Mój brat naśmiewał się ze mnie: „Wciąż między robotami?” przed znajomymi. Śmiali się, jakbym był żartem i nazywali mnie „nikim”. Nie kłóciłem się. Po prostu wyszedłem uśmiechnięty… Nie wiedzieli, że jestem właścicielem firmy, w której wszyscy pracowali – aż do poniedziałkowego poranka, kiedy ich identyfikatory przestały działać i dział kadr ich wezwał. – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Mój brat naśmiewał się ze mnie: „Wciąż między robotami?” przed znajomymi. Śmiali się, jakbym był żartem i nazywali mnie „nikim”. Nie kłóciłem się. Po prostu wyszedłem uśmiechnięty… Nie wiedzieli, że jestem właścicielem firmy, w której wszyscy pracowali – aż do poniedziałkowego poranka, kiedy ich identyfikatory przestały działać i dział kadr ich wezwał.

Mój brat wyśmiał mnie, mówiąc, że jestem „bezrobotny” — kilka minut później wyrzuciłem wszystkich ze śmiechu

Nazywam się Harper Cole. Mam 29 lat. Kilka wieczorów temu mój własny brat zrobił ze mnie obiekt żartów przed ludźmi, których pensje dosłownie podpisywałam.

Stuknął kieliszkiem, przyciągnął uwagę wszystkich w moją stronę i powiedział na tyle głośno, żeby usłyszała go cała prywatna sala: „Czy możemy się wszyscy poddać dla mojej młodszej siostry? Nadal bezrobotny, wciąż się w tym gubię”. W wieku 29 lat w sali wybuchła eksplozja. Niektórzy gwizdali, inni krzyczeli: „Przemówienie!”. A ktoś przy barze wręcz krzyknął: „Widz w trybie kariery”. Śmiali się, jakby moje życie było memem, jakbym był jakimś bezużytecznym statystą w filmie, w którym to oni grali główne role.

Żaden z nich nie miał pojęcia, że ​​każdy z nich wypełnił dokumenty rekrutacyjne dla firmy, którą zbudowałem. Żaden z nich nie wiedział, że bezosobowa grupa właścicieli, która kontrolowała ich premie, to ja, dziewczyna, którą uznali za nieważną. Nie broniłem się.

Nie wymieniłem klientów, nie wymieniłem przychodów ani faktu, że kampania, którą chwalili się całą noc, zaczęła się od szkicu w moim tanim notesie przy kuchennym stole. Po prostu się uśmiechnąłem, uniosłem kieliszek i pozwoliłem im myśleć, że trafili w sedno. Pozwoliłem im uwierzyć w historię, którą chcieli, że to ja jestem tym przegranym rodzeństwem, tym, któremu nigdy do końca nie udało się odnieść sukcesu.

Bo kiedy się śmiali, ja już w myślach podejmowałem decyzje dotyczące kontraktów, władzy i tego, co tak naprawdę znaczy przewrócić stół, nie dotykając ani jednego talerza. Myśleli, że mnie upokarzają. Nie mieli pojęcia, że ​​5 minut później żart skończy się mailami do działu HR, cofniętymi odznakami i spotkaniem, którego nigdy nie zapomną.

Zanim zaprowadzę cię do tego pokoju i pokażę ci dokładnie, co powiedziałem, kiedy w końcu otworzę usta, zrób coś dla mnie. Zostaw komentarz i napisz, która godzina, gdzie jesteś i z którego kraju oglądasz. Chcę zobaczyć, jak daleko może zajść historia o rodzinie, ego i zemście.

Problem z byciem bezrobotnym rodzeństwem polega na tym, że nie zaczyna się ono w noc, kiedy ktoś cię zawstydza. Zaczyna się lata wcześniej, w salonach, kuchniach i szkolnych aulach, gdzie ludzie decydują, kim jesteś, a potem nigdy nie zadają sobie trudu, żeby to zaktualizować. Dorastając, mój brat zawsze był gwiazdą.

Gdybyś wszedł do naszego domu, zobaczyłbyś oprawione zdjęcia w koszulkach, marynarkach i togach, uśmiechającego się, jakby cały świat został stworzony po to, by go oklaskiwać. Moje osiągnięcia leżały w szufladach, w certyfikatach, które mama planowała powiesić, kiedy tylko znajdzie na to czas. Nigdy nie wisiały na ścianie.

