gdy generał piechoty morskiej spędził 10 lat w śpiączce, a wszyscy spokojnie poszli dalej, wyczerpana pielęgniarka nocna wzięła go za rękę o 2:47 rano i zobaczyła coś, czego maszyny nie zauważyły ​​przez dekadę – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

gdy generał piechoty morskiej spędził 10 lat w śpiączce, a wszyscy spokojnie poszli dalej, wyczerpana pielęgniarka nocna wzięła go za rękę o 2:47 rano i zobaczyła coś, czego maszyny nie zauważyły ​​przez dekadę

Przez trzy miesiące była jedyną osobą w całym ośrodku, która patrząc na Richarda Vaughna, widziała mężczyznę wciąż walczącego, a nie ciało czekające na moment, w którym będzie mógł przestać.

Przez trzy miesiące pracowała na zmiany, robiła notatki i zastanawiała się, czy wszyscy mają rację, a ona w końcu przekroczyła granicę między oddaniem a złudzeniem.

Każdy, kto miał dość oglądania ludzi skreślanych, podczas gdy wciąż mieli w sobie siłę i wolę walki, zrozumiałby, co zrobiła później.

CZĘŚĆ TRZECIA

Wiadomość e-mail przyszła we wtorek rano, oznaczona jako „pilna” i chłodno skrzętnie używana w języku instytucji, który stara się brzmieć zaniepokojony, jednocześnie zapowiadając konsekwencje.

Pielęgniarko Collins, proszę o umówienie spotkania z administracją w sprawie przydzielania opieki pacjentom i protokołów zarządzania czasem.

Mara wpatrywała się w ekran w pokoju socjalnym, trzymając w dłoni stygnącą kawę, i poczuła, jak pierwszy prawdziwy dreszcz strachu przebiega jej po kręgosłupie.

Wiedziała, że ​​to nadchodzi. Czuła zmianę w spojrzeniu przełożonego podczas protokołów przekazania. Zauważyła, jak rozmowy przerywały się, gdy podchodziła do stanowiska pielęgniarek, jak wymieniali spojrzenia, gdy wspominała imię Vaughna.

Spotkanie odbyło się w pozbawionej okien sali konferencyjnej na trzecim piętrze, w przestrzeni zaprojektowanej tak, by niewygodne rozmowy nabrały oficjalnego charakteru. Kierownik oddziału pielęgniarstwa siedział naprzeciwko niej, otoczony przez administratora szpitala, którego tytułu Mara nie mogła sobie przypomnieć, a którego wyraz twarzy sugerował, że wolałby być gdzie indziej.

„Otrzymaliśmy zgłoszenia” – zaczął dyrektor, przesuwając po stole wydrukowaną kartę czasu pracy – „dotyczące ilości niezapłaconych nadgodzin, które pan rejestruje, a konkretnie czasu spędzonego z pacjentem Vaughnem, który nie mieści się w zakresie pańskich obowiązków”.

Mara spojrzała na podświetlone liczby – godziny, które sumowały się do dni, dni, które sumowały się do tygodni jej życia spędzonego w pokoju 347, podczas gdy powinna być w domu, spać i żyć w sposób, który przypominał zrównoważone życie.

„Dokumentuję wszystko w przerwach” – powiedziała ostrożnie. „Nie zaniedbuję innych pacjentów”.

„To nie jest powód do zmartwień.”

Administrator pochylił się do przodu, złączając palce.

„Chodzi o odpowiednie granice zawodowe i realistyczne oczekiwania wobec pacjentów w długotrwałej śpiączce. Dr Reeves wyraził obawę, że może Pan rozwijać niezdrowe przywiązanie do przypadku, który nie ma realnych szans na poprawę”.

Słowa te zabrzmiały jak diagnoza – niezdrowe przywiązanie – jakby nadmierna troska była stanem wymagającym leczenia.

Ale było coś więcej. Zawsze było coś więcej, gdy instytucje uznawały, że ktoś stał się problemem.

Firma ubezpieczeniowa, która przez dziesięć lat pokrywała koszty leczenia Vaughna, rozpatrywała jego przypadek. Koszty utrzymywania pacjenta w stanie wegetatywnym bez poprawy i bez aktywnego zabiegania rodziny o kontynuację leczenia były przedmiotem analizy. Przestało to mieć sens finansowy.

