Moja starsza siostra i ja skończyliśmy studia razem, ale moi rodzice zapłacili tylko za jej czesne. „Ale ty nie” – powiedzieli. Cztery lata później przyszli na naszą ceremonię ukończenia studiów. To, co zobaczyli, sprawiło, że moja matka złapała ojca za rękę i szepnęła: „Ta dziewczyna ma potencjał”. „Harold… co myśmy narobili?” – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Moja starsza siostra i ja skończyliśmy studia razem, ale moi rodzice zapłacili tylko za jej czesne. „Ale ty nie” – powiedzieli. Cztery lata później przyszli na naszą ceremonię ukończenia studiów. To, co zobaczyli, sprawiło, że moja matka złapała ojca za rękę i szepnęła: „Ta dziewczyna ma potencjał”. „Harold… co myśmy narobili?”

Moja starsza siostra i ja ukończyłyśmy studia razem, tego samego jasnego majowego poranka w północnej części stanu Nowy Jork, ale moi rodzice płacili tylko za jej naukę.

„Ale nie ty” – powiedzieli mi.

Cztery lata później przyjechali z naszej cichej podmiejskiej dzielnicy w Ohio, ubrani w najlepsze stroje z country clubu, pewni, że przyszli zobaczyć swoje złote dziecko wkraczające na scenę. To, co zobaczyli, sprawiło, że moja matka chwyciła ojca za rękę tak mocno, że aż zbielały jej kostki i wyszeptała, ledwo słyszalnie przekrzykując ryk tłumu:

„Ta dziewczyna ma potencjał.”

A potem, po chwili, która zdawała się trwać w nieskończoność: „Harold… co myśmy zrobili?”

Nazywam się Francis Townsend i mam dwadzieścia dwa lata. Dwa tygodnie temu stałem na scenie podczas uroczystości wręczenia dyplomów przed trzema tysiącami osób, podczas gdy moi rodzice – ci sami ludzie, którzy kiedyś odmówili płacenia za moją edukację, bo nie byłem wart tej inwestycji – siedzieli w pierwszym rzędzie z twarzami wypranymi z wszelkich kolorów.

Przyjechali zobaczyć, jak moja siostra bliźniaczka, Victoria, kończy studia na Uniwersytecie Whitmore, prestiżowej prywatnej uczelni, która wygląda, jakby została zaprojektowana na potrzeby błyszczących broszur: czerwona cegła, porośnięte bluszczem łuki, biała wieża zegarowa lśni na tle jasnoniebieskiego majowego nieba. Nie mieli pojęcia, że ​​w ogóle się tam zapisałem. A już na pewno nie wiedzieli, że to ja stanę na podium, by wygłosić przemówienie inauguracyjne jako prymuska i stypendystka Whitfield.

Ale ta historia nie zaczyna się w momencie ukończenia szkoły.

Wszystko zaczęło się cztery lata wcześniej, w salonie naszego dwupiętrowego domu w stylu kolonialnym na końcu ślepej uliczki na obrzeżach Columbus w stanie Ohio, kiedy mój ojciec spojrzał mi prosto w oczy i powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę.

Zanim do tego dojdziemy, powinienem wam powiedzieć: ostatnio opowiadam tę historię przed kamerą, siedząc w moim malutkim mieszkaniu na Manhattanie, z lampą pierścieniową balansującą na stosie podręczników. Zawsze powtarzam to samo moim widzom, zanim cofniemy się w czasie – jeśli chcecie zostać ze mną w trudnych momentach, zróbcie to, bo naprawdę chcecie usłyszeć prawdę. Zazwyczaj pytam, skąd oglądają i która jest godzina, żeby nam przypomnieć, że wszyscy docieramy do tej historii z różnych miejsc.

Listy z potwierdzeniem przyjęcia dotarły w ten sam wtorek po południu w kwietniu. Samochód UPS ledwo odjechał od krawężnika, gdy do kuchni wpadła Victoria, machając grubą kopertą ze złotym herbem Uniwersytetu Whitmore wytłoczonym z przodu.

Whitmore. Prestiżowa prywatna szkoła w Nowej Anglii z gotyckimi bibliotekami i czesnym, które kosztowało więcej niż dom, w którym dorastaliśmy – sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów rocznie, nie wliczając opłat, zakwaterowania i wyżywienia.

