Powiedziała mi, że wybiera się do spa na kilka godzin, „żeby wyglądać schludnie przed wielkim wieczorem”.
Zegar zaczął tykać, gdy tylko jej Range Rover zniknął na podjeździe.
Nie wziąłem samochodu.
Gdyby zainstalowała urządzenie śledzące „dla mojego bezpieczeństwa”, zdradziłaby mnie.
Zamiast tego wymknąłem się tylnymi drzwiami, przeszedłem przez ogród, w którym Pan Whiskers kiedyś polował, i przecisnąłem się przez żywopłot na równoległą ulicę.
Czekał czarny sedan.
Mike to zaaranżował.
Wjazd do Loop był pełen napięcia.
Siedziałem nisko na tylnym siedzeniu, obserwując zbliżającą się linię horyzontu – szkło i stal, a w oddali słychać było brzęk litery „L”.
Sarah Jenkins czekała w biurze, w sali konferencyjnej.
Stos dokumentów leżał na stole niczym naładowana broń.
Wyglądała blado.
Wiedziała, że jeśli Emily dowie się, że mi pomaga, Sarah może stać się kolejnym problemem do rozwiązania.
Nie traciliśmy czasu.
Podpisałem.
Trust nieodwołalny.
Na papierze William Harrington nie byłby już właścicielem swojego portfolio.
Akcje, obligacje, gotówka — natychmiast transferowane do odrębnego podmiotu prawnego.
Beneficjentami nie była Emily.
Był to nowy fundusz przeznaczony na badania nad truciznami i wsparcie ofiar przemocy domowej.
Był język, który pozwoliłby mi utrzymać się na powierzchni, gdybym przeżył.
Jednak większość z nich będzie zamknięta.
Emily potrafiła machać pełnomocnictwem, dopóki nie odpadła jej ręka.
Nie mogła zabrać mi czegoś, czego nie posiadałem legalnie.
A potem testament.
Skreśliłem akapit, w którym Emily została uznana za jedynego beneficjenta i wykonawcę testamentu.
Na jej miejsce mianowałem Sarę Jenkins, dając jej wyraźne polecenie, aby współpracowała z organami ścigania, gdyby moja śmierć wzbudziła podejrzenia.
Podpisałem.
Głos Sary zadrżał.
„Zrobione. Przelew jest elektroniczny. Załatwimy go w ciągu godziny. Zanim goście przyjadą dziś wieczorem, nie będziesz miał już papierów.”
Wstałem i zapiąłem płaszcz.
„Nie jestem biedny” – powiedziałem cicho. „Po prostu kupiłem sobie wolność”.
Podróż powrotna przypominała tykającą bombę.
Ruch na Lake Shore Drive był utrudniony z powodu deszczu.
Wizyta Emily w spa zakończyła się o drugiej.
Była już 1:45.
Jeśli ona dotrze do domu przed mną, gra będzie skończona.
Kierowca wysadził mnie na bocznej uliczce.
Przecisnąłem się przez żywopłot, całe buty przemokły mi błotem, i wślizgnąłem się do kuchni akurat w chwili, gdy drzwi garażu zaczęły się trząść.
Rzuciłam płaszcz na krzesło i opadłam na sofę, zmuszając się do uspokojenia oddechu.
Chwyciłem magazyn i otworzyłem go, nie patrząc na treść.
Drzwi garażu się otworzyły.
Emily wkroczyła do akcji.
Promienny.
Włosy zniszczone, cera promienna, drogie olejki na twarzy.
Zatrzymała się, gdy mnie zobaczyła.
Jej oczy zwęziły się, skanując.
Błoto na butach.
Rumieniec na moich policzkach.
„Gdzie byłeś?” – warknęła.
„Sprawdziłem sypialnię. Nie było cię tam.”
Kaszlałem — wilgotno i szczerze.
„Poszłam na spacer” – skłamałam.
„Żeby go zobaczyć” – wtrąciła.
„James” – powiedziałem cicho.
„Poszedłem na cmentarz. Chciałem mu opowiedzieć o rocznicy. Chciałem się pożegnać przed… dzisiejszym wieczorem”.
To było ryzykowne.
Zdrowy człowiek mógłby ją pokonać pieszo.
Chory człowiek, którego udawałem, powinien był zemdleć.
Ale liczyłem na jej ego.
O tym, że uważała mnie za żałosną.
Emily patrzyła przez dłuższą chwilę.
Potem jej ramiona opadły.
Na twarzy mężczyzny pojawił się okrutny uśmiech.