Zalecali przeniesienie do tańszej placówki — miejsca, w którym pacjenci są przetrzymywani w magazynach, a nie otoczeni prawdziwą opieką, a liczba personelu pozwala na poświęcenie piętnastu minut uwagi dziennie, jeśli ma się szczęście.

„Rodzina została powiadomiona” – powiedział dyrektor. „Nie kwestionują decyzji”.

Oczywiście, że nie. Jak mogliby? Dekada była wystarczająco długa, by przeżyć żałobę, wystarczająco długa, by ruszyć dalej, wystarczająco długa, by przestać wierzyć, że nadzieja to coś więcej niż przedłużające się cierpienie opakowane w medyczny język.

Mara poczuła, jak ściany się zaciskają.

„Dajcie mi dwa tygodnie” – usłyszała swój głos. „Pozwólcie mi formalnie przedstawić moją dokumentację doktorowi Reevesowi. Pokażę wam, co nagrywałam”.

Administratorka i dyrektorka wymieniły spojrzenia, które widziała tysiące razy w swojej karierze – spojrzenia, które mówiły, że mają do czynienia z kimś, kto nie potrafi zaakceptować rzeczywistości, z kimś, kim trzeba zarządzać, a nie przekonywać.

„Weźmiemy to pod uwagę” – powiedział dyrektor, co w języku administracyjnym oznaczało odmowę.

Spotkanie zakończyło się niejasnymi obietnicami i konkretnymi ostrzeżeniami: należy utrzymywać odpowiednie granice, skupić się na wyznaczonych obowiązkach, pamiętać, że współczucie nie oznacza negowania rzeczywistości medycznej.

Słowa podążyły za Marą z powrotem na podłogę, gdzie poczuła zmianę w sposobie, w jaki ludzie ją traktowali. Nie do końca wrogo, ale ostrożnie – tak, jak podchodzi się do kogoś, kto stoi zbyt blisko krawędzi.

Rachel przestała zapraszać ją na lunch. Inne pielęgniarki szybko kończyły rozmowy, gdy podeszła. Podczas zmian dyżurów słyszała szepty, które cichły, gdy tylko weszła do pokoju.

Stała się pielęgniarką, która „straciła perspektywę”, przestrogą dotyczącą tego, co się dzieje, gdy człowiek zbyt mocno przejmuje się zawodem wymagającym emocjonalnej sprawności.

A najgorszą rzeczą — rzeczą, która nie dawała jej spać do trzeciej nad ranem, gdy wpatrywała się w sufit i wszystko kwestionowała — były wątpliwości.

A co jeśli mieli rację?

A co jeśli dostrzegała pewne wzorce w przypadkowości, czyli w odruchach, świadomości, w mechanicznych ruchach ciała, którego pilot dawno temu zamilkł?

Co jeśli jej własna trauma – jej własne wypalenie, jej własna desperacka potrzeba uratowania kogoś po piętnastu latach obserwowania śmierci ludzi – tak bardzo wypaczyła jej percepcję, że nie potrafiła już odróżnić obserwacji od projekcji?

Przestała dokumentować z taką obsesją. Zaczęła kwestionować każdą notatkę, jaką zrobiła, odtwarzała w myślach chwile i zastanawiała się, czy ta zmarszczka na czole była rzeczywiście reakcją – czy też po prostu tak bardzo pragnęła ją zobaczyć, że jej mózg uzupełniał szczegóły, których tam nie było.

Jej mieszkanie stało się miejscem, którego ledwo znała – piętrzyły się pojemniki z jedzeniem na wynos, pranie leżało nieporozkładane, a wiadomości od znajomych pozostawały bez odpowiedzi. Opuszczała posiłki, nie spała i przychodziła na zmiany z cieniami pod oczami, których makijaż nie był w stanie ukryć.

Jej były chłopak napisał SMS-a, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Przeczytała go i zapomniała odpisać.

14 września Mara siedziała w samochodzie na parkingu szpitalnym po podwójnej zmianie, z rękami na kierownicy i poważnie rozważała, czy następnego ranka nie pójść do gabinetu dyrektora i nie poprosić o przeniesienie – z dala od długoterminowej opieki, z dala od pokoju 347, z dala od ducha generała, który mógł próbować wrócić, a mógł być po prostu ciałem, które jej wyczerpany, pełen nadziei umysł zamienił w projekt, ponieważ nie mogła uratować tamtej siedmioletniej dziewczynki w Filadelfii.