Mój list przyszedł kilka godzin później, cieńsza, biała koperta z Eastbrook State University, solidnej uczelni publicznej, jakieś trzy godziny drogi od domu. Dwadzieścia pięć tysięcy dolarów rocznie. Nadal drogo, ale ci drodzy ludzie w naszym mieście po cichu nazywali to „opłacalnym”, jeśli mrużyli oczy.

Tego wieczoru tata zwołał zebranie rodzinne.

Zrobił to tak, jak robił większość rzeczy, z nonszalancką powagą człowieka przyzwyczajonego do tego, że go słuchają. „Musimy omówić finanse” – powiedział, rozsiadając się w brązowym skórzanym fotelu niczym prezes zarządu za stołem konferencyjnym.

Wieczorne wiadomości cicho szemrały z płaskiego telewizora zamontowanego nad kominkiem. W powietrzu unosił się delikatny zapach pieczeni wołowej mamy i cytrynowego środka czyszczącego, którego zawsze używała do czyszczenia drewnianych podłóg. Mama siedziała na kanapie z rękami złożonymi na kolanach, a obrączka ślubna odbijała światło. Victoria stała przy oknie, skąpana w ciepłej pomarańczy zachodzącego słońca Środkowego Zachodu, już promieniejąc z oczekiwania. Ja siedziałem na skraju sofy, wciąż ściskając list z Eastbrook z potwierdzeniem przyjęcia na studia, którego rogi były lekko pogniecione.

„Wiktorio” – zaczął tata, jego głos był gładki i pewny siebie, taki sam, jakiego używał podczas telekonferencji i kolacji charytatywnych. „Pokryjemy twoje pełne czesne w Whitmore. Zakwaterowanie, wyżywienie, wszystko”.

Wiktoria pisnęła. To był ten czysty, radosny dźwięk, który sprawiał, że ludzie odwracali się i uśmiechali w restauracjach. Twarz mamy złagodniała, a na jej twarzy pojawił się uśmiech ulgi. Tak właśnie miało być, mówiły ich miny. Taki był plan.

Wtedy tata zwrócił się do mnie.

„Francis” – powiedział, już spokojniejszy. „Postanowiliśmy nie finansować twojej edukacji”.

Przez chwilę szczerze myślałem, że źle zrozumiałem.

„Przepraszam?” powiedziałem.

Złożył ręce na brzuchu, tak jak robił to, gdy tłumaczył zdenerwowanym klientom trendy rynkowe czy oprocentowanie kredytów hipotecznych. „Wiktoria ma potencjał przywódczy” – kontynuował. „Dobrze nawiązuje kontakty. Nawiąże odpowiednie kontakty, prawdopodobnie dobrze wyjdzie za mąż. Whitmore umieszcza ją w pokojach z dziećmi senatorów i prezesów. To inwestycja, która ma sens”.

Zatrzymał się. Widziałem, że decyzja już zastygła w jego oczach, tak trwała, jak oprawione rodzinne zdjęcia na kominku.

„Jesteś mądry, Francis” – powiedział – „ale nie jesteś wyjątkowy. Nie ma zwrotu z inwestycji w ciebie”.

Słowa te wbiły się we mnie niczym nóż między żebra.

Spojrzałem na mamę.

Nie spojrzała mi w oczy. Jej wzrok był utkwiony w punkcie gdzieś ponad moim ramieniem, jakby na ścianie pojawiło się coś bardzo interesującego.

Spojrzałem na Victorię.

Pisała już do kogoś SMS-a, szybko poruszając kciukami, pewnie pisząc „Stać nas na Whitmore!!!” z emotikonami szampana i konfetti. Jeśli usłyszała, co tata właśnie powiedział, nie dała tego po sobie poznać.

„Więc” – zakończył tata, odchylając się do tyłu – „musisz po prostu sam sobie z tym poradzić. Jesteś zaradny. Dasz radę”.

Tej nocy nie płakałam.

Płakałam wystarczająco dużo przez lata — z powodu przegapionych urodzin, z powodu prezentów z drugiej ręki, zawiniętych w papier z odzysku, podczas gdy Victoria otwierała paczki z Nordstrom i Tiffany, z powodu przedstawień szkolnych, na które moi rodzice przychodzili późno i wychodzili wcześnie, z powodu tego, że zostałam celowo wycięta ze zdjęć rodzinnych, bo ktoś musiał zrobić zdjęcie.