„Och, Bill” – powiedziała, strzepując kłaczki z mojego ramienia. „Naprawdę tracisz rozum”.
Pochyliła się bliżej, jej ciepły oddech muskał moje ucho, zapach lawendy, a na nim coś ciemniejszego.
„Nie martw się, kochanie” – mruknęła. „Już niedługo będziesz musiała za nim tęsknić. Wkrótce go zobaczysz”.
Wyprostowała się.
„Idź na górę i się umyj. Richard będzie tu za godzinę, żebyś dostał zastrzyk witaminowy przed imprezą.”
Zastrzyk witaminowy.
Kod.
Nie żeby mnie pocieszyć.
Żeby mnie poniżyć.
Na górze zamknąłem drzwi łazienki i wpatrywałem się w swoje odbicie.
Wyglądałem staro.
Cienki.
Ale po raz pierwszy od miesięcy nie wyglądałam jak ofiara.
W kieszeni dotknąłem małej kapsuły, którą dał mi Mike — nieszkodliwej, mającej w razie potrzeby symulować niebezpieczeństwo.
W drugiej kieszeni dyktafon — nowe baterie.
Dzisiejszy wieczór był występem życia.
Zegar stojący wskazywał godzinę siódmą.
Na dole przybyli goście.
Rozległ się brzęk szkła.
Rozbrzmiewał dźwięk kwartetu smyczkowego.
Zapach perfum Emily unosił się w powietrzu niczym kurtyna.
Siedziałem w fotelu z uszami, ubrany w smoking, którego materiał zwisał luźno.
Strach na wróble ubrany na pogrzeb.
Emily poprawiała diamentowe kolczyki przed lustrem.
Była tak wspaniała, że przeszły mnie ciarki.
Jej suknia była pełna smaku, kusząca – wdowa pogrążona w żałobie, która chciała, aby świat pamiętał, że wciąż jest pożądana.
Odwróciła się.
„Wyglądasz przystojnie” – skłamała.
Następnie wzięła do ręki skórzaną teczkę.
Moje serce zabiło mocniej.
„To tylko papierkowa robota” – zaszczebiotała. „Ubezpieczenie. Wiesz, jak to jest. Po prostu podpisz tu i tu”.
Wcisnęła mi w drżącą dłoń ciężki długopis.
Słowa pływały — nie dlatego, że nie umiałem czytać.
Ponieważ ta zuchwałość przyprawiała mnie o zawroty głowy.
To nie było ubezpieczenie.
Było to trwałe pełnomocnictwo przyznające Emily kontrolę nad moimi finansami, moim majątkiem i moimi decyzjami medycznymi.
Wyrok śmierci w trzech egzemplarzach.
Pozwoliłem, aby moja ręka gwałtownie się zatrzęsła.
Bełkotałem, odgrywając swoją rolę.
“W którym miejscu mam podpisać?”
„Tutaj, kochanie” – powiedziała, wskazując zadbanym paznokciem.
Opuściłem długopis.
Puściłem to mimo uszu, ciągnąc nierówną linię.
„Ups.”
„W porządku” – syknęła, tracąc cierpliwość. „Spróbuj jeszcze raz. Skup się”.
Znów coś bazgrałem — nieczytelne, zupełnie nie przypominało mojego prawdziwego podpisu.
Dla niej to nadal był klucz.
„Doskonale” – szepnęła, zabierając teczkę.
Sprawdziła stronę, jej oczy błyszczały.
Nie wiedziała, że sejf jest już pusty.
Drzwi sypialni się otworzyły.
Richard Sterling wszedł — również w smokingu, elegancki i spokojny.
Niósł małą, wyściełaną aksamitem walizkę.
„Czas na zastrzyk witaminowy” – powiedział, zamykając drzwi i przekręcając zamek.
Moje palce nacisnęły kieszeń.
Antidotum było już we mnie.
Mój dyktafon był gotowy.
„Nie chcę tego” – wyszeptałem.
„To tylko szczypta” – powiedział Richard, odkładając walizkę i otwierając ją.
Strzykawka została napełniona.
Jasne.
Emily stanęła za moim krzesłem i przytrzymała mnie za ramiona.
„Stój spokojnie” – wyszeptała. „Wkrótce wszystko się skończy”.
Richard podwinął mi rękaw.
Bez wymazu.
Żadnej łagodności.
On dźgnął.
Natychmiast poczułem pieczenie.
Nie tylko igła – zimne ukłucie rozprzestrzeniające się po mięśniach niczym ogień.
Nacisnął tłok.
Wyciągnął igłę.