Może wszyscy mieli rację.

Może nadszedł czas, żeby odpuścić.

Ale nie mogła odejść. Coś ją wciąż powstrzymywało – nie tylko nadzieja, upór czy duma, ale coś głębszego, czego nie potrafiła nazwać. Cicha pewność, która kryła się pod racjonalnym myśleniem. Ten rodzaj wiedzy, która nie ma nic wspólnego z dowodami, a wszystko z tajemniczą częstotliwością, która czasem łączy dwoje ludzi na odległość niemożliwą do pokonania.

Właśnie wtedy, gdy Mara prawie przekonała samą siebie, by zaprzestać walki – gdy ciężar presji instytucjonalnej i brak pewności siebie niemal zmusiły ją do odejścia i pozwolenia na przeniesienie generała Vaughna do ośrodka, w którym nikt nie będzie z nim rozmawiał, dokumentował jego mikroekspresji ani odtwarzał nagrań głosu jego córki – zrobił coś, co zmieniło wszystko.

15 września nadszedł poranek, który był zwyczajny i nie spodziewaliśmy się, że za chwilę stanie się niezwykły.

Mara weszła do pokoju 347, dźwigając ciężar zbliżającej się kapitulacji i ostatniego pliku audio, który zapisywała – nagrania, które odnalazła dzięki starym kontaktom wojskowym Vaughna, wiadomości głosowej, którą jego córka zostawiła mu trzy dni przed eksplozją.

Kobieta, która wysłała to Marze, ostrzegła ją: „Nie wiem, czy to pomoże, ale Sarah chciała, żeby to dostał. Może jakaś część jego duszy nadal chce to usłyszeć”.

W pokoju panowała cisza, zakłócana jedynie znajomą symfonią maszyn. Poranne światło sączyło się przez złote żaluzje na piersi Vaughna.

Mara przysunęła krzesło bliżej, jej ruchy stały się automatyczne po trzech miesiącach rytuału, i sięgnęła po jego dłoń, tak jak zawsze to robiła.

„Dzień dobry, Generale” – powiedziała cicho. „Jest 15 września. Mam dziś coś wyjątkowego. Głos pańskiej córki… sprzed lat”.

Jej palec zawisł nad przyciskiem odtwarzania na telefonie.

„Nie wiem, czy to słyszysz, Richardzie” – wyszeptała. „Nie wiem, czy mówię do pustego pokoju od trzech miesięcy, czy może jakaś część ciebie słucha. Ale jeśli tam jesteś, jeśli jakaś część ciebie wciąż walczy, musisz mi to pokazać, bo nie mogę już dłużej znieść tego sama”.

Nacisnęła przycisk „play”.

Głos Sarah Vaughn wypełnił pomieszczenie — młodej i błyskotliwej, pełnej entuzjazmu osoby, która niedługo skończy studia i jest przekonana, że ​​świat jest pełen możliwości.

„Hej, tato. Chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę się doczekać, aż będziesz tu w przyszłym tygodniu. Wiem, że jesteś zajęty ważnymi sprawami, ale to dla mnie bardzo ważna sprawa i bardzo się cieszę, że przyjeżdżasz. Mama mówi, że za dużo pracujesz. Wszyscy inni też. Zrób sobie przerwę, dobrze? Potrzebujemy cię jeszcze przez długi czas. Kocham cię. Do zobaczenia wkrótce”.

Nagrywanie zakończone.

Nastała cisza, która wydawała się inna — cięższa, naładowana czymś, czego Mara nie potrafiła nazwać.

A potem ręka Vaughna poruszyła się.

Nie ten zwykły mimowolny skurcz, który dokumentowała dziesiątki razy. Nie ten odruchowy skurcz, który neurolodzy zignorowali z kliniczną pewnością.

To było celowe.

Jego palce zacisnęły się na jej palcach z taką siłą, że poczuła to w kościach.

Serce Mary zdawało się stanąć. Zaparło jej dech w piersiach. Wpatrywała się w ich złączone dłonie, bojąc się poruszyć, bojąc się, że jeśli mrugnie, ta chwila rozpłynie się jak sen.