Zamiast tego położyłem się na łóżku, wpatrując się w teksturowany sufit i cichy szum nocnego ruchu dobiegający z pobliskiej autostrady międzystanowej, i uświadomiłem sobie coś, co zmieniło wszystko.

Dla moich rodziców nie byłam ich córką.

Byłem złą inwestycją.

Tata nie wiedział – nie wiedział nikt w mojej rodzinie – że jego decyzja, podjęta w skórzanym fotelu, odmieni bieg całego mojego życia. A cztery lata później, w blasku reflektorów stadionu, w obecności tysięcy świadków, będzie musiał stawić czoła jej konsekwencjom.

Rzecz w tym, że nic z tego nie zaczęło się w tym salonie.

Faworyzowanie zawsze było obecne, przeplatało się z naszą rodziną niczym brzydki wzór na tapecie, którego wszyscy udawali, że nie widzą.

Kiedy skończyliśmy szesnaście lat, Victoria wróciła ze szkoły i zobaczyła nowiutką Hondę Civic zaparkowaną na podjeździe – lśniącą i srebrną, z dużą czerwoną kokardą na masce. Sprzedawca z salonu zrobił jej zdjęcie, jak opiera się o nią, podczas gdy mama i tata klaskali w tle.

„Wszystkiego najlepszego, kochanie” – powiedział tata. „Teraz możesz sama jeździć na zajęcia AP i do klubu dyskusyjnego”.

Dostałem jej starego laptopa. Tego z pękniętym ekranem i baterią, która wytrzymywała czterdzieści minut, jeśli nie otwierało się więcej niż dwóch kart.

„Nie stać nas na dwa samochody” – powiedziała mi mama przepraszająco w kuchni tego wieczoru, zdrapując resztki lukru z foremki do kosza. „Rozumiesz, prawda?”

Rozumiałam, że stać ich na wyjazdy Victorii na narty do Kolorado z przyjaciółmi z klubu wiejskiego, na szytą na miarę, designerską suknię balową i na letni wyjazd zagraniczny do Hiszpanii. Rozumiałam, że za każdym razem, gdy pojawiała się ważna decyzja, jej odpowiedź brzmiała „tak”, a dla mnie zawsze jakaś wersja: „do zobaczenia” albo „może w przyszłym roku”.

Najgorsze były wakacje rodzinne.

Victoria zawsze miała swój własny pokój hotelowy, apartament typu junior suite z balkonem i widokiem na ocean. Spałam na rozkładanych sofach w salonie lub na dostawkach dostawianych do korytarzy. Kiedyś, w ośrodku wypoczynkowym na Florydzie, recepcjonistka z radością wtoczyła wąskie łóżko polowe do garderoby przy głównej sypialni.

„To przytulny kącik” – powiedziała z uśmiechem.

Szafa nie miała okna.

Na każdym zdjęciu rodzinnym Victoria stała w centrum, promieniejąc. Jej włosy były idealnie kręcone, uśmiech promienny, zęby proste od lat noszenia aparatu ortodontycznego. Ja zawsze byłam na marginesie, z jednym ramieniem częściowo rozmazanym, czasem częściowo odciętym, jak myśl, która wślizgnęła się w kadr.

Kiedy w końcu zapytałam o to mamę, miałam siedemnaście lat i byłam wyczerpana.

Byliśmy w kuchni, późnym wieczorem, w domu cicho huczało. Płukała sałatę na sałatkę, a ja wciąż miałam na sobie roboczy uniform ze sklepu spożywczego – koszulkę polo, identyfikator i delikatny zapach warzyw we włosach.

„Mamo” – powiedziałem – „czy zauważyłaś kiedyś, jak inaczej nas traktujesz?”

Zmarszczyła brwi, zdezorientowana. „Co masz na myśli, kochanie?”

„Wiktoria ma wszystko” – powiedziałam, starając się mówić spokojnie. „Samochód, podróże, uwagę. Przez połowę czasu nikt nawet nie zauważa, czy jestem w domu, czy nie”.

Westchnęła, a jej głos był ciężki. „Kochanie, urojenia ci się nasuwają. Kochamy was oboje tak samo”.

Ale czyny nie kłamią.

