojej siostrze albo wynoś się stąd”. Teraz żałują tego, co zrobili.
Babciowe Krakersy w Mgnieniu Oka – Prosty Przepis na Smak Dzieciństwa
2-składnikowy, naturalny środek na usuwanie złogów tłuszczu i pasożytów