Nasza mama, Patricia, nie nazywała tego faworyzowaniem. Nazywała to zachętą. Kiedy dostał się do uniwersyteckiej drużyny koszykówki, urządziła imprezę.

Kiedy zajęłam pierwsze miejsce w regionalnym konkursie projektowym, powiedziała: „To miłe, kochanie. Może pomożesz swojemu bratu w jego projekcie”. Szybko zrozumiałam, że w naszej rodzinie charyzma zawsze bije na głowę ciche starania. Pierwszy raz, kiedy mój brat Dylan coś mi ukradł, nie były to pieniądze, tylko kredyt.

Miałem 14 lat, on 17, a on zapomniał powiedzieć sędziom na konkursie w swoim klubie biznesowym, że makieta aplikacji, którą prezentował, jest moja. Trzy noce spędziłem na zszywaniu ekranów w darmowym oprogramowaniu na używanym laptopie. On zajął pierwsze miejsce.

Wszyscy wiwatowali, a on pozwolił im nazwać się naturalnym, podczas gdy ja klaskałem z tyłu sali. To nie był ostatni raz. Przyzwyczaił się do stania w świetle reflektorów, które mu podłączyłem w ciemności.

Przyzwyczaiłem się do tego. Przewińmy do moich dwudziestych urodzin. Podczas gdy wszyscy myśleli, że dryfuję, budowałem coś, co nie wyglądało na sukces dla mojej rodziny, bo nie pasowało do ich scenariusza.

Żadnego gabinetu z moim nazwiskiem na drzwiach, żadnej korporacyjnej drabiny, tylko ja, wynajęte biurko w przestrzeni coworkingowej i żenująca ilość kofeiny. Kiedy zakładałem butikową agencję kreatywną Bright Line Collective, tworzyliśmy strategię cyfrową i content dla marek, które chciały być młode i głośne w sieci. Na początku byłem tylko ja i kilku freelancerów.

Potem byłem ja i dwóch pracowników na pełen etat. Potem ja i dwudziestoosobowy zespół z klientami, których logo moi rodzice kojarzyli z reklam telewizyjnych. Ale oto fragment, który przyprawiłby was o zawrót głowy.

Prawie nikt, łącznie z moją rodziną, nie wiedział, że jestem właścicielem Bright Line. Publicznie mój dyrektor operacyjny, Jordan Hayes, był widoczną twarzą agencji. Przeprowadzał wywiady, występował na scenie, uśmiechał się do list branżowych.

Na papierze był prezesem. Za kulisami, większość udziałów kryła się pod spółką LLC z moim nazwiskiem. To było celowe.

Chciałem stworzyć coś bez komentarzy mojej rodziny, bez brata próbującego przypisać sobie zasługi, bez mamy porównującej nas jak zawodników. Dlatego kiedy pytali, jak idzie praca, odpowiadałem w sposób, w który już wcześniej uwierzyli: „Jestem freelancerem”.

Zaczynam to rozumieć. Jest dobrze. Tak było przez lata, aż do dnia, w którym menedżerka ds. kadr w Bright Line, nie wiedząc, że rozmawia z siostrą właściciela, pokazała mi CV i powiedziała: „Polecił nam go znajomy z rodziny.

Wydaje się czarujący, trochę mało konkretny w kwestii rzeczywistych rezultatów, ale jego referencje mówią o nim, że jest czarodziejem w kontaktach z klientami”. Na samej górze CV widniało imię mojego brata, Dylan Cole. Ścisnęło mnie w żołądku. Aplikował na stanowisko starszego account managera w mojej agencji.

Z biegiem czasu, pominął dwie rzucone prace i pominął numery, które do niego nie należały. Typowe. Jordanowi podobała się jego pewność siebie i to, jak potrafił sobie radzić w symulacjach.

Potrafiłby świetnie radzić sobie przed klientami. Powiedział mi, że możemy go poinstruować w pozostałych kwestiach. Nie wiedział, że osoba, którą próbował mi wmówić, to ten sam dzieciak, który kiedyś powiedział mi: „Jesteś dobry jako osoba działająca za kulisami.

Nie każdy jest godny uwagi”. Miałem wybór. Zablokować zatrudnienie i ujawnić się albo wpuścić Dylana i zobaczyć, co zrobi, kiedy myślał, że jest po prostu kolejnym pracownikiem. W chwili, która teraz brzmi jak zapowiedź, powiedziałem: „Skoro zespół uważa, że ​​się nadaje, spróbujmy go zatrudnić”. I tak Dylan dołączył do Bright Line, nie łącząc ze sobą faktów.