Kilka miesięcy przed decyzją o studiach znalazłem odblokowany telefon mamy na kuchennym blacie, wibrujący od SMS-a od cioci Lindy. Nie powinienem był go czytać, ale przeczytałem.

Biedna Francis, napisała mama. Ale Harold ma rację. Ona się niczym nie wyróżnia. Musimy być praktyczni.

Odłożyłam słuchawkę, moje dłonie nagle zrobiły się zimne i odeszłam.

Tej nocy podjęłam decyzję, o której nikomu nie powiedziałam – nie dlatego, że chciałam się zemścić, ale dlatego, że chciałam sobie coś udowodnić.

Otworzyłem laptopa – tego popękanego z wyczerpującą się baterią – i wpisałem w pasku wyszukiwania:

pełne stypendia dla studentów niezależnych

Wyniki ładowały się powoli, małe kręcące się kółko kpiło z mojej niecierpliwości, ale to, co odkryłem tej nocy, zmieniło wszystko.

O drugiej w nocy, siedząc po turecku na podłodze w sypialni z notesem i tanim kalkulatorem z Target, zrobiłem obliczenia.

Eastbrook State: 25 000 dolarów rocznie.

Cztery lata: 100 000 dolarów.

Wkład rodziców: 0 zł.

Moje oszczędności, które udało mi się zaoszczędzić latem, pakując zakupy i uzupełniając półki w sklepie Kroger: 2300 dolarów.

Różnica była oszałamiająca.

Jeśli nie uda mi się tego zamknąć, mam trzy opcje.

Opcja pierwsza: zrezygnować zanim jeszcze zacznę i zostać w tym ślepym zaułku na zawsze, obserwując, jak moje życie się kurczy.

Opcja druga: zaciągnąć sześciocyfrową kwotę długu studenckiego, który będzie się za mną ciągnął jak cień przez dziesięciolecia.

Opcja trzecia: podjęcie pracy w niepełnym wymiarze godzin, rozciągnięcie czteroletnich studiów do siedmiu lub ośmiu lat i jednoczesne podjęcie pracy na pełen etat w jakimś centrum handlowym pod jarzeniówkami.

Każda ścieżka prowadziła do tej samej przyszłości – tej, którą mój ojciec już przewidział. Porażka. Zła inwestycja. Bliźniak, któremu się nie udało.

Już słyszałam rozmowy toczące się w otwartej jadalni domu moich rodziców podczas Święta Dziękczynienia.

„Wiktoria radzi sobie świetnie w Whitmore” – mawiała z dumą mama, podając sos żurawinowy cioci Lindzie. „Jest na ustach wszystkich na studiach prawniczych”.

„A Franciszek?” – ktoś by zapytał, bo tego wymagała uprzejmość.

„Och” – mawiał tata, sięgając po więcej indyka. „Ona wciąż próbuje to pojąć”.

Ale nie chodziło tylko o to, żeby im udowodnić, że się mylą. Chodziło o to, żeby udowodnić, że mam rację.

Przeglądałem bazy danych stypendiów, aż oczy mnie piekły. Większość wymagała listów polecających, esejów osobistych i dowodów na trudną sytuację finansową. Niektóre wyglądały na ewidentne oszustwa. Inne miały terminy, które już minęły.

Potem znalazłem coś ukrytego na stronie pomocy finansowej Eastbrook: program stypendiów za zasługi dla studentów pierwszego pokolenia i studentów niezależnych. Pełne pokrycie czesnego plus stypendium na utrzymanie.

Haczyk? Wybrano tylko pięciu uczniów z każdego roku. Konkurencja była zacięta.

Zapisałem link, serce mi waliło, a potem przewijałem dalej.

Wtedy to zobaczyłem.

Stypendium Whitfielda.

Pełne stypendium. Dziesięć tysięcy dolarów rocznie na pokrycie kosztów utrzymania. Współpraca z jednymi z najlepszych uniwersytetów w kraju. Stypendium przyznawane jest zaledwie dwudziestu studentom w całym kraju.

Dwadzieścia. W całych Stanach Zjednoczonych.

Wybuchnęłam głośnym śmiechem, krótkim, niedowierzającym śmiechem w ciszy mojej sypialni.

Jakie miałem szanse?

Mimo wszystko dodałem tę stronę do zakładek.