„Richard” – wyszeptała łamiącym się głosem – „jeśli mnie słyszysz, zrób to jeszcze raz”.

Sekundy się dłużyły.

Maszyny brzęczały.

Tętno waliło jej w uszach tak głośno, że ledwo słyszała własne myśli.

A potem… tam. Jego palce zacisnęły się, przytrzymały i puściły.

Odpowiedź.

Celowa, świadoma, niemożliwa reakcja.

Wolna ręka Mary powędrowała do przycisku połączenia i nacisnęła go tak mocno, że zostawił wgłębienie na kciuku.

„Natychmiast potrzebuję doktora Reevesa w pokoju 347” – powiedziała drżącym głosem. „Potrzebuję neurologa. Potrzebuję wszystkich, natychmiast”.

Personel przybył z wyczerpanym sceptycyzmem ludzi, którzy już wcześniej słyszeli podobne zapewnienia. Dr Reeves wszedł z tabletem już podniesionym, a jego wyraz twarzy był starannie utrzymaną maską profesjonalnej cierpliwości.

„Siostro Collins” – zaczął – „rozmawialiśmy o tym. Ruchy mimowolne to…”

„Sprawdź go” – przerwała Mara.

Było coś w jej tonie, co kazało mu przerwać w pół zdania.

„Natychmiast. Poproś go, żeby odpowiedział. Zobaczysz.”

Doktor Reeves obserwował ją przez dłuższą chwilę, po czym westchnął i podszedł do łóżka. Ujął Vaughna za drugą rękę, jego ruchy były kliniczne i obojętne.

„Generale Vaughn” – powiedział wyćwiczonym tonem lekarza wykonującego czynności, w które nie do końca wierzył – „jeśli mnie słyszysz, ściśnij moją dłoń”.

Nic.

Pięć sekund.

Dziesięć.

Piętnaście.

Doktor Reeves zaczął się odsuwać.

„Jak mówiłem…”

Palce Vaughna poruszyły się.

Ścisnęli.

Niewątpliwy.

Lekarz zamarł. Jego wzrok powędrował w stronę twarzy Vaughna, potem w stronę monitorów, a potem z powrotem na ich złączone dłonie.

„Zrób to jeszcze raz” – powiedział, a jego głos nie był już idealnie spokojny. „Generale, ściśnij mnie jeszcze raz za rękę”.

Kolejny uścisk.

Tym razem silniej.

„Niech ktoś zrobi mi pełne badania neurologiczne” – powiedział dr Reeves, a jego słowa zaczęły przychodzić mu do głowy szybciej. „EEG. Obrazowanie czynnościowe. Badanie reakcji. Ruch.”

W pomieszczeniu zapanował kontrolowany chaos.

Pielęgniarki wiozły sprzęt. Specjaliści przyjechali z taką pilnością, jaka pojawia się tylko wtedy, gdy niemożliwe zaczyna wyglądać na możliwe. Podłączono monitory, aby zmierzyć aktywność mózgu, która nie powinna występować po dziesięciu latach udokumentowanej nieobecności.

Odczyty wykazały coś, co sprawiło, że wszyscy zatrzymali się i wpatrywali w ekrany, które z pewnością działały nieprawidłowo — ale tak nie było.

Nieprawidłowa aktywność mózgu. Fale theta tam, gdzie nie powinno ich być. Wzorce elektryczne sugerujące przetwarzanie, świadomość, migotanie świadomości w obszarach, które były ciemne przez dekadę.

Starsza neurolog, dr Chin, która konsultowała przypadek Vaughna przez osiem lat, stała z dłońmi przyciśniętymi do ust i wpatrywała się w monitory, jakby pokazywały jej język, którego już zapomniała.

„To jest…” zaczęła, po czym urwała i spróbowała ponownie. „Nie potrafię tego wyjaśnić. To nie powinno być możliwe. Według każdego wykonanego przez nas skanu, każdego przeprowadzonego testu, uszkodzenie jego mózgu było katastrofalne i uznano je za nieodwracalne. Ale to…” – wskazała na ekrany – „to jest aktywne przetwarzanie neuronowe. To jest świadomość”.