„Proszę” – powiedział, patrząc na zegarek. „To powinno zająć około trzech minut”.
Jedna minuta.
Dwa.
Poczułem gorąco w piersi.
Moje serce trzepotało jak uwięziony ptak.
Szybciej niż się spodziewałem.
Musiałam działać zanim moje ciało mnie zdradzi.
Wsunąłem kapsułę sceniczną do ust i ugryzłem.
Gorzki.
Mydlany.
Następnie pozwoliłem pianie się zgromadzić.
Odrzuciłem głowę do tyłu.
Wydaj zduszony dźwięk.
Moje nogi kopnęły, rozbijając wazon.
„Bill!” krzyknęła Emily.
Zsunąłem się na podłogę.
Drgawki.
Piana wylała mi się z ust.
Przewróciłam oczami.
Uczyniłem to brzydkim.
Przekonywający.
Przez mgłę ich zobaczyłem.
Richard nie zwrócił się o pomoc.
Nie zadzwonił pod numer 911.
On patrzył.
Kliniczny.
Emily stała z ręką na ustach – nie płakała.
Czekanie.
„Czy to się dzieje?” wyszeptała. „Czy on umiera?”
„Tylko patrz” – powiedział Richard.
Pozwalam, aby moje ruchy osłabły, a potem ustają.
Ostatni, nierówny oddech.
Potem cisza.
Wstrzymałem oddech.
Pozostałem rozluźniony.
Ciężar własny.
Zapadła cisza.
„Sprawdź go” – szepnęła Emily.
Richard uklęknął i przycisnął palce do mojej szyi.
Użyłem wszelkich możliwych środków kontroli, żeby utrudnić wykrycie pulsu.
Ociągał się.
Potem wstał.
„Nic” – powiedział. „Brak pulsu. Brak oddechu. Nie żyje”.
W mojej czaszce moje płuca krzyczały.
Na zewnątrz się nie ruszałem.
Emily podeszła bliżej.
Poczułem zapach jej perfum.
Spojrzała mi w oczy.
Nie zamknąłem ich.
Nie pocałował mnie w czoło.
Trąciła mnie palcem pięty w ramię.
„Wreszcie” – wyszeptała. „Wreszcie, to już koniec”.
Zwróciła się do Richarda.
„Pomóż mi położyć go na łóżku. Zrobimy tak, żeby wyglądało, jakby zemdlał.”
„Nie” – powiedział Richard. „Zostaw go na podłodze. Będzie bardziej dramatycznie”.
„Prawda” – zgodziła się Emily, po czym podeszła do lustra, poprawiła makijaż i wygładziła sukienkę.
Spojrzała na mnie ostatni raz.
„Dobranoc” – powiedziała cicho. „Ciesz się piekłem”.
Potem odeszli.
Zamknęli drzwi.
Czekałem.
Jedna sekunda.
Dwa.
Trzy.
Potem wystrzeliłem w górę, łapiąc powietrze jak człowiek wynurzający się z głębokiej wody.
Moje serce zaczęło bić szybciej — nie z powodu trucizny, a adrenaliny.
Żyłem.
Myśleli, że nie żyję.
Podczołgałem się do zasłon i zajrzałem w dół wielkich schodów.
Emily i Richard przyszli ramię w ramię na moje przyjęcie rocznicowe, gotowi pełnić rolę wdowy pogrążonej w żałobie i wspierającego przyjaciela.
Włożyłem słuchawkę.
„Mike” – wychrypiałem. „Zniknęli”.
Szum, potem jego głos.
„Zrozumiałem. Mamy wszystko. Dźwięk jest krystalicznie czysty. Obraz z kamery w otworze wentylacyjnym jest idealny.”
Zatrzymał się.
„A teraz idź do windy służbowej. Karawan czeka.”
Nie, to nie jest karawan.
Ucieczka.
Stałem, chwiejny, ale sprawny.
Poruszałem się jak duch po własnym domu, zostawiając za sobą ciało Williama Harringtona.
Znów leżałem nieruchomo na podłodze z twardego drewna, bo plan zakładał jeszcze jedno uderzenie śmierci.
Z dołu dobiegał śmiech i brzęk szklanek.
Moi goście świętowali naszą rocznicę, podczas gdy ja leżałem „martwy” nad nimi.
Klamka drzwi się obróciła.
Moje serce zabiło mocniej.
Richard wszedł z powrotem do pokoju nucąc.
Sinatra.
Uklęknął obok mnie i położył podkładkę na podłodze.
Odgłos drapania pióra przypominał tarcie piły.