Firma nie miała mojego nazwiska. Budynek był przerobionym magazynem w centrum miasta, cała w odsłoniętej cegle i neonowych logotypach. W niczym nie przypominał beżowych biur, które wyobrażali sobie moi rodzice, gdy myśleli o prawdziwej pracy.

Dylan myślał, że krążę między koncertami, przesiaduję na kanapach i pomagam tu i tam. Kilka razy, kiedy widział mnie w biurze, myślał, że po prostu odwiedzam znajomego. Nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zapytać, co dokładnie tam robię.

Pasowało to do historii, która krążyła mu po głowie. On był na ścieżce kariery, a ja byłam kreatywnym wędrowcem. Noc, w której ze mnie zadrwił, wciąż bezrobotny, była tylko kolejnym rozdziałem w scenariuszu, który czytał całe nasze życie.

Tylko tym razem zaprosił publiczność, którą znałem aż za dobrze. Bo ci przyjaciele wokół niego, ci, którzy klaskali, skandowali i nazywali mnie porażką, byli ludźmi z Bright Line, liderami strategii, producentami wideo, menedżerami ds. mediów społecznościowych, ludźmi, których dokumenty z pierwszego dnia pracy osobiście przeglądałem, zatwierdzając ich oferty. Ludźmi, którzy siedzieli na naszych spotkaniach i słuchali, jak Jordan opowiada o naszym anonimowym właścicielu większościowym jak o jakimś odległym, bezosobowym inwestorze.

Ludzie, którzy nie mieli pojęcia, że ​​włóczęga, z którego się naśmiewali, mógł wygasić ich ubezpieczenie zdrowotne kilkoma podpisami. Kiedy tamtego wieczoru mój telefon zawibrował w kieszeni, nie było to powiadomienie z mediów społecznościowych. To był alert e-mailowy z mojej prywatnej skrzynki odbiorczej.

Formalna skarga, molestowanie w miejscu pracy, anonimowa. Znak czasowy był 10 minut przed toastem mojego brata. Skarga zawierała szereg komentarzy, żartów i psikusów starszego menedżera ds. obsługi klienta, który lubił upokarzać młodszych pracowników w obecności klientów.

Inicjały nie były subtelne. DC. Czytałem te słowa, a wokół mnie rozbrzmiewał śmiech.

Anonimowy pracownik dodał jeszcze jedną uwagę. Nie czuję się bezpiecznie, mówiąc o tym działowi HR, bo wszyscy go uwielbiają. Jeśli ktoś z kierownictwa wkrótce się tym nie zajmie, to odchodzę.

Stałem tam z drinkiem w dłoni, patrząc, jak mój brat pławi się w uwadze, na którą nie zasługiwał, słuchając, jak ludzie, którym płaciłem za reprezentowanie mojej agencji, skandują to samo. I coś we mnie pękło, nie w głośnym rzucaniu kieliszkami, ale w cichy, chirurgiczny sposób, który pojawia się, gdy w końcu zdajesz sobie sprawę, że dałeś mu zbyt wiele korzyści z wątpliwości. Ten e-mail stał się moją linią na piasku.

Dylan myślał, że nasze nazwisko zawsze będzie go chronić. Moja rodzina myślała, że ​​zawsze będę zachowywać pokój. Wszyscy w tym pokoju myśleli, że wciąż jestem bezrobotny.

Nikt z nich nie był gotowy na to, co się stanie, gdy przestanę pozwalać im pisać moją historię za mnie. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś swój sukces, żeby zachować spokój w domu, wiesz już, jak ciężka potrafi być ta maska. Pytanie brzmi: co się stanie, gdy postanowisz ją zerwać na oczach wszystkich?

Na początku Dylan z Bright Line wydawał się strzałem w dziesiątkę. Szybko zapamiętywał imiona, sprawiał, że stażyści czuli się zauważeni i zamieniał suche briefingi w coś, co brzmiało zabawnie.
„Potrzebowaliśmy tej energii” – powiedział mi ktoś.

„Chciałem w to wierzyć”. Potem wkradły się wzorce, które znałem z dzieciństwa. Jakiś młodszy strateg przegapił slajd i zażartował: „W porządku. I tak nie jesteś tu dla mózgu”. Ludzie się śmiali.