Doktor Reeves zwróciła się do Mary i po raz pierwszy odkąd zaczęła dokumentować subtelne reakcje Vaughna, dostrzegła w jego oczach coś więcej niż sceptycyzm.

Widziała szok.

Zastanawiać się.

I coś, co bardzo przypominało początek przeprosin.

„Jak długo obserwujesz te reakcje?” zapytał cicho.

„Trzy miesiące” – powiedziała Mara. „Udokumentowałam wszystko. Ty to wszystko zignorowałeś”.

Nagle Mara nie była już niezrównoważoną pielęgniarką, która „straciła perspektywę”. Była jedyną osobą w całym ośrodku, która zwracała uwagę, gdy wszyscy inni przestali patrzeć – jedyną, która nie chciała zaakceptować, że medyczna pewność to to samo, co prawda.

Jednak administracja szpitala nie była przygotowana na to, co to oznacza.

Bo jeśli Mara miała rację – jeśli generał Richard Vaughn był w jakimś stopniu świadomy, reagując na częstotliwości, do której maszyny nie były skalibrowane – oznaczało to, że zrezygnowali z walki z wciąż walczącym człowiekiem. Oznaczało to, że firma ubezpieczeniowa miała właśnie przenieść pacjenta, który próbował wrócić do zdrowia. Oznaczało to, że dekada „nieodwracalności” mogłaby nie być tak absolutna, jak wszyscy sądzili, gdyby ktoś po prostu próbował dalej.

Krytycy, którzy nie wierzyli w mało prawdopodobne ożywienie gospodarcze, kłóciliby się z każdym kolejnym krokiem.

CZĘŚĆ CZWARTA

Przełom, który powinien był natychmiast wszystko zmienić, zamiast tego doprowadził do czegoś o wiele bardziej skomplikowanego: powolna machina biurokratyczna zderzyła się z kruchym cudem medycyny, który potrzebował rozpędu, aby przetrwać.

W ciągu czterdziestu ośmiu godzin od testu reakcji 15 września, Riverside sprowadziło specjalistów z trzech różnych szpitali. Neurologów, którzy publikowali prace na temat zaburzeń świadomości. Ekspertów rehabilitacji specjalizujących się w rekonwalescencji po urazowym uszkodzeniu mózgu. Badaczy, którzy badali nieostre granice między stanami wegetatywnymi a stanami minimalnej świadomości.

Przybyli do pokoju 347 ze sprzętem, którego nie było tam od lat, i pytaniami, których nikt od bardzo dawna nie zadał.

Testy były intensywne, wyczerpujące i nie dawały jednoznacznych wyników według tradycyjnych standardów.

Tak, mózg był aktywny tam, gdzie wcześniej go nie było. Tak, Vaughn demonstrował wzorce reakcji sugerujące świadomość. Ale postęp był stopniowy, mierzony w milimetrach, gdy wszyscy chcieli mil, dokumentowany subtelnymi zmianami, gdy świat oczekiwał dramatycznych przebudzeń.

Trzeci dzień po przełomie: ciągłe ściskanie dłoni na zawołanie — ale tylko wtedy, gdy Mara o to prosiła.

Dzień siódmy: rozszerzenie źrenic w odpowiedzi na światło, bardziej reaktywne niż w poprzednich pomiarach bazowych.

Dzień dwunasty: prawdopodobnie była to próba śledzenia ruchu gałek ocznych latarki — choć dwóch specjalistów nie mogło się zgodzić, czy było to celowe, czy przypadkowe.

Dzień osiemnasty: wyraźne drgnięcie powiek w trakcie słuchania głosu Mary, nagrane na wideo i analizowane klatka po klatce.

Ulepszenia były realne, udokumentowane, niezaprzeczalne dla każdego, kto chciał się im dokładnie przyjrzeć.

Ale były też boleśnie powolne – postęp wymagający wiary w trajektorie, a nie satysfakcji z celu. A wiara nie była czymś, czym handlowali aktuariusze ubezpieczeniowi.

List dotarł trzy tygodnie po pierwszym przełomie, wydrukowany na papierze firmowym, który sprawił, że podjęcie decyzji instytucjonalnych wydawało się nieuniknione.