Podpisywał mój akt zgonu.
„Ostry zawał mięśnia sercowego” – mruknął. „Czas zgonu…”
Mówił tak, jakby wypełniał paragon za kawę.
Potem jego głos stał się ostrzejszy.
„Zaleca się natychmiastową kremację” – dodał, nadając temu oficjalny charakter.
Wyrwał stronę.
Wybrał numer swojego telefonu.
„Tak, to dr Sterling” – powiedział. „Mam pickupa w posiadłości Harringtonów. Mężczyzna, siedemdziesiąt lat. Nie ma karetki. Proszę przyjechać vanem. Tym dyskretnym”.
On posłuchał.
„Dwadzieścia minut? Lepiej dziesięć. Będzie dodatkowe pięć tysięcy, jeśli obróci się w proch przed północą”.
Rozłączył się.
Dziesięć minut.
Zrobiło mi się zimno.
Jeśli najpierw przyjechał niewłaściwa furgonetka…
Emily weszła z szampanem.
„Zrobione?” zapytała.
„Papierki podpisane” – powiedział Richard. „Van już w drodze”.
„Co powiemy gościom?”
„Poczuł się zmęczony i poszedł spać” – powiedział gładko Richard. „Rano go „znajdziesz”.
Emily wzięła łyk.
Stała nade mną.
Zastanawiałem się – choć raz – czy zabłyśnie we mnie poczucie winy.
Nie, nie.
„Wiesz” – powiedziała cicho – „naprawdę nienawidziłam jego śmiechu. Za głośnego”.
Potem wylała mi szampana na twarz.
Zimno.
Lepki.
Aż mnie oczy piekły.
Nie mrugnąłem.
„Ups” – zachichotała. „Toast za zmarłych”.
Wyszła.
Richard poszedł za nim.
Zamknęli drzwi ponownie.
Liczyłem sekundy.
Osiem minut później usłyszałem ciężkie buty i niskie głosy.
„Doktorze Sterling” – zawołał szorstki głos. „Jesteśmy tu po odbiór”.
Richard otworzył drzwi.
„Tutaj” – powiedział. „Użyj windy służbowej. Nie chcę, żeby goście widzieli worek na zwłoki”.
Dwóch mężczyzn weszło z wytrzymałą torbą.
Poruszali się z wojskową precyzją — zbyt kontrolowani jak na jakąś podejrzaną ekipę.
Jeden z nich uklęknął i zbadał moją szyję.
„Jest gotowy” – mruknął.
Rozwinęli torbę.
Zamek błyskawiczny wydawał odgłos otwierających się ust.
Podnieśli mnie.
Osłabłem.
Wsunęli mnie do środka.
„Zapnijcie go” – rozkazał Richard. „Nie chcę widzieć jego twarzy”.
Ciemność mnie pochłonęła.
Gorące, plastikowe powietrze.
Płytki oddech.
Oni mnie nieśli.
Winda usługowa.
Zimne nocne powietrze przy torbie.
Deszcz bębni o plastik.
Chrzęst żwiru.
„Wsadź go na zaplecze” – powiedział Richard. „Tu masz gotówkę. Nie otwieraj, dopóki nie włoży go do pieca. Zrozumiano?”
„Zrozumiałem” – odpowiedział szorstki głos.
Drzwi furgonetki zatrzasnęły się.
Finał.
Jechaliśmy.
Potem się zatrzymał.
Głos z przedniego siedzenia — spokojny.
„Pan Harrington.”
To nie był ten szorstki głos.
To był Mike.
Ręce otworzyły zamek błyskawiczny.
Światło wlało się do środka.
Usiadłam, łapiąc oddech i oderwałam torbę, jakby mnie paliła.
Mike spojrzał na mnie przez przepierzenie.
„Mężczyzna z bliznami” ściągnął perukę.
„Wszystko w porządku, Bill?” zapytał Mike.
„Żyję” – wychrypiałem.


Yo Make również polubił
Myślałem, że po prostu miałem pecha, ale moje życie zmieniło się na zawsze w Święto Dziękczynienia, kiedy moja babcia wyjawiła mi, że jestem właścicielem wartego milion dolarów domu nad jeziorem, w którym mieszkała moja siostra, a prawda o moim ubóstwie sprawiła, że cała moja rodzina trafiła do więzienia w kajdankach…
Zimna połówka cytryny
Plaga robaków w domu: komentarz na temat słońca i natychmiastowości!!
paszteciki z ciasta serowego – bez drożdży i proszku do pieczenia