Jej twarz nie. Podczas happy hour naśladował jąkanie montażysty wideo. Na spotkaniach mawiał coś w stylu: „Dajcie dzieciakom spokój, to dorośli to naprawią”. Wszystko to żartobliwe, wszystko zbywane słowami: „Spokojnie, żartuję”. Raporty przychodziły fragmentarycznie.

Cichy komentarz Lily, prywatna wiadomość o żartach, copywriter pytający, czy mamy system anonimowego zgłaszania. Odezwał się mój stary instynkt. Może przesadzają.

Prawdopodobnie nie mówi tego serio. To historia, którą wykorzystywałam, żeby przetrwać Dylana przez lata. A potem pozyskaliśmy wymarzonego klienta, ogromną markę kosmetyczną.

Jordan i Lily opanowali strategię. W pokoju panowała przyjemna atmosfera. Dylan miał zająć się chemią.

Zamiast tego odszedł od scenariusza.
„Powiedziałem naszemu zespołowi” – ​​powiedział, wskazując na klienta. Nawet moja młodsza siostra, która nie potrafi utrzymać pracy, poradziłaby sobie z tym zadaniem.

On się śmiał sam. Klient nie. Znów spróbował, bawiąc się w projektantów na laptopach.

Oficjalnie straciliśmy kontrakt. Inny kierunek agencji. Nieoficjalnie, pocztą pantoflową.

Ktoś w twoim zespole miał dziwną energię i mówił o swojej bezrobotnej siostrze jak o jakimś żartie. Coś tu nie grało. Jordan z westchnieniem odłożył maila na biurko.

Musimy porozmawiać o Dylanie. Ludzie unikają jego kont. A teraz to.

Podczas gdy my zmagaliśmy się z konsekwencjami, Lily wysłała mi folder, zrzuty ekranu z wątków na Slacku, cytaty z rozmów i notatkę głosową z baru. Dzwonił do młodszego projektanta, naszego pracownika z ramienia różnorodności, mówiąc stażyście: „Jeśli nie radzisz sobie z presją, wróć do projektów grupowych”. Chwalił się: „Nawet moja bezrobotna siostra poradziłaby sobie lepiej z Canvą”. Emoji, śmiech, niektóre od tych samych osób, które później wiwatowały w salonie.

Widząc to wszystko razem, rozwialiśmy wszelkie złudzenia, że ​​to tylko ostry humor. To był schemat. To była władza używana do ograniczania innych.

I to działo się pod moim dachem. Przestałem szukać delikatnych wyjaśnień i zacząłem się przygotowywać. Poprosiłem dział HR, żeby poprowadził mnie przez formalne ścieżki postępowania dyscyplinarnego.

Sprawdziłem, co nagraliśmy, dla celów szkoleniowych. Za pozwoleniem usiadłem z kilkoma osobami, które Dylan skrzywdził. Byli wściekli, zawstydzeni i wyczerpani.

Większość milczała, bo zakładali, że jest chroniony. W tych opowieściach słyszałem stare echa siebie. Zanim Dylan uniósł kieliszek i powiedział, że wciąż jestem bezrobotny, ja już podjąłem decyzję.

Ten toast nie stworzył problemu. Po prostu dał mi głośny i publiczny sygnał, że postrzega mnie tak samo, jak postrzega mój zespół pod sobą. Następnego ranka zaplanowałem spotkanie, które miało wszystko zmienić i wszystkich, i które nie dotyczyło kampanii ani celów, ale tego, kim jesteśmy gotowi być, gdy czyjeś żarty zaczną kosztować ludzi ich godność.

Temat zaproszenia brzmiał: „Wszyscy, kultura i zachowanie obowiązkowe. Żadnych emotikonów, żadnych bzdur. O 10:00 sala konferencyjna była pełna.

Niektórzy wyglądali na spiętych, inni znudzonych, a niektórzy na defensywnych. Dylan wszedł spóźniony z mrożoną kawą, błysnął uśmiechem i usiadł mniej więcej na środku, jakby miał zamiar obejrzeć przedstawienie, a nie w nim wystąpić. Jordan otworzył.