Firma ubezpieczeniowa przyznała, że ​​w przypadku pacjenta Vaughna zaszły „ciekawe zmiany”, ale podtrzymała stanowisko, że przeniesienie do tańszej placówki pozostaje najbardziej odpowiedzialnym finansowo rozwiązaniem. Subtelne zmiany, choć godne uwagi, nie stanowiły wystarczającego dowodu na „znaczący potencjał powrotu do zdrowia”, uzasadniającego dalsze wydatki na specjalistyczną opiekę długoterminową.

Mara czytała list w pokoju socjalnym, a jej ręce trzęsły się tak bardzo, że musiała odstawić kawę.

Chcieli go przenieść.

Właśnie wtedy, gdy zaczynał wracać.

Właśnie wtedy, gdy ścieżki neuronowe zaczęły się odbudowywać.

Właśnie wtedy wszystko, o co walczyła, zaczęło w końcu się ukazywać.

Chcieli go wyrwać i wysłać gdzieś, gdzie traktowaliby go dokładnie tak, jak Riverside traktował go przez ostatnie dziesięć lat: jak osobę utrzymywaną, jak ciało, jak kogoś, kto już odszedł.

Dyrekcja szpitala zwołała kolejne spotkanie, tym razem z większą liczbą osób, ale z mniejszą liczbą słów pocieszenia. Chcieli „realistycznych oczekiwań” co do tego, jak może wyglądać powrót Vaughna do zdrowia. Musieli zrozumieć presję finansową związaną z utrzymaniem intensywnej terapii dla pacjenta, którego rodzina nie domagała się jej aktywnie, a ubezpieczyciel naciskał na jej zakończenie.

„Ile czasu mu to zajmie?” zapytał administrator.

To nie było pytanie pozbawione sensu, ale było niemożliwe do odpowiedzi.

Jak ustalić harmonogram powrotu świadomości? Jak zaplanować odbudowę połączeń neuronowych, które były uśpione przez dekadę?

„Więcej, niż jesteś mu skłonny dać” – powiedziała Mara.

Słyszała w swoim głosie nutę goryczy – wyczerpanie i frustrację po trzech miesiącach walki z systemem, który mierzył wartość monetami, a nie życiem.

Ale nie walczyła już sama.

Dr Chin, starszy neurolog, która stała w pokoju Vaughna, wpatrując się w niemożliwą do opanowania aktywność mózgu, zaczęła wykonywać połączenia. Skontaktowała się z kolegami, przesłała dane do instytucji badawczych, zebrała studia przypadków pacjentów, którzy wybudzili się z długotrwałego stanu nieświadomości.

Wróciła z protokołami: technikami stymulacji sensorycznej i terapii reakcji, które dały obiecujące rezultaty w małych badaniach, ale wymagały środków, w które większość placówek nie była skłonna inwestować.

„To pracochłonne” – powiedział dr Chin Marze podczas nocnej sesji strategicznej, która bardziej przypominała naradę wojenną niż konsultacje. „Kilka sesji dziennie. Stymulacja słuchowa. Trening reakcji dotykowych. Progresywna integracja sensoryczna. Będzie to wymagało zaangażowania personelu, specjalistycznego sprzętu i cierpliwości. Mnóstwa cierpliwości”.

„Zrobię to” – powiedziała Mara natychmiast. „Za wszelką cenę”.

I tak zrobiła.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Jak używać tej rośliny do usuwania pasożytów i bakterii z jelit

Szpinak jest bogaty w niezbędne składniki odżywcze, takie jak witaminy A, C i K, a także minerały, takie jak żelazo ...

Na ślubie mojego brata, jego panna młoda próbowała mnie poniżyć przed wszystkimi — ale przemówienie mojego 9-letniego syna wprawiło wszystkich w osłupienie!

Ale od samego początku Charlotte i ja zdawałyśmy się nie nawiązywać kontaktu. Może dlatego, że byłam wdową. Może dlatego, że ...

Ciasteczka owsiane i czekoladowe

Rozgrzej piekarnik do 180°C. Płatki owsiane wrzucamy na kilka sekund do blendera, aby je drobno posiekać. Przełóż je do miski, ...

Panna Cotta z ciemną czekoladą: łatwy w przygotowaniu deser, który nie wymaga gotowania

Przelej masę do foremek, pucharków lub szklanek. Wstaw do lodówki na co najmniej 4 godziny, a najlepiej na całą noc, ...

Leave a Comment