Kiedy ekran zgasł, a w pomieszczeniu rozległ się cichy szum wentylatora sufitowego, zdałem sobie sprawę, że mam dwie możliwości.

Mogłam zaakceptować życie, jakie zaplanowali dla mnie rodzice: małe, zależne, określone przez ich ograniczoną wyobraźnię.

Albo mogę zaprojektować swój własny.

Wybrałem drugą opcję. Ale żeby to zrobić, potrzebowałem planu, i to natychmiast.

Tego lata zapełniłem cały spiralny notes. Każda strona była kalkulacją. Każdy margines był zapełniony planami, strzałkami, planami awaryjnymi.

Praca numer jeden: barista w The Morning Grind, kawiarni uniwersyteckiej położonej dwa bloki od głównego dziedzińca Eastbrook.

Zmiana: od 5:00 do 8:00 rano, pięć dni w tygodniu.

Szacowany miesięczny dochód po opodatkowaniu: 800 USD.

Zadanie numer dwa: weekendowa ekipa sprzątająca akademiki — szorowanie łazienek, odkurzanie korytarzy, wynoszenie worków pełnych pudełek po pizzy i puszek po piwie z apartamentów bractw studenckich.

Szacowany miesięczny dochód: 400 USD.

Praca numer trzy: asystent nauczyciela w katedrze ekonomii, jeśli uda mi się ją zdobyć na drugim roku studiów.

Szacowany miesięczny dochód: 300 USD.

Razem: 1500 dolarów miesięcznie. Około 18 000 dolarów rocznie.

Brakuje jeszcze około 7000 dolarów do czesnego.

Ta luka musiałaby pochodzić ze stypendiów – przyznawanych za zasługi. Takich, które się zdobywa, a nie takich, które wręczają przy kuchennym stole rodzice z książeczkami czekowymi i planami na wnuki do klubu wiejskiego.

Szukałem najtańszego zakwaterowania w odległości spaceru od kampusu i znalazłem: malutki pokój w zapadającym się niebieskim domu dzielonym z czterema innymi studentami, dziesięć minut od głównego dziedzińca, obok pralni i taquerii, która była czynna do drugiej w nocy.

Czynsz: 300 dolarów miesięcznie. Media wliczone w cenę.

Brak miejsca parkingowego. Brak klimatyzacji. Brak prywatności.

Musiało wystarczyć.

Mój harmonogram skrystalizował się w coś brutalnego, ale precyzyjnego:

5:00 – 8:00: Zmiana w The Morning Grind, serwowanie mrożonych latte zaspanym studentom i profesorom w drodze na zajęcia.

9:00 – 17:00: Zajęcia, laboratoria, dyżury.

18:00 – 22:00: Nauka w bibliotece lub sprawdzanie prac, gdy już zostałam asystentką.

23:00 – 4:00: Sen, jeśli mój umysł przestanie pracować na tyle długo, żebym mógł.

Cztery do pięciu godzin w nocy. Przez cztery lata.

Tydzień przed moim wyjazdem na studia Victoria zamieściła zdjęcia ze swojego ostatniego tygodnia w Cancun: zachody słońca na plażach, margarity z papierowymi parasolkami, jej śmiech w białej sukience letniej na łódce z przyjaciółmi, których rodzice mieli domy nad jeziorem i praktykowali stomatologię.

Siedziałam w swoim pokoju i pakowałam pościel kupioną w sklepie z używanymi rzeczami do używanej walizki, która lekko pachniała czyimś detergentem do prania.

Nasze drogi życiowe już się rozeszły, a przecież nawet nie zaczęliśmy chodzić na zajęcia.

Ale oto co mnie napędzało.

Każdej nocy przed zaśnięciem, wpatrując się w świecące w ciemności gwiazdki, które mama przykleiła na suficie, gdy byliśmy dziećmi, szeptałem sobie to samo, niczym modlitwę:

Taka jest cena wolności.

Wolność od ich oczekiwań. Wolność od ich osądów. Wolność od potrzeby ich aprobaty, by móc oddychać.

Nie wiedziałem wtedy, jak bardzo się mylę. Nie wiedziałem, że gdzieś na kampusie Eastbrook jest profesor, który dostrzeże we mnie coś, czego moi rodzice nigdy nie dostrzegli.