Nie możemy wykonywać naszej pracy najlepiej, jeśli ludzie czują się mali lub przestraszeni. Powiedział: „Dzisiaj nie chodzi o obwinianie jednej osoby. Chodzi o to, by spojrzeć w lustro przed nami wszystkimi”. Przeszedł do slajdu z anonimowym cytatem skargi: „Czuję, że jestem o jeden kiepski żart od publicznego zawstydzenia”. W sali zapadła cisza.

Moja kolej. Ja podszedłem, wcisnąłem play na pierwszym klipie, Dylan rozmawia przez Zoom. Jeśli nie radzisz sobie z podnoszeniem głosu przez klienta, może ta branża nie jest dla ciebie.

Nie wszyscy możemy być kruchymi, małymi studentami sztuki. Nerwowe chichoty w tle. Następny klip.

Nagranie z baru. Jesteśmy praktycznie organizacją charytatywną dla młodych talentów. – powiedział głos Dylana.

Widzieliście portfolio, które wysyła dział HR? Moja bezrobotna siostra poradziłaby sobie lepiej z Canvą. Tym razem cała sala się nie śmiała.

Wsłuchali się w echo swoich wcześniejszych reakcji. Potem pojawiły się zrzuty ekranu ze Slacka. Spokojnie.

To tylko żarty. Jeśli nie potrafią żartować, to znaczy, że są w złym miejscu. Pod pytaniem.

Czyj komfort chronimy, nazywając zastraszanie żartami? Stawiłem im czoła. Zbudowałem to miejsce, by ludzie nie musieli rezygnować z godności, by dostać wypłatę.

Słysząc, jak rozmawiano z niektórymi z was. Nie jesteśmy tymi, za których się podajemy. Dylan uniósł rękę z niedowierzaniem na twarzy.

Czy my naprawdę odtwarzamy tajne nagrania? – prychnął. – Każdy, kto mnie zna, wie, że żartuję. Mówisz, jakbym był jakimś złoczyńcą.

Gdybym kogoś zranił, mógłby po prostu ze mną porozmawiać. Lily odezwała się, głosem spokojnym, ale napiętym. Niektórzy z nas tak robili, Dylan.

Mówiłeś nam, że jesteśmy zbyt wrażliwi i żartowałeś z tego. Czułeś tę zmianę. Zwykła energia popłynęła w stronę osoby, która to zauważyła, a nie w stronę osoby, która ją zignorowała.

Dylan to wyczuł i jego ton zaostrzył się.
„Jesteśmy w reklamie, nie w przedszkolu”. Powiedział: „Jeśli zaczniemy kontrolować żarty, nic z nas nie zostanie”. A ty, wskazał na mnie.
„Ty nawet nie masz prawdziwej pracy, Harper.

Krążysz, tworząc tablice inspiracji, i nagle stajesz się policją moralności”. Stara wersja mnie by się skurczyła. Zamiast tego kliknęłam do ostatniego slajdu. Siła to nie tylko to, co masz.

Liczy się to, co jesteś gotów wykorzystać. Masz rację, powiedziałem spokojnie. To nie przedszkole.

W przedszkolu celowe krzywdzenie ludzi pociąga za sobą konsekwencje. Na tym poziomie obowiązują kontrakty. Po tym spotkaniu będzie więcej rozmów, a niektóre z nich zakończą się tym, że ludzie przestaną tu pracować.

Dylan prychnął. No i co? Teraz mi grozisz?

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

10 genialnych sztuczek, które ożywią Twój taras w ogrodzie

stracić swój urok. Ożywienie patio w ogrodzie nie musi być trudnym zadaniem. Dzięki kilku sprytnym sztuczkom możesz przekształcić je w ...

Sportowiec w doskonałej formie zachorował na raka płuc: ciche ostrzeżenie

Mimo to tego zawodnika o wzorowym stylu życia dotknęła poważna choroba. Jego droga podważa utarte schematy i wykazuje niezwykłą odporność ...

Spróbuj położyć połówkę cebuli na stopach: naturalna alternatywa dla biegania w aptece!

W świecie, w którym leki są często pierwszą linią obrony przed chorobami, odkrywanie naturalnych środków, które mogą być równie skuteczne ...

Porada kominiarza, jak utrzymać ogień w kominie PRZEZ CAŁĄ NOC.

Masz problem z utrzymaniem ognia w kominku przez całą noc? Niezależnie od tego, czy chodzi o kominek czy piecyk, niełatwo ...

Leave a Comment