W Święto Dziękczynienia w pierwszym roku studiów wiatr znad Wielkich Jezior przecinał mój tani płaszcz niczym nóż. Większość studentów już wróciła do domów. Parkingi przy akademikach były puste, asfalt pokrywał śnieg. Miasto wydawało się wyludnione.

Siedziałem sam w swoim małym wynajętym pokoju, przerobionym na jadalnię z drzwiami, których nie dało się do końca zamknąć, z telefonem przy uchu i słuchałem odgłosów domu, które słabo dochodziły z głośnika — śmiechu, brzęku naczyń i stłumionego ryku meczu piłkarskiego w telewizji.

„Witaj, Francisie”. Głos mamy był daleki, roztargniony.

„Cześć, mamo. Szczęśliwego Święta Dziękczynienia.”

„Och, tak. Szczęśliwego Święta Dziękczynienia, kochanie. Jak się masz?”

„Nic mi nie jest” – powiedziałem, wpatrując się w styropianowy pojemnik z indykiem i puree ziemniaczanym, który stołówka wydała nielicznym uczniom, którzy zostali. „Czy tata jest tam? Mogę z nim porozmawiać?”

Zapadła cisza. W tle usłyszałem stłumione głosy, a potem głos taty, wyraźny nawet przez szum.

„Powiedz jej, że jestem zajęty.”

Słowa te spadły na mnie jak kamienie.

Głos mamy powrócił, sztucznie jasny. „Twój ojciec jest po prostu w trakcie czegoś. Victoria opowiadała najzabawniejszą historię…”

„W porządku, mamo” – wtrąciłam. „Jesz wystarczająco dużo? Potrzebujesz czegoś?” – zapytała.

Rozejrzałam się po pokoju, zobaczyłam stosik instant ramenu na biurku, używany koc złożony u stóp łóżka i podręcznik do ekonomii, który wypożyczyłam z biblioteki, bo nie mogłam sobie pozwolić na zakup najnowszego wydania.

„Nie, mamo” – powiedziałem cicho. „Niczego mi nie potrzeba”.

„Okej. No cóż, kochamy cię.”

„Ja też cię kocham.”

Rozłączyłem się. Nagle w pokoju zrobiło się zbyt cicho.

Pod wpływem impulsu otworzyłem Facebooka.

Pierwszą rzeczą, jaka pojawiła się w moim kanale, było zdjęcie, które właśnie opublikowała Victoria.

Mama, tata i Victoria przy stole w naszej kuchni w Ohio. Zapalone świece. Indyk lśniący na białym talerzu. Dobra porcelana, której używaliśmy tylko w święta.

Podpis brzmiał: „Jestem wdzięczny za moją cudowną rodzinę”.

Trzy nakrycia głowy.

Trzy krzesła.

Nie cztery.

Nawet nie przygotowali dla mnie miejsca.

Długo siedziałem, wpatrując się w obraz na pękniętym ekranie mojego laptopa.

Coś we mnie drgnęło tej nocy. Ból, który nosiłam w sobie przez lata – tęsknota za ich aprobatą, ich uwagą, ich miłością – nie zniknął, ale się zmienił. Wydrążył się, jakby ktoś podrapał mi łyżką wnętrze piersi.

A tam, gdzie był ból, nastała cisza.

Dziwne, ale ta pustka dała mi coś, czego ból nigdy nie miał.

Przejrzystość.

W drugim semestrze pierwszego roku zapisałem się na kurs Mikroekonomii 101.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

7 skutecznych ćwiczeń łagodzących ból pięty i leczących zapalenie powięzi podeszwowej w sposób naturalny

Jeśli budzisz się z ostrym bólem pięty, który utrudnia Ci stawianie pierwszych kroków, możesz mieć do czynienia z zapaleniem rozcięgna ...

klasyczne lody waniliowe

klasyczne lody waniliowe: Składniki: – 2 szklanki śmietanki kremówki – 1 szklanka pełnego mleka – 1/2 szklanki cukru kryształu – ...

Zapomnij o poziomie cukru we krwi! Wystarczy jeden talerz, a będziesz wdzięczny! To prawdziwy skarb!

Składniki: 250 gramów fasoli czerwonej, wypłukanej Woda 1 duża cebula, posiekana 2 łodygi selera, posiekane Chili-Pfeffer (opcjonalnie) Oliwa z oliwek ...

Leave